Wszystko włożyć w muzykę

Przy tworzeniu tak kreatywnej formy sztuki, jaką jest muzyka, niemal konieczne jest szukanie ciekawych i nowych połączeń gatunków. Jaga Jazzist na swojej ostatniej płycie udowodnił, że zasługuje na miano jednego z najbardziej interesujących zespołów łączących jazz i muzykę elektroniczną.

MAGIEL: Jakie jest wasze podejście do jazzu? Bo patrzycie na niego w inny sposób niż klasyczni jazzowi artyści.

MARTIN HORNTVETH: Staramy się nie rozważać zbytnio, co jest jazzem, a co nie. Mój brat pisze tekst, natomiast z całym zespołem nagrywamy muzykę, którą uwielbiamy i która nas samych inspiruje. Czasem będzie to jazz, czasem hip hop, techno albo jakikolwiek inny gatunek. Oczywiście uwielbiamy jazz, jednak sama łatka nie ma dla nas takiego znaczenia.

Czy 22 lata temu – kiedy tworzyliście zespół – mieliście spójną wizję tego, co planujecie tworzyć, czy po prostu postanowiliście nagrywać to, co w danym momencie będzie wam bliskie?

LARS HORNTVETH: W 1994 siedzieliśmy głęboko w rapie i hip hopie – właśnie tak zaczęliśmy mieszanie jazzu z innymi gatunkami. Zawsze staramy się nagrać naszą własną wersję tego, czego w danym momencie słuchamy. Metodą na to jest oczywiście ciągłe nagrywanie muzyki, ale też wyłapywanie i chowanie oczywistych inspiracji.

M.H.: Kiedy powstało Jaga Jazzist Lars, ja i nasza siostra (Line Hornveth) mieliśmy za sobą początki w szkolnym jazzowym bandzie, nasz gitarzysta był mocno zakorzeniony w rocku, wibrafonista w muzyce klasycznej, a wszyscy słuchaliśmy hip hopu. Staraliśmy się więc jakoś to wszystko ścisnąć w muzykę, jaką chcieliśmy tworzyć. Takie samo podejście staramy się zachować.

Starfire – wasz najnowszy album – jest pierwszym, na którym nie pojawia się trębacz Mathias Eick, który odszedł, żeby zająć się solową karierą. Jego nowa płyta jest pełna post-rockowych motywów, które występowały również w waszych wcześniejszych projektach, w przeciwieństwie do owego materiału. Brak tego typu brzmień na nowym longplayu wynika właśnie z braku Mathiasa?

L.H.:Brzmienie Starfire nie ma takiego związku z Mathiasem. Opuścił zespół, kiedy już mieliśmy przygotowaną część materiału, więc nie można powiedzieć, że nowa muzyka była odpowiedzią na jego brak. Trochę spodziewaliśmy się tego, ponieważ jeszcze przez długi okres w Jaga Jazzist był bardzo zaangażowany w swoją solową karierę, więc nie było to szczególnie dramatyczne. Co do samej muzyki – ostatnia rzecz, jaką zrobiliśmy przed Starfire, był studyjny album One-Armed Bandit oraz koncertówka z Britten Sinfonia. Podczas tworzenia tego pierwszego przyjęliśmy metodę ćwiczeń w studiu tak długo, jak tylko mogliśmy sobie na to pozwolić, a potem zagrać całość na żywo, co było nie lada wyzwaniem. Przez to album poszedł w bardziej progresywną stronę, ze wszystkimi zmianami tempa i innymi muzycznymi zawiłościami.

Tak więc naturalną dla nas reakcją było stworzenie albumu z prostszymi beatami, bardziej związanego z muzyką dance – a przynajmniej taki był plan. Z reguły jak przychodzimy do studia, mamy już jakieś szkice piosenek, ale najczęściej w studiu pojawiają się nowe pomysły.

Nie skupiacie się na jednej rzeczy, tylko kierujecie się inspiracją?

M.H.: Staramy się podążać za elementami, które będą świeże, nowe czy zaskakujące dla nas, i staramy się je uchwycić. Jedną z cech zespołu jest to, że nie wiemy, w jakim kolejnym kierunku pójdziemy – kiedy pojawia się pomysł, kompletnie się w niego zanurzamy i eksplorujemy z każdej strony. Na pewno nasz następny projekt będzie zupełnie odmienny od poprzednich – o tym możemy was zapewnić.

Czy tworząc muzykę na Starfire, inspirowaliście się szczególnymi artystami? Gdy słuchałem Big City Music melodie z tego utworu kojarzyły mi się z tymi tworzonymi przez Franka Zappę.

L.H.: Generalnie w muzyce instrumentalnej – jeśli łączymy rockową muzykę z elementem tworzenia chwytliwych, skomplikowanych melodii – porównania do Zappy będą nieuniknione. Sam album w żadnym razie nie był inspirowany jego muzyką, ale podoba mi się, że to słyszysz, bo stworzył masę fantastycznych utworów. Nagrywając Starfire, inspirowaliśmy się muzyką elektroniczną, która jest daleka od tego, jak normalnie brzmimy – np. house’em. Staraliśmy się ukraść jak najwięcej ciekawych elementów i ukryć je tak dobrze, jak tylko potrafimy (śmiech). Chyba najwięcej zabraliśmy od Radiohead, Justice i Jona Hopkinsa. Ciężko mi powiedzieć, czy były to bezpośrednie inspiracje, ale na pewno jak takie brzmią.

Dużo pracujecie – oprócz Jaga Jazzist macie swoje solowe kariery, współpracujecie z wieloma artystami, między innymi z Susanne Sundfor na płycie Brothel. To już pracoholizm czy podchodzicie do muzyki z nastawieniem, że chcecie dać od siebie jak najwięcej?

M.H.: Większość z nas jest zawodowymi muzykami studyjnymi, więc jest dla nas naturalnym, żeby pracować z dużą ilością muzyki – rozpoczynając od muzyki filmowej i teatralnej, poprzez produkcję albumów, a kończąc na udzielaniu się studyjnie na niezliczonej liczbie płyt, zwłaszcza w Norwegii.
Jaga jest naszym głównym projektem, który najchętniej prezentujemy ludziom. Jest to jednak trudne zajęcie, więc musimy mieć również poboczne aktywności. Robimy to dlatego że jest to nasza praca oraz kochamy to, czym się zajmujemy.