Inspiracja Roku

Zarwane noce nad zadaniami z matematyki to problem studentów nie tylko pierwszego roku. W takim momencie, sytuację może uratować tylko dobry wykładowca. O swoim podejściu do studentów, zaangażowaniu i zarażaniu pasją do matematyki, opowiedziała w rozmowie z MAGLEM dr Justyna Winnicka – laureatka nagrody Inspiracja Roku 2016.

MAGIEL: Jest Pani wykładowcą z dosyć małym stażem pracy ze studentami, w porównaniu z większością kadry akademickiej SGH, a jednak wygrała Pani tegoroczną Inspirację Roku. Czy spodziewała się Pani tego w jakimkolwiek stopniu?

DR WINNICKA: Było i jest to dla mnie niesamowite zaskoczenie. Do tej pory zastanawiam się, czy nie jest to jakaś pomyłka i dlaczego studenci wybrali właśnie mnie. Nie zmienia to faktu, że jestem bardzo zadowolona z tego wyróżnienia, szczególnie, że jest to bezpośrednia ocena studentów. Takie docenienie z ich strony podnosi na duchu. Traktuję to jako zaszczyt.

Studenci są często oceniani jako osoby, które dążą do sukcesów po linii najmniejszego oporu, które nic nie robią tylko siedzą, ściągają i kombinują gdzieś na boku. Czy Pani to zdanie podziela?

Nie podzielam tego zdania. Istnieje taki stereotyp, który ma się dobrze od wielu lat i za czasów mojego studiowania również miał się dobrze. Moje doświadczenia go nie potwierdzają. Wielu moich dobrych znajomych, których bardzo cenię kończyło SGH. A kiedy sama rozpoczęłam prace na Uczelni jako wykładowca, ten stereotyp przestał już mieć ostatecznie rację bytu. To znaczy, gdy przyszłam na swoje pierwsze ćwiczenia, spotkałam naprawdę fajnych, pracowitych ludzi… Zdecydowanie spotykam ich cały czas.

No dobrze, ale jednak czasem niektóre osoby mają mniejsze chęci do nauki, ale opanowanie materiału przychodzi im gorzej i łatwiej się poddają. Jak Pani ich motywuje?

Widzę dwie strony tego motywowania. Pierwszą jest moje zaangażowanie jako wykładowcy – ja naprawdę lubię uczyć. Drugi aspekt jest bardziej pragmatyczny i techniczny. Staram się wciągać studentów w systematyczną pracę i interakcję – zadawać prace domowe, wywieszać zadania na stronie, pracować indywidualnie na konsultacjach. Ze strony studenta ważniejsza jest dla mnie chęć do pracy niż matematyczne zdolności. Jeżeli ktoś przejawia chociaż cień takiej chęci, to staram się go po prostu „pociągnąć”. Osobom, którym idzie ciężej staram się pokazać, że jestem otwarta i gotowa do odpowiadania na wszystkie pytania. Jednak zaangażowanie jest potrzebne z obu stron – kiedy jest jednostronne, to ta energia gdzieś ucieka.

Ale skoro na razie cały czas wystarcza Pani sił, aby być zaangażowanym, to rozumiem, że studenci również się angażują?

Tak, studenci bardzo się angażują!

Jak wspomina Pani czas, gdy to Pani słuchała wykładów?

Kończyłam matematykę na Uniwersytecie Warszawskim i bardzo lubiłam studiowanie. Wiadomo nie wszystko mi się podobało i bywały przedmioty, które powodowały wątpliwości, czy się nadaję i czy powinnam to kontynuować. Jednak to były wyjątki, które mnie nie złamały. Nigdy nie traciłam przekonania, że matematyka jest warta poznawania i zwyczajnie piękna.

Spodziewała się  wówczas Pani, że tak właśnie potoczy się Pani kariera? Czy może miała Pani jakieś inne marzenia? Jakieś plany zagraniczne?

Podczas studiów myślałam głównie o matematyce i nie miałam specjalnych planów na przyszłość – tym bardziej zagranicznych. Nie miałam pewności, jak będzie wyglądać moja kariera zawodowa po skończeniu studiów. To się zaczęło krystalizować gdzieś dopiero pod ich koniec. Bardzo odpowiadała mi atmosfera uczelni i zaczęłam nieśmiało myśleć o drodze akademickiej. Ale najbardziej chciałam znaleźć po prostu swoje miejsce w życiu. Takie gdzie bym się czuła właściwym człowiekiem na właściwym miejscu.

A jak Pani trafiła do SGH?

Zaczynałam od studiów doktoranckich w SGH, potem po roku objęłam stanowisko asystenta – doktorat zrobiłam już jako asystent. Poza tym w pewien sposób kontynuowałam tradycję rodzinną,  moja mama bowiem również jest nauczycielem akademickim. Poszłam więc znaną ścieżką rodzinną.

Kto Panią w życiu inspirował? Inni profesorowie, znane postacie?

Trudno mi wskazać jednego mentora i przewodnika, który by mnie uczył, inspirował i wskazywał drogę. Natomiast bardzo cenię doświadczenia innych ludzi, których spotykam na swojej drodze. Nie tylko jeśli chodzi o pracę ze studentami, lecz także tę życiową mądrość. Na studiach miałam takich wykładowców, którzy wywarli na mnie tak duże i dobre wrażenie, że trwa ono do dzisiaj. I nawet jeśli wtedy nie byli dla mnie inspiracją, bo nie wiedziałam, że będę stała po tej drugiej stronie katedry, to teraz są dla mnie wzorem, np. pod względem zaangażowania, pasji, wiedzy i sposobu jej przekazywania, a nawet kultury.

Kiedy była Pani najbardziej zadowolona ze swojej pracy, z pracy wykładowcy?

To jest tak, że najlepiej pracuje mi się z grupami, z którymi mam dobry kontakt. Mam na myśli taką interakcję, wzajemny przepływ różnych energii i fluidów. W momencie gdy mam taką grupę, to czuję, że daję z siebie więcej. To jest najbardziej satysfakcjonujące i to są najlepsze momenty mojej pracy. Bardzo miłe i budujące też są takie wyrazy wdzięczności, jak np. krótki mail: dziękuję za fajny wykład, ćwiczenia. I oczywiście niezwykle przyjemnym sygnałem docenienia jest nagroda Inspiracji Roku 2016.

A czy studenci mogą być inspiracją dla wykładowcy?

Oczywiście. Po latach pracy jako nauczyciel mam trochę utartą ścieżkę pracy – wiem dokąd zmierzam i jakich narzędzi powinnam użyć. Czasem trafiają się jednak tacy studenci, którzy potrafią wybić mnie jakoś z tych ścieżek, każą mi gdzieś skręcić, inaczej popatrzeć na coś, na co patrzyłam do tej pory w określony sposób. Staram się iść tym nowym tropem. To potrafi być bardzo inspirujące – to są te momenty, kiedy ja się uczę od studentów. Inspiracja może mieć też bardziej przyziemny charakter. Bardzo cenię informacje zwrotne, np. ankiety studenckie. Traktuję je poważnie – i te pozytywne, i te mniej pozytywne. Staram się, aby krytyczne opinie były dla mnie bodźcem do zmiany, jeżeli tylko są one konstruktywne i merytoryczne. Wtedy zawsze biorę je uwagę, to jest to dla mnie ważna wskazówka.

Zastanówmy się chwilę nad poziomem nauczania w Polsce i w SGH. Polska jest na świecie postrzegana dosyć dobrze jeśli chodzi o poziom studiów, ale w kraju słyszy się też wiele negatywnych opinii.

Głównym zarzutem dla polskiej edukacji zawsze było to, że jest ona oderwana od realnego życia i skupia się na teorii, a nie praktycznych zastosowaniach. Myślę, że wprowadzane reformy mają to zmienić i generalnie są potrzebne. Oczywiście jak każda zmiana, wywołują niepokoje i skrajne oceny. Nie czuję się kompetentna, żeby oceniać te wszystkie zmiany programowe i na studiach i w szkołach niższych szczebli, ale mogę powiedzieć, jak to wygląda z mojej perspektywy, czyli perspektywy wykładowcy matematyki.

Wydaje się, że silną stroną Polaków jest matematyka i informatyka, które mają szczególne znaczenie w dzisiejszym świecie. Tymczasem tej matematyki jest coraz mniej i to już począwszy od szkoły podstawowej, poprzez szkołę średnią, aż po studia. To mnie niepokoi i myślę, że jest wbrew światowym tendencjom.

Z drugiej strony zdaję sobie sprawę, że matematyka to tylko narzędzie i to jedno z wielu. Co więcej oprócz posiadania narzędzi trzeba mieć pomysł i rozumieć, jak ich używać. Mam nadzieję, że autorzy reform mają na uwadze wypracowanie równowagi między tymi elementami.

Kim jest Pani zdaniem dobry wykładowca?

Dobry wykładowca to taki, który ma wiedzę i ma dryg do przekazywania wiedzy. Który sam jest pasjonatem i tą pasją jest w stanie zarazić. Z drugiej strony istotny jest też ten praktyczny i techniczny warsztat. Na przykład dbałość o język, czytelność zapisu, przejrzystość slajdów. Z doświadczenia własnych studiów wiem, że połączenie tego nie jest takie łatwe. Często tacy zaangażowani pasjonaci mają problemy z przekazywaniem wiedzy.

Kilkukrotnie pomysły, że powinno się organizować więcej warsztatów i innych możliwości rozwoju dla wykładowców, którzy wiedzą, że mają problem z jakimś aspektem pracy ze studentami. Czy myśli Pani, że coś takiego miałoby sens? Czy jednak nie sądzi Pani, by ktoś chciał z tego korzystać, albo że miałoby to komuś pomóc?

Myślę, że to by miało sens – sama chętnie bym skorzystała.

W przyszłości zostanie Pani na razie w SGH?

Bardzo chętnie bym została – jestem bardzo zadowolona z pracy wykładowcy SGH. Tutaj chciałabym się dalej rozwijać, robić to, co robię tylko lepiej. Pomimo otrzymanej nagrody wiem, że jest wiele rzeczy, które mogłabym usprawnić. Mam też nowe wyzwania związane z prowadzeniem nowych przedmiotów i wychodzeniem poza ścisłą i teoretyczną matematykę. To nie jest tak, że wszystko już wiem i wszystko umiem. Zaczynając uczyć czegoś nowego, uczę się po części razem ze studentami.

A co Pani czuła, kiedy miała Pani przeprowadzić pierwszy wykład?

Śniło mi się, że stoję przed wszystkimi i zapomniałam książki. Nie wiem jaki jest temat dzisiejszych zajęć i nagle wszyscy studenci zaczynają po kolei wychodzić i zostaję sama. Tak więc byłam lekko przerażona. Miałam oczywiście doświadczenie w nauczaniu, ale to raczej twarzą w twarz, np. podczas korepetycji. Natomiast z taką dużą grupą mocno się stresowałam, ale jakoś dało radę.

W obecnych czasach stykamy się z opinią, że studiuje się, aby znaleźć dobrą pracę. Uważa Pani, że jest to prawda, czy może jednak studiujemy głównie dla samych siebie?

Uważam, że jedno z drugim się jak najbardziej wiąże. W idealnym podejściu to powinno być ze sobą spójne. Czyli z jednej strony poświęcamy się studiowaniu tego, co nas pasjonuje, a z drugiej budujemy potencjał i przygotowujemy się do życia zawodowego.

Sam okres studiowania może być bardzo fajnym czasem. Dla wielu to najlepsze lata, nauka nowych rzeczy, zażywanie studenckiego życia, nawiązywanie znajomości. Zanim pojawi się praca, rodzina, dzieci, nowe obowiązki, które pożerają czas.

A jakaś wskazówka dla studentów?

Głównie żeby dobrze korzystać z czasu. Żeby korzystać z okazji i nie bać się próbować, nie bać się popełniać błędów. I żeby zażyć trochę studenckiego życia. I zdążyć poleniuchować – to też jest ważne!