Systemowa rewolucja

W listopadzie 2016 r. wicepremier Mateusz Morawiecki przedstawił przedsiębiorcom Konstytucję dla biznesu, która ma ułatwić prowadzenie działalności. Podobny pomysł w odniesieniu do funkcjonowania polskich uczelni ma Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Konstytucja dla nauki ma być jednym z elementów przemiany systemu wyższego kształcenia. A ten obecnie kuleje na wielu obszarach.

SGH

Problemy uczelni w Polsce wynikają z wielu nieudolnych reform wprowadzanych po 1989 r. Początkowo zadanie przeobrażenia szkolnictwa wyższego powierzono samemu środowisku akademickiemu. Choć mogło się wydawać, że była to najlepsza możliwa decyzja, szybko okazało się, że reformy wprowadzane oddolnie, bez nadzoru państwa, są krótkowzroczne i mają negatywne skutki. Zmiany te doprowadziły do nadmiernej prywatyzacji nauki i utworzenia zbyt wielu niepublicznych uczelni, a także do kształcenia w skali masowej.

Po wejściu Polski do Unii Europejskiej konieczne stało się dostosowanie naszego systemu edukacji do Europejskiego Obszaru Szkolnictwa Wyższego. Jego głównymi założeniami są przede wszystkim: podział na studia pierwszego i drugiego stopnia oraz wprowadzenie punktów ECTS. Potrzeba wdrożenia tych zmian do problemów polskich uczelni wyższych dodała jeszcze jedną bolączkę – nadmierny rozrost biurokracji.

Potrzeba reform

O konieczności przebudowy przestarzałego systemu mówią wszyscy – pracownicy naukowi i administracyjni uczelni, pracodawcy oraz sami studenci. Odpowiadając na sygnały środowiska, minister nauki i szkolnictwa wyższego Jarosław Gowin rozpisał konkurs Ustawa 2.0, który wyłonił trzy zespoły badawcze, mające stworzyć projekt nowej ustawy. Wyniki ich prac zostaną przedstawione dopiero podczas Narodowego Kongresu Nauki w 2017 r., jednak już teraz opierając się na prezentacjach opublikowanych na stronie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, można określić ogólny kierunek zmian przez nie postulowanych. Zespół pod kierownictwem prof. Marka Kwieka z Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu proponuje m.in. wprowadzenie menadżerskiego, zamiast dotychczasowego kolegialnego, systemu zarządzania uczelniami (wiązałoby się to z wzmocnieniem pozycji rektorów i dziekanów w stosunku do senatów i rad wydziałów), stworzenie podziału na trzy typy ośrodków – badawcze, badawczo-dydaktyczne oraz dydaktyczne, a także finansowanie zależne od wyników okresowej oceny. Drugi z zespołów, reprezentujący Instytut Alhambra, postuluje utworzenie dwóch alternatywnych reżimów prawnych, tak by uczelnia mogła wybrać, w ramach którego chce funkcjonować. Natomiast projekt autorstwa zespołu Uniwersytetu SWPS skupia się na rozwiązaniu problemu struktury uczelni i jej roli w państwie.

Pierwsze ze zmian zostały już wprowadzone w postaci ustawy deregulacyjnej oraz siedmiu rozporządzeń, które weszły w życie 1 października. Ich celem jest przygotowanie gruntu pod następne reformy. Zaczęliśmy od oczyszczenia przedpola, od ograniczenia biurokracji – tak o tych aktach mówił wicepremier Jarosław Gowin. Zmiany nie wzbudziły większych emocji, gdyż przekonanie o konieczności usprawnienia administracji jest powszechnie podzielane i akceptowane.

