Podatkowa karuzela

Po wprowadzeniu danin obciążających banki i handlowców rząd zapowiedział kolejne zmiany w systemie podatkowym. PIT, składki na ZUS i NFZ ma zastąpić jednolity podatek. Zdania ekspertów co do słuszności takiej propozycji są podzielone.

photo-1453673380845-bf3db4295d66

fot. Scott Webb/ unsplash.com/ CC0 1.0

Przygotowywana reforma jest w takim stopniu rewolucyjna, że podobnych rozwiązań na próżno szukać w innych rozwiniętych państwach. Intryguje również to, że PiS wzoruje się na pomyśle PO ogłoszonym przed zeszłorocznymi wyborami. Minister Henryk Kowalczyk podkreślił, że głównymi celami jego wdrożenia są uproszczenie systemu i zlikwidowanie degresywności, czyli sytuacji, w której realny ciężar podatkowy maleje wraz ze wzrostem dochodów. Zmodyfikowane przepisy mają być przejrzyste zarówno dla pracowników, jak i pracodawców, m. in. ze względu na to, że poszczególne części składowe daniny byłyby obliczane przez Ministerstwo Finansów, a następnie przekazywane do ZUS-u i NFZ-u.

Co już wiemy

Podatek jednolity powinien wejść w życie w 2018 roku. Otwarta pozostaje kwestia kwoty wolnej od podatku – do tego czasu będzie obowiązywać 3 091 zł. Decyzja, czy wartość ta wzrośnie do 8 000 zł, zostanie podjęta do końca tego miesiąca. PIT w obecnej formie ma przestać obowiązywać, podobnie jak oddzielnie odciągane z naszych dochodów przez pracodawców składki na ZUS oraz NFZ. Możliwe, że oprócz tych trzech elementów nowa opłata obejmie też inne drobne składki, np. na Fundusz Pracy. Według Kowalczyka reforma nie odbije się na budżecie. Rząd chce jednocześnie ulżyć osobom o niskich dochodach. Oznacza to, że na zmianach muszą stracić ci, którzy lepiej zarabiają. Progresja podatkowa ma się zwiększyć, czyli zobowiązania wobec fiskusa będą rosnąć szybciej wraz ze wzrostem dochodów. Obecnie mamy dwie stawki PIT: 18 i 32 proc. Pierwsza dotyczy dochodów do 85 528 zł rocznie, druga – tej ich części, która tę kwotę przekracza. Na wyższą stawkę łapie się jednak zaledwie ok. 3 proc. podatników. Choć minister zapewnia, że w mniej korzystnej sytuacji znajdą się wyłącznie osoby o zarobkach powyżej 120 tys. zł, w rzeczywistości koszty wprowadzenia jednolitej daniny prawdopodobnie poniesie również bogatsza część klasy średniej. Stanie się tak za sprawą dodatkowych progów podatkowych, które pojawią się przy kwotach niższych niż obecnie.

Najbardziej zamożni zapłaciliby z kolei więcej także dlatego, że mówi się o likwidacji ograniczenia podstawy wymiaru składek na ZUS. Teraz wysokie zarobki oskładkowane są do poziomu 30-krotności prognozowanego przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia (w 2016 r. ok. 121 tys. zł) – po przekroczeniu tej kwoty nie płaci się już składek. Po reformie limit formalnie by pozostał, tzn. do ZUS-u trafiałoby tyle samo pieniędzy (wyższe składki byłyby kłopotem w przyszłości, gdyż wiązałyby się z wypłatą bardzo wysokich emerytur). Natomiast nadwyżka zwiększałaby część dochodową jednolitego podatku odpowiadającą dzisiejszemu PIT-owi.

Zmiany nie ominą indywidualnych przedsiębiorców, którzy utracą prawo do rozliczania się 19-procentowym podatkiem liniowym. To cios dla właścicieli firm przynoszących duże zyski, podobnie jak inny sposób wyliczania składki odprowadzanej do ZUS-u. Jej wielkość będzie uzależniona od osiąganych dochodów, a nie stała jak obecnie (1 200 zł). Cieszyć mogą się podmioty mniej rentowne, które w przypadku odnotowania przejściowej straty zapłacą ok. 500 zł. Nowe regulacje mogą mieć jednak największe reperkusje dla ponad miliona osób zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych. Teraz przy umowie o dzieło nie płaci się wcale ZUS-u, klin podatkowy przy umowie-zleceniu zaś gwałtownie spada wraz ze wzrostem dochodów. Objęcie ich jednolitą daniną doprowadzi (ceteris paribus) do spadku większości wynagrodzeń.

Czego nie wiemy?

Jak dotąd rząd nie przedstawił szczegółowych stawek podatkowych ani przypisanych do nich dochodów. Wiadomo tylko, że minimalna danina ma wynosić 19,5 proc. (tyle, ile obecnie składka na ZUS), a maksimum powinno znaleźć się na poziomie ok. 40 proc. Nie określono, czy kwota wolna od podatku będzie jednakowa dla wszystkich czy będzie maleć wraz ze wzrostem dochodów. Na razie można się też jedynie domyślać, jak zostaną potraktowane dochody osób fizycznych z kapitału (np. ze sprzedaży papierów wartościowych) i dochody uzyskane za granicą oraz co stanie się z dzisiejszym katalogiem zwolnień przedmiotowych
(ok. 140 pozycji, w tym stypendia, alimenty, niektóre odszkodowania). Kolejne wątpliwości dotyczą ewentualnego rozwiązania zapobiegającego ucieczce przedsiębiorców w 15 proc.CIT dla jednoosobowych spółek kapitałowych oraz dalszej możliwości rozliczania się zryczałtowanymi formami opodatkowania przy spełnieniu odpowiednich warunków.

Brak jednoznacznej oceny

Opinie ekspertów na temat rządowych planów są bardzo zróżnicowane. Zwolennicy jednolitego podatku, jak szefowa Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego Elżbieta Mączyńska czy Piotr Kuczyński z Domu Inwestycyjnego XELION, zwracają uwagę na szansę obniżenia kosztów administracyjnych przy jego efektywnym poborze. Wskazują również na zwiększenie przejrzystości obciążeń podatkowych i napędzanie gospodarki przez mniej uprzywilejowany odsetek społeczeństwa, który wygenerowane oszczędności przeznaczałby przede wszystkim na konsumpcję. Sceptycy, m. in. ekspert podatkowy Tax Care Marek Sudaj i prezes think-tanku WiseEuropa Maciej Bukowski, twierdzą, że proponowane zmiany to w rzeczywistości zawoalowana próba podniesienia podatków dla 20-30 proc. najlepiej zarabiających. W dodatku ryzykowna, gdyż nie wiadomo, jak zareagują na nią sami zainteresowani, a co za tym idzie, jaki strumień pieniędzy zasili budżet w czasach, gdy finanse publiczne są napięte. Ponadto reforma oznaczałaby konieczność budowy nowych systemów do obsługi podatników, zatem miliony wydane na informatyzację PIT-ów i ZUS-u poszłyby na marne. Prof. Witold Modzelewski wskazał jeszcze jedną przeszkodę we wdrożeniu jednolitej daniny – ogromną złożoność legislacyjną tego procesu. Jego zdaniem dokonanie tego w 2018 r. jest prawie niewykonalne.

infografika-karuzela