Czerwone kwiaty na polu minowym

Wbrew powszechnym skojarzeniom udział w wojnie to nie tylko strzelanie z karabinu. O przeżyciach na Bliskim Wschodzie, kontaktach z ludnością cywilną i chwilach zachwytu z aparatem w ręku opowiada były żołnierz GROM-u.

Rozmawiały: Wiktoria Kowalska, Karolina Mazurek

Fot: Pan Kpt. Robert

MAGIEL: Jako żołnierz sił specjalnych uczestniczył pan w czterech misjach zagranicznych. Jak wspomina je pan z perspektywy czasu? Czy jakaś z nich była szczególna?

Pan Kpt. Robert: Myślę, że dla mnie i części moich kolegów z jednostki bardzo istotna była nasza pierwsza misja. Odbywała się w Afganistanie. Czekaliśmy na nią i przeżywaliśmy ją, pełni nadziei, że czeka nas zadanie, wyzwanie, możliwość sprawdzenia się. Jak się później okazało, tak właśnie miało być.

Czy zainteresowanie wojskiem było u pana obecne na długo przed wyborem tego zawodu?

Od dawna myślałem, że chciałbym znaleźć się w wojsku, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że będę służył w Afganistanie. W moich młodzieńczych wyobrażeniach była raczej obrona granic Polski, ale świat się pozmieniał. Ta formacja, do której trafiłem, otrzymała zadanie zewnętrzne w związku ze współpracą w ramach NATO i potrzebą realizowana interesów naszej zachodniej cywilizacji.

Tęskni dziś pan za Afganistanem?

Zabrałem na pierwszy wyjazd książkę Modlitwa o deszcz Wojciecha Jagielskiego i jest tam takie zdanie, że będąc w Afganistanie, czeka się na powrót do domu, a po wyjeździe tęskni się za tym krajem. Zdecydowanie coś takiego wystąpiło i u mnie. Nawet dziś mam sentyment do tamtych ludzi i do kraju, a właściwie stolicy: do Kabulu i okolic. Pozostał tam kawałek mojego życia.

Co takiego jest w tamtejszych ludziach?

O Afgańczykach mówi się – i ja też to zauważyłem – że inaczej postrzegają czas. Nie widziałem u nich pośpiechu. Później, kiedy się zastanowiłem, doszedłem do wniosku, że to dlatego, że tam nie za bardzo jest się do czego śpieszyć. Poza sytuacjami skrajnymi, kiedy ktoś walczy o przetrwanie, o wyżywienie rodziny, zegarek nie jest dla nich kluczowy. Do tego są bardzo otwarci i ciekawi. Lubią podejść, zapytać, porozmawiać. W różnych intencjach. Czasem żeby coś uzyskać, dowiedzieć się czegoś, czasem wymienić jakieś poglądy. Młodzież namiętnie ćwiczy angielski i jeśli tylko mają okazję, to po prostu przystają i zaczynają rozmawiać, żeby sprawdzić swój albo twój język, albo popisać się przed grupą. Ja może w taki sposób opowiadam o Kabulu, ponieważ kiedy wróciłem po misjach, to uświadomiłem sobie, że – to może będzie dziwne – ale trochę lepiej mi się tam żyło. Tam jesteś bliżej sensu życia, takiej prawdy.

Gdy przyjechałem tutaj, to ucieszyłem się, że deszcz pada, że jest wilgotno, że trawa rośnie, że jest błoto, bo tego tam brakowało, ale przywaliły mnie wszelkie rachunki, terminy i zobowiązania. Niektóre z nich były tylko wytapianiem mojego czasu przeznaczonego na życie. Na misjach, kiedy wszystko sprowadzało się do miejsca spania, zadania do wykonania, treningu, jedzenia i relacji z ludźmi, a odrzucona była cała ta nasza rachunkowo-konsumpcyjno-urzędowo-skarbowo-podatkowa otoczka, to nagle poczułem, że to właśnie tam żyłem „naprawdę”. Dorzućmy do tego zagrożenie życia, które jest normalne. Nie mówię tego, by histeryzować – jest ono wpisane w zawód żołnierza, który świadomie wybrałem. Wychodzisz z tego cało i wtedy widzisz, jak bardzo wartościowe jest to życie. Tutaj mam problem z uświadomieniem sobie, jak fajnie jest żyć. Tam było dużo łatwiej pojąć to, czym tak naprawdę jest to, że istniejesz, że żyjesz. Czasem też komuś pomożesz. Czasem zaszkodzisz, ale to tak bywa.