Trzy drogi

Inaczej jest jednak z projektem dotyczącym wprowadzenia trzech kategorii uczelni wyższych. Pomysł utworzenia ośrodków o charakterze jedynie badawczym budzi wiele kontrowersji, ponieważ nie wiadomo, jakie kryteria miałyby decydować o przyznawaniu większych środków na badania. Problemem jest również duże zróżnicowanie poziomów nie tylko między poszczególnymi uczelniami, lecz także między wydziałami tej samej szkoły. Proces dojścia do statusu uczelni badawczej będzie bolesny nie tylko z punktu widzenia tych [uczelni – red.], które nie zostaną badawczymi pomimo aspiracji, ale także z punktu widzenia słabszych jednostek w uczelniach, które uzyskują ten status – komentuje ten problem prof. Jarosław Górniak, przewodniczący Rady Narodowego Kongresu Nauki w wywiadzie dla „Forum Akademickiego”. Jednocześnie wskazuje on na korzyści wynikające z przyjęcia takiego rozwiązania. Taki uniwersytet musi intensywniej kształcić, musi postawić silniejsze bariery wejścia dla studentów, ale i dla tych, którzy stoją po drugiej stronie blatu. Dodaje, że ich utworzenie pozwoli uniknąć pułapki średniego rozwoju.

Co te zmiany oznaczają dla warszawskiego środowiska akademickiego? Połowa [uczelni – red.] zyskuje, połowa – traci – podsumowuje swój projekt minister Gowin. Przyznaje przy tym, że najbardziej mogą ucierpieć uczelnie o profilu ekonomicznym, czyli również Szkoła Główna Handlowa, gdyż kształciły one w sposób najbardziej masowy, nie oglądając się na jakość kształcenia. Z drugiej strony władze Uniwersytetu Warszawskiego cieszą się z proponowanych reform. Nie ma już wątpliwości, że opłaca się inwestować w jakość, a nie w sztuczny sposób starać się przyjąć jak najwięcej osób na studia czy studia doktoranckie – komentował podczas spotkania w ministerstwie prof. Marcin Pałys, rektor UW.

Bez barier

Malejąca konkurencja ze strony rówieśników, zbyt wiele szkół wyższych zarówno publicznych, jak i prywatnych oraz coraz niższe punktowe progi przyjęcia na wiele kierunków spowodowały, że zdobycie studenckiej legitymacji nie jest już tak dużym osiągnięciem, jak było choćby 20 lat temu. Obecnie wśród abiturientów szkół średnich zdarzają się jedynie wyjątki, w wypadku których młoda osoba nie decyduje się na kontynuację nauki, nawet po kilku latach przerwy. Zdobycie tytułu magistra nikogo już nie dziwi. Masowość kształcenia, którą obserwujemy na terenie całego kraju, minister Gowin określił jako największą plagę polskich uczelni. Mechanizm jest prosty – jak dotąd im więcej nowych osób przyjmowano do studenckiej społeczności, tym więcej uczelnia dostawała pieniędzy z budżetu państwa.

Problemy ze zbyt dużą liczbą studentów na aulach wykładowych dostrzegają sami nauczyciele akademiccy. Zwracają uwagę, że demokratyzacja dostępu do wiedzy nie jest równoznaczna z kształtowaniem elit, jak to miało miejsce jeszcze w poprzednim stuleciu. Jeśli jako Uniwersytet chcemy mieć wysoki poziom, powinniśmy przyjmować dobrych kandydatów. Chodzi o to, by dać wyraźny sygnał, że aby dostać się na Uniwersytet, nie wystarczy być przeciętnym maturzystą. W ten sposób uczniowie nabraliby przekonania, że muszą na studia zapracować. Niestety niż demograficzny nie sprzyja takim działaniom – podkreśla w rozmowie z maglem dr hab. Jolanta Choińska-Mika, prof. UW, prorektor do spraw studenckich i jakości kształcenia.

Tymczasem jak wynika z danych GUS, opublikowanych w listopadzie br., liczba studentów przypadająca na jednego wykładowcę systematycznie maleje. W roku akademickim 2005/2006 wynosiła ona 19,7. Dekadę później było to już 15 studentów dla każdego nauczyciela akademickiego. Równolegle spada liczba uczestników zajęć na uczelniach na przestrzeni lat – od 2005 roku zmalała ona o niemal 30 proc. Przyczyn należy szukać w słabych danych demograficznych, w Polsce bowiem liczba urodzeń zmniejsza się. Ponadto, obecni studenci to pokolenie urodzone w czasie niżu demograficzego. Dlatego właśnie, mimo że liczba studentów w skali ogólnopolskiej spada, przy łatwiejszym dostępie obecnych młodych ludzi do wiedzy,odsetek osób z wyższym wykształceniem jest o wiele wyższy niż w wypadku poprzedniej generacji.

Matematyka od nowa

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego zakłada, że wiele z problemów obecnego systemu edukacji można rozwiązać poprzez zmiany w finansowaniu uczelni. Ma posłużyć do tego nowy algorytm, w którym ujęto dwa dotychczas niebrane pod uwagę czynniki. Po pierwsze resort zamierza premiować jakość pracy wykonywanej przez kadrę naukową. Zostanie wprowadzony wobec tego wskaźnik, którego wynik ma pokazywać, w jaki sposób przekazywanie wiedzy przekłada się na prowadzenie badań naukowych. Będzie on iloczynem liczby pracowników na danej uczelni przez współczynnik przypisany do danej kategorii jednostki badawczej. Zdaniem resortu w ten sposób wykładowcy mają być zachęcani nie tylko do prowadzenia obowiązkowych zajęć, lecz także poszerzania kanału dydaktyki o badania naukowe.

Z kolei drugi ujmowany przy decyzji o przyznawanych środkach finansowych wskaźnik to tzw. Student Staff Ratio (SSR). Ma mierzyć proporcje studentów oraz doktorantów do liczby pracowników kadry naukowej. W tym wypadku ministerstwo, wzorując się na uczelniach skandynawskich, uznało, że w najlepszej sytuacji będą te uczelnie, gdzie stosunek będzie wynosił 13 studentów przypadających na jednego wykładowcę. Resort zaznacza przy tym wyraźnie, że jest to liczba nie dla wydziału, a całej uczelni, a od tej reguły przewidziano wyjątki, jak w przypadku uczelni artystycznych czy medycznych. Referencyjne granice wskaźnika mają określać, czy państwowa dotacja dla szkoły wyższej zostanie przyznana na pożądanym poziomie – jeśli wskaźnik będzie odbiegać od normy, przyznana kwota zmaleje. Początkowo zakładano, że proporcja będzie wynosić 11-13:1, jednak zmieniono go po konsultacjach społecznych. Niestety (…) są uczelnie publiczne w Polsce, gdzie ta proporcja wynosi jeden do trzydziestu. To pokazuje, do jak drastycznego umasowienia procesu kształcenia doszło na części polskich uczelni – mówił minister Gowin.

Bezpieczny zysk

Resort odpowiedzialny za funkcjonowanie szkolnictwa wyższego przy zmianach w przyznawaniu pieniędzy chce zachować stabilność finansową uczelni. W tym celu w projektach reform przewidziano, że nie dostaną one mniej lub więcej niż 5 proc. wartości dotacji w stosunku do poprzedniego roku. Tak zwany bezpiecznik ma zarówno ograniczyć wpływ negatywnej zmiany na budżet szkoły wyższej, jeśli będzie to zmniejszona kwota, jak i  wskazać, w jakich obszarach powinno się poprawić zarządzanie, by kolejna dotacja mogła być wyższa. Dlatego właśnie zdaniem ministerstwa niemożliwe jest wprowadzenie kilkuletniej perspektywy finansowania, mając na uwadze, że uczelnie mogą wprowadzić szereg zmian, które mogą polepszyć ich funkcjonowanie.

Nowy sposób na pozyskiwanie pieniędzy ma planowo wejść w życie z początkiem 2017 r. W budżecie na przyszłoroczne 12 miesięcy założono 1,3-proc. wzrost środków finansowych przeznaczonych na uczelnie, co z kolei gwarantuje Ustawa Prawo o szkolnictwie wyższym. Czy będzie to oznaczać jednocześnie gwarancję lepszej jakości kształcenia – dowiemy się już wkrótce.