Niełatwe zwycięstwa

Wystarczy nałożyć buty do biegania i wyjść na ulicę. Dzisiaj z łatwością można poczuć się sportowcem. Jednak zdarza się, że niektórym poprzeczka stawiana jest wyżej. Zwłaszcza gdy muszą radzić sobie z niepełnosprawnością.

Tekst: Maurycy Landowski, Gosia Grochowska

fot. Gosia Grochowska

Miesiące pracy i wyrzeczeń należą do przeszłości. Teraz jest ta chwila, kiedy trzeba dać z siebie wszystko. Zbliża się moment pełnej koncentracji. Dłoń wędruje na cięciwę. Palec wskazujący znajduje się nad strzałą, a środkowy i serdeczny poniżej. Elementy ćwiczone na treningach są doprowadzone do perfekcji, która teraz znajduje swój pełny wyraz.

Chwilę później siła mięśni pleców przyciąga cięciwę aż do samego nosa i ust. Trzeba odrzucić wszystkie niepotrzebne myśli. Nie ma miejsca na brak precyzji. To nie czas na okazywanie słabości. Oddech jest zupełnie spokojny. Liczy się tylko tu i teraz.

Nadchodzi ten moment. Rozluźnione palce rozprostowują się, ruch zwalniający jest niezwykle płynny. Strzała mknie w kierunku tarczy. Chwile, gdy znajduje się w powietrzu, dłużą się niemiłosiernie.

Próba udana. Nie ma żadnych wątpliwości. Ogromne napięcie ustępuje miejsca euforii. Jest medal mistrzostw Polski. Rafał Reclaf czuje, że to jest jego dzień, gdy na wózku inwalidzkim dojeżdża do podium, aby zająć na nim najwyższe miejsce.

Różni?

Może wydawać się zaskakujące, że łucznictwo (w popkulturze zarezerwowane dla pięknych amazonek, wojowniczych elfów i Robin Hooda) ma szczególne znaczenie w historii sportu osób niepełnosprawnych. To właśnie z kameralnych zawodów łucznictwa, które dla swoich pacjentów w 1948 r. zorganizował sir Ludwig Guttmann, zrodziły się Igrzyska Paraolimpijskie. Była to forma rehabilitacji dla 16 weteranów z obrażeniami kręgosłupa. Coś, co wydawało się tylko niszową metodą leczenia, stało się przełomem w podejściu do osób dotkniętych kalectwem.

Od tamtego czasu zaszło wiele zmian. Jednak w społeczeństwie nadal można spotkać się z przekonaniem, że sport niepełnosprawnych stoi na niższym poziomie niż ten uprawiany przez osoby zdrowe. Tymczasem wyniki osiągane przez sportowców z dysfunkcjami są coraz lepsze. Podczas paraolimpiady w Rio de Janeiro czterech zawodników uzyskało w finale biegu na 1500 m lepszy rezultat niż tegoroczny, pełnosprawny mistrz olimpijski. Coraz częściej zdarza się, że osoby niepełnosprawne konkurują na równi ze zdrowymi, a nawet ich pokonują. Szczególnie młodzi sportowcy chcą udowodnić, że mimo ograniczeń są w stanie prezentować najwyższy poziom.

Zapasjonowany

Maks Chudzicki ma 17 lat. Urodził się z przepukliną oponowo-rdzeniową. To choroba, której przyczyną jest nieprawidłowy rozwój układu nerwowego objawiający się rozszczepem kręgosłupa. Mogę chodzić dzięki szybkiej interwencji lekarzy przy porodzie – mówi chłopak. Osoby z moim schorzeniem często poruszają się na wózkach inwalidzkich. Miałem ogromne szczęście – dodaje.

W gimnazjum Maks spotykał się z niewybrednymi komentarzami na swój temat i wyśmiewaniem ze strony rówieśników. Dopiero w sporcie znalazł sposób na odreagowanie problemów i wyciszenie. Podejście moich znajomych jeszcze bardziej motywowało mnie do tego, żeby pokazać im, że nie mają racji – mówi. Że z niepełnosprawnością można sobie radzić, a także odnosić sukcesy sportowe. Gimnazjum to dziwny wiek, ludzie są często jeszcze niedojrzali. W liceum jest inaczej. Koledzy podchodzą do tego ze zrozumieniem, bo wiedzą, że każdego może spotkać jakaś choroba – dodaje. Licealista próbował wielu dyscyplin sportowych, włącznie z siatkówką i piłką nożną, ale to w tenisie stołowym, który trenuje od trzech lat, odnalazł swoją pasję.