W końcu to jest służba. Nikt nie decyduje indywidualnie, prawda?

No tak, obowiązuje hierarchia i nie ma się wpływu na to, jakie zadanie się realizuje, ale na sposób realizacji i bezpieczeństwo to owszem.

Na czym polegały zadania pańskiej jednostki?

Mieliśmy, między innymi chronić saperów w czasie wykonywania ich zadań. Były też konwoje i ochrona bazy – takie wsparcie dla innych.

A czy zdarzały się sytuacje, kiedy to, że byliście w mundurach i mieliście broń otwierało wam drogę do załatwienia czegokolwiek szybciej?

Nie mieliśmy takiej sytuacji, że musielibyśmy coś wymuszać wyglądem, powołując się na to, kim jesteśmy. Czasem ludność cywilna do nas się zwracała, żeby coś załatwić. Kiedy zatrzymywaliśmy się pod urzędem, jakiś petent w akcie desperacji przybiegał do nas i tłumaczył, że ma bardzo ważną sprawę… Oczywiście nie było takiej możliwości. Mogliśmy tylko popatrzeć, pokiwać głową i życzyć mu wszystkiego dobrego. Przy okazji rejestrowania samochodu – bo kupiliśmy tam dwa samochody – na pewno miało znaczenie to, że byliśmy większą grupą. Szybciej przesuwaliśmy się w kolejce, także zarejestrowanie samochodów zabrało nam jeden dzień, a nie trzy – jak to było w przypadku Afgańczyków.

To nadal dosyć długo.

Tak. To było dla mnie duże przeżycie, związane z niebywałą, rozbudowaną do absurdu biurokracją. Trzeba było ten samochód nabyć i zjawić się z jego właścicielem w sądzie, żeby potwierdził, że zapłaciliśmy. Potem musieliśmy pójść do urzędu (tam pan miał maszynę do pisania), w którym napisano ogłoszenie o zakupie. I należało takie ogłoszenie opublikować w gazecie. Następny etap to Wydział Komunikacji – budynek z wielkim placem, gdzie było prawie 30 punktów do zaliczenia. Specjalista od szyb, tapicerki, ogumienia. Każdy musiał potwierdzić, że samochód istnieje i spełnia jakieś wymogi. Dodam, że ci urzędnicy nie pracowali w pomieszczeniach. Oni wszyscy krążyli po placu i musieliśmy próbować ich tam odnaleźć. Bo wokół koczowali ludzie z samochodami, czekający na rejestrację.

Mieliście wytyczne, by oprócz regulaminów wojskowych przestrzegać też miejscowych, afgańskich przepisów, czy była w tym jakaś dowolność?

Myślę, że jakiś drobny element swobody, z uwagi na ważny interes, pozostawał. Wydaje mi się jednak, że siły koalicji – głównie Amerykanie – chciały wspierać tę początkującą administrację. Nadawać jej jakąś moc, siłę, ważność. Także nie było lekceważenia. Z drugiej strony trudno mi sobie wyobrazić sytuację, w której policja afgańska nas zatrzymuje i legitymuje, sprawdza kierunkowskazy czy coś takiego. Ale tu trzeba mieć świadomość, że samochody w Afganistanie są w różnym stanie i to absolutnie nie przeszkadza im w poruszaniu się po ulicach. Pamiętam na przykład samochody ciężarowe, które miały z przodu kosze. Gdy przy podjeździe pod górkę gotowała się woda w chłodnicy, człowiek siadał w tym koszu i dolewał wodę w trakcie jazdy.

Trudne warunki wymagają nietypowych rozwiązań.

To prawda. Afgańczycy z niczego zrobią wszystko. Mnóstwo rzeczy potrafią wielokrotnie wykorzystać, odzyskać, naprawić. Widziałem rowery, które mają tak zrobione stopki, że stoją zawsze pionowo i możesz samodzielnie zapakować starą wersję telewizora na bagażnik. Jest dużo małych warsztatów usługowych i to najróżniejszych. Naprawa samochodów, robienie garnków, piekarnia. Albo krążąca kawiarenka. Sporo zakładów, w których pracują dzieci – bardzo duża siła robocza. W porze obiadu ktoś wychodzi na chodnik, rozpala mały ogienek pod szybkowarem, wrzuca cebulę, wodę i baraninę, do tego jeszcze placki i posiłek dla całej ekipy z warsztatu gotowy. A obok tego rynsztok. Jest też bogatsza ulica, tak zwana Chicken Street. Było też kino, w którym grano jeden film. Czasami zdarzają się też spore przedsiębiorstwa. Tam i w urzędach zauważyłem ciekawostkę. Przy wejściu zawsze siedzi człowiek i jego zadaniem jest parzenie herbaty czy innych napojów dla personelu. Na jego stoliku leży plik banknotów po to, żeby je wypłacał pojedynczo biedakom, którzy przechodzą obok. To przyjęty zwyczaj.

Trudno wyobrazić to sobie, kiedy jest się przyzwyczajonym do polskich warunków.

Trzeba mieć na uwadze, że tam wiecznie jest jakaś wojna, wiecznie ktoś z bronią, wiecznie ktoś komuś czegoś zabrania. Kabul i Bagram, gdzie znajdowała się nasza baza, otoczone są górami. Mogłyby tam być obiekty wypoczynkowe, wyciągi narciarskie, centrum turystyczne. Kraj jest bardzo piękny, ale ludziom nie przynosi to korzyści.

Czy to sprawiało, że w trakcie pobytu czuł pan, że wasza obecność jest dla Afgańczyków ważna, że jest szansą na zmiany? Czy może później pojawiły się takie myśli?

Nie wiem nawet, czy do tej pory przyszły. Ja, pomijając realizację zadań, wykonywanie wyuczonego zawodu, bardziej skupiałem uwagę na pojedynczych ludziach i grupkach, które spotykałem. Bez ambicji, żeby dokładać swoją cegiełkę do dobrobytu tego państwa. Nie zastanawiałem się nad tym i myślę, że to może lepiej. Afganistan przecież nadal nie kwitnie, nie rozwija się tam demokracja. W Iraku stało się to, co się stało.
Nie wyobrażałem sobie za wiele – myślę, że dobrze. Jeżeli mogłem komuś pomóc tak na ulicy, doraźnie – robiłem to. Jeżeli miałem za zadanie chronić żołnierzy, wykonywałem je. W zawodzie żołnierza przydają się dwie cechy. Pierwsza to umiejętność zasypiania o każdej porze i w każdym miejscu, czyli wykorzystywania czasu na odpoczynek. Druga – żeby nie rozważać za wiele. Generał Petelicki powiedział, że człowiek, który za dużo rozmyśla i analizuje, nie nadaje na żołnierza. Wykonać zadanie – rozkaz, wykonać… Kiedy wdamy się w dywagacje, czy jesteśmy tam w słusznej sprawie czy nie, to jest już punkt, żeby się pakować i wracać.

Czyli zdarzały się pojedyncze sytuacje, w których można było komuś pomóc?

Tak. Dla mnie to było ważne. Zresztą koledzy podobnie do tego podchodzili. Gdy była możliwość, