Ryzyk-fizyk

W wywiadach powtarza, że rzemieślnikiem się jest, a artystą się bywa. Mimo że jego zdjęcia znalazły się na niezliczonych okładkach magazynów z całego świata, mówi o fotografii jako o swoim hobby. Na co dzień Andrzej Dragan jest adiunktem na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego. W rozmowie z MAGLEM wyjaśnia, co w rzeczywistości jest dla niego ważne.

8

fot. Andrzej Dragan

MAGIEL: Dlaczego zdecydował się pan zostać zawodowym fizykiem?

ANDRZEJ DRAGAN: Ponieważ nie ma na świecie nic ciekawszego i bardziej wartościowego. Co prawda, jeśli patrzeć na wybór zawodu w aspekcie finansowym, to chyba musiałbym być niespełna rozumu, aby zajmować się fizyką. Jak chce się zarabiać, to wybiera się inny zawód. Jednak nie to jest dla mnie najważniejsze.

Co fizycy mogą dziś zaoferować społeczeństwu?

Fizycy dali społeczeństwu o wiele więcej, niż społeczeństwo za to zapłaciło. Gdyby Michael Faraday, który był jednym z odkrywców prądu, opatentował swój wynalazek i pobierał jednego centa za każdą kilowatogodzinę, to jego spadkobiercy byliby dzisiaj najbogatszymi ludźmi na świecie. Jasne, że taki Faraday zdarza się raz na milion, ale nawet gdyby podzielić społeczny zysk z jego wynalazku przez milion, to okaże się, że fizycy dają światu o wiele więcej niż jakakolwiek inna grupa zawodowa. Dlatego też sądzę, że nie muszą się oni w żaden sposób tłumaczyć ze swojej obecności.

6

fot. Andrzej Dragan

Co zadecydowało o tym, że mimo zagranicznych sukcesów naukowych wrócił pan na Uniwersytet Warszawski?

Jest wiele różnych rzeczy, które można robić w fizyce. Do niektórych z nich potrzeba sporych nakładów finansowych, a do niektórych nie potrzeba ich praktycznie wcale. Mnie jako fizykowi, który zajmuje się połączeniem teorii kwantów z teorią względności, wystarczą biurko, kartka, długopis i kosz na śmieci. Ponadto nie ma na świecie ośrodka, który gromadziłby  fizyków pracujących nad tym samym co ja. Jeśli chciałbym pracować w grupie, to musiałbym albo sprowadzić specjalistów z zagranicy albo samodzielnie ich sobie wychować. Uważam, że Uniwersytet Warszawski daje mi do tego dobre warunki.

Wspomniał pan o wychowywaniu studentów. Trochę kłóci się to z tezą, że ludzie dzielą się na samouków i nieuków, którą powtarzał pan w innych wywiadach. Jak postrzega pan swoją pracę jako wykładowca?

Teza, o której mówisz, ma pokrycie np. w fotografii lub innych dziedzinach, w których na opanowanie podstaw wystarczą trzy dni. Kiedy zaczynam wykłady w szkołach fotograficznych, w pierwszych słowach mówię uczestnikom, aby wrócili do domu i zaczęli robić zdjęcia, bo do tego wykłady są im zbędne. W przypadku fizyki jest inaczej. Nawet bardzo uzdolnieni ludzie potrzebują od pięciu do dziesięciu lat nauki, aby zapoznać się z niezbędnymi do późniejszej pracy podstawami współczesnej fizyki. Nie opanuję tego za nich, ale mogę zainteresować ich pewnymi zagadnieniami i spróbować dobrze nimi pokierować.

Jaką radę dałby pan młodym fizykom?

Nie traćcie czasu i na nikogo się nie oglądajcie. W młodym wieku ma się ogromny zapał, który z czasem niestety wyparowuje. Przypominam wszystkim młodym fizykom, że Albert Einstein dokonał największego odkrycia, kiedy miał dwadzieścia sześć lat. A zdjęcie, z którego kojarzy się go jako starszego człowieka z wąsami, to jakieś nieporozumienie. Dlatego też można powiedzieć, że w fizyce – jak w sporcie – karierę kończy się około trzydziestego roku życia. 

Wiem, że fizyka nie jest pana jedyną pasją. Jaką rolę spełniają w pana życiu fotografia i film?

To dla mnie zupełna odskocznia. Przede wszystkim jestem fizykiem, a zabawa w robienie czy zdjęć, czy filmów jest dla mnie niezwiązanym z pracą hobby. Oczywiście w moich filmach można znaleźć odniesienia do fizyki. Wynika to tylko z tego, że lubię pokazywać coś, na czym się znam. Przy okazji może się zdarzyć, że dzięki mojemu filmowi ktoś zainteresuje się jakimś prawem fizyki. Sądzę jednak, że nie jest to nic niezbędnego i nie byłoby wielkiej różnicy, gdybym kręcił filmy na zupełnie inne tematy.

10

fot. Andrzej Dragan

Jak wpadł pan na pomysł obróbki zdjęć nazywany dziś przez niektórych „efektem Dragana”? [Obróbka ta polega na stosowaniu określonych sekwencji w Photoshopie w celu wyostrzenia cech modela oraz wywołaniu wrażenia trójwymiarowości portretu – red.]

Metodą prób i błędów. Nikt nigdy nie uczył mnie robienia zdjęć, stąd nie miałem wpojonych żadnych nawyków. W tamtym czasie na rynku pojawił się Photoshop i wszyscy wykorzystywali go do poprawiania zdjęć. Mnie wydało się to nudne i postanowiłem zrobić coś zupełnie odwrotnego. Myślę, że dzięki temu udało mi się osiągnąć coś oryginalnego.

Robił pan zdjęcia wielu znanym postaciom, można tu wymienić np.: Madsa Mikkelsena, Davida Lyncha czy Jerzego Urbana. Czy praca z nimi różniła się od pracy ze „zwykłymi” modelami?

Akurat jeśli chodzi o Madsa Mikkelsena i Jerzego Urbana, to sam chciałem ich sfotografować. Wolę wybierać modeli osobiście. Nie uważam się za dobrego fotografa i nie potrafię zrobić dobrego zdjęcia każdemu. Z drugiej strony robię czasami sesje komercyjne, podczas których mam bardziej ograniczone pole działania. Zauważyłem jednak pewną zależność – im ktoś płaci więcej, tym wychodzi gorsze zdjęcie.

dr hab. Andrzej Dragan

Adiunkt na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego. Oprócz pracy ze studentami, zajmuje się również fotografią – w swoim dorobku artystycznym ma sesje zdjęciowe m. in. z: Maddsem Mikkelsenem,  Jerzym Urbanem czy Danielem Olbrychskim.