Do tej pory zdobył medal na Mistrzostwach Polski Osób Niepełnosprawnych w debla, dostał się do kadry narodowej, grał na międzynarodowych zawodach w Rumunii. Reprezentuje dwa kluby. W Radomiu gra jako niepełnosprawny. Natomiast w Kielcach rywalizuje z pełnosprawnymi zawodnikami. Dzięki wsparciu rodziny i ciężkiej pracy osiągnął już bardzo dużo, choć jak podkreśla, to dopiero początek. Moim najważniejszym celem jest udział w Paraolimpiadzie – mówi Maks. Oprócz tego chcę studiować na AWF-ie, na kierunku rehabilitacja, fizjoterapia oraz rozpocząć studia trenerskie.

Siedemnastolatek wchodzi w świat sportu profesjonalnego. Treningi staną się dla niego sposobem na życie. Jeśli chce rywalizować z najlepszymi, musi się temu całkowicie poświęcić. Doświadczeni sportowcy zdają sobie sprawę z kosztów, jakie to ze sobą niesie. Wiedzą, jakie cechy pielęgnować, by zostać mistrzem oraz jak pokonać ograniczenia związane z niepełnosprawnością. Kiedyś również musieli dokonać wyborów, przed którymi stoi teraz Maks.

Po mistrzowsku

O trudnej drodze do sukcesu wiele może opowiedzieć mu Mirosław Maliszewski, paraolimpijczyk z Grudziądza. W ciągu 25 lat kariery zgromadził kolekcję ponad 100 medali. Wśród nich znajdują się cztery krążki z Igrzysk Paraolimpijskich w Seulu i Barcelonie.

Jako młody chłopak nie marzył nawet o takich sukcesach. Jednak dobrze wiedział, że chce związać swoją przyszłość ze sportem i próbował wielu dyscyplin. Świetnie grał w tenisa stołowego. Na boisku, kiedy stał na bramce, rzadko komu udawało się przebić przez jego obronę i strzelić gola. Liczyła się satysfakcja. Wygrywanie ze zdrowymi. Człowiek, który ledwo się trzyma na nogach, był w stanie ograć profesjonalistę – mówi sportowiec. Jednak największa pasja Mirka to wyciskanie sztangi leżąc. Występy w tej konkurencji są źródłem jego największych triumfów. Pokazują one, że niepełnosprawność to jedynie dodatkowe utrudnienie, a nie bariera nie do przeskoczenia.

Sama recepta na sukces jest prosta: Wystarczy znaleźć swój sposób na życie i trzymać się celu. Sport nie może być kolejnym, codziennym obowiązkiem. Musi być czymś więcej – tłumaczy paraolimpijczyk.

Stosując się do tego motta, można znaleźć grupę dobrych przyjaciół, zdobyć rozpoznawalność, a nawet poznać osobę, z którą założy się szczęśliwą rodzinę. Mirosław sam przyznaje, że dzięki temu wszystko poszło tak, jak powinno.

Upór i samozaparcie są kluczowymi elementami sportowego rozwoju także dla Mirka Kowalskiego, srebrnego medalisty paraolimpijskiego w tenisie stołowym. Od dziecka interesował się sportem i wolny czas spędzał z rówieśnikami w świetlicy, grając w ping-ponga. W wieku 19 lat zaczął trenować w radomskim klubie sportowym. Przede wszystkim liczyła się ciężka praca. Gdy przygotowywałem się do zawodów, nie chodziłem na dyskoteki. Starałem skoncentrować się na treningu – wspomina. Ze względu na to, że uprawianie sportu wiąże się z wieloma 1 wyrzeczeniami i całkowitym poświęceniem, podkreśla, że trzeba być do tego całkowicie przekonanym. To musi być pasja, coś co sami chcemy robić i nikt nas do tego nie zmusza. Tenisista stołowy zakończył już karierę, ale nadal dzieli się wiedzą i doświadczeniem z młodymi sportowcami.

Mocna głowa

Uprawianie sportu, które głównie kojarzy się z rozwojem fizycznym, ma drugi, o wiele bardziej znaczący wymiar – psychiczny. To, jak ważny jest trening mentalny pokazuje przykład łucznika, który w tym roku pobił rekord świata, a na Olimpiadzie przegrał ze znacznie gorszymi od siebie. Miał wysokie umiejętności, ale nie potrafił poradzić sobie ze stresem związanym z zawodami – powiedział Rafał Reclaf, który, poruszając się na wózku, amatorsko trenuje łucznictwo. Oczywiście, kiedy wychodzi się ze strefy komfortu i zaczyna coś nowego, to zawsze przychodzi stres. Ale podczas treningów bardzo ważna jest koncentracja, odrzucenie niepotrzebnych myśli. Wtedy skupiam się na technice, jak ułożyć bark, ręce, plecy, by wszystko zapisało się w pamięci mięśniowej i każdy kolejny strzał był taki sam, z automatu – dodaje. Zarówno wyostrzona uwaga, jak i sprawność techniczna są efektem wielu godzin wymagających treningów, na których trzeba dać z siebie wszystko. Nie zawsze się to jednak udaje.

Mam dość – te dwa słowa padają bardzo często. Nie trzeba tłumaczyć, co one oznaczają. Szczególnie gdy są wypowiedziane przez niepełnosprawnego sportowca, u którego o chwile zwątpienia nie jest trudno. Potrzebny jest wtedy ktoś, kto dokładnie wie, jak działa umysł zawodnika i umie go dobrze zrozumieć. Taką osobą jest trener.

Mirosław Maliszewski postanowił wykorzystać swoje doświadczenie i sukcesy. Pracuje z niepełnosprawnymi sportowcami. W Centrum Rehabilitacji, pod jego okiem, zawodnicy trenują, wyciskając ciężary. Najważniejsze, żeby mieli zdrowe ręce i serce. Trzeba chcieć i mieć dobrze w głowie, to wystarczy – podsumowuje wymagania wobec podopiecznych.

Mirosław prowadzi zajęcia na siłowni cztery razy w tygodniu. Po rozgrzewce pyta swoich wychowanków o samopoczucie. Nie jest to wcale sposób na rozpoczęcie pogawędki. Lata praktyki nauczyły go, że do każdego z zawodników trzeba podejść indywidualnie. Daje to dużo lepsze efekty niż sztywne trzymanie się treningowej strategii. Nie chodzi tylko o fizyczne możliwości sportowców. Czasami zwyczajnie trudno jest się pozbierać, gdy miało się gorszy dzień. Trener musi to wszystko dostrzec i odpowiednio zareagować. Powinien być specjalistą nie tylko w zakresie swojej dyscypliny – mówi Mirek. Niejeden profesjonalny trener mógłby nauczyć się od niego, jak motywować innych, by osiągali wyżyny swoich możliwości. Pracuje z grupą szczególnie wymagających „klientów”. Poza trudem treningów muszą radzić sobie z ograniczeniami związanymi z niepełnosprawnością ruchową.

Jako dotknięty dysfunkcją ruchową sportowiec w pełni rozumie problemy, z którymi borykają się jego podopieczni. Dlatego potrafi przygotować zawodników nie tylko fizycznie, lecz także psychicznie. Efekty są widoczne, wielu z jego zawodników odnosi sukcesy na imprezach rangi krajowej i międzynarodowej. Takie zwieńczenie działalności sportowej było dla Mirosława czymś naturalnym. Kiedy zakończył karierę, od razu przeszedł do pracy trenerskiej, w której świetnie się odnalazł. Cały czas żyję sportem – mówi.

Niech wygra lepszy

Mirosław Maliszewski podkreśla, że nastawienie sportowca wiele mówi o tym, czy jest on w stanie odnieść sukces. Widzi to po swoich zawodnikach, których podejście bywa różne. Zdarza się, że niektórzy rezygnują. Po jakimś czasie przestają pojawiać się na treningach. Później dzwonią, tłumaczą się i szukają wymówek – opowiada trener. Od początku widać, że nic z tego nie będzie – dodaje. Są jednak i tacy, którym zależy.

Patrząc na Maksa, gdy piłka jest w grze, można odnieść wrażenie, że należy on do tej drugiej grupy. Z zaciętym wyrazem twarzy i pełnym skupieniem odbija rakietką szybko przemieszczającą się piłeczkę. Jego ruchy są zwinne i precyzyjne. W oczach widać upór osoby, która chce pokonać swojego trenera. Walka ucznia z mistrzem jest wyrównana. Strużka potu zaczyna spływać po twarzy Maksa. Jednak to z drugiej strony stołu pojawiają się coraz wyraźniejsze oznaki zmęczenia. Siedemnastolatek zaczyna zyskiwać przewagę. Zdobywa punkt za punktem. Gdy wynik pojedynku jest już niemal przesądzony, słychać słowa chłopaka wypowiedziane ze śmiechem w stronę trenera: No dawaj, to ty tutaj jesteś zdrowy.

No votes yet.
Please wait...