Dzieło przypadku

Na jednym ze spotkań z młodymi dziennikarzami Agata Passent przyznała, że za dobrymi felietonami nie stoją godziny poszukiwań tematu, analiz i dopieszczania tekstów. Wręcz przeciwnie – te najlepsze powstają na szybko, a autor chwyta się w nich najprostszej myśli przewodniej. Maciej Stuhr także wielokrotnie zdradzał w swoich artykułach, że powstawały one tuż przed deadline’em. I w żadnym wypadku nie można go za to skarcić, bo cieszyły się dużym powodzeniem wśród miłośników lekkiego pióra.

Wielu artystów tworzy pod wpływem chwili. Wena przecież przychodzi w najmniej oczekiwanych momentach. Anita Lipnicka zapisuje teksty piosenek, stojąc w korku. Inni muzycy notują linie melodyczne w tramwaju. Z kolei najpiękniejsze fotografie, jakie mamy okazję podziwiać, pokazują sceny ujęte dzięki szybkiemu, często przypadkowemu pstryknięciu migawki.

Nie wszyscy jednak umiemy żyć na spontanie, bez odhaczania w kalendarzu kolejnych spotkań, bez planowania zawodowej kariery i budżetu na kilka lat do przodu. I choć yolo, kolokwia na kacu i egzaminy bez spiny na początku studiów są jeszcze normą, to dwa lata później rzeczywistość tak nas pochłania, że wyrabianie nadgodzin i regularne picie melisy nikogo już nie dziwi. Doba staje się zbyt krótka, praca nigdy się nie kończy, a wyjście ze znajomymi graniczy z cudem. Nawet największy luzak staje się pochłoniętym przez korpo mistrzowskim ogarniaczem, który lajkuje memy A może by tak rzucić wszystko i pojechać w Bieszczady? Robi to w drodze do biura, bo na jakiekolwiek wyjazdy nie ma przecież czasu – zarobiony jest.

Więc może by tak wziąć przykład z bohatera kryminałów Zygmunta Miłoszewskiego, z dnia na dzień porzucić wielki świat i zacząć od nowa w jakimś małym spokojnym miejscu? Przestać tak dokładnie planować i jak dobry felietonista zrobić coś na ostatnią chwilę czy jak artysta zdać się czasem na dzieło przypadku? Życie z dnia na dzień nie jest takie stresujące, pozwala się rozwijać i skupiać na pasjach, ale nie do końca pasuje do naszej polskiej mentalności. Przeciętny Kowalski boi się przecież zostawić dotychczasowe poukładane życie i pod wpływem nagłego impulsu postawić wszystko na jedną kartę. Wydaje się więc, że zaszycie się na kilka dni w jakiejś chatce na odludziu, w towarzystwie ciszy i własnych myśli, to jedyny sposób na to, by zrobić coś niezaplanowanego i przy okazji posłuchać samego siebie.

Może grudzień to właśnie jest ten czas, by przestać być przeciętnym Kowalskim i naprawdę pojechać w Bieszczady?

No votes yet.
Please wait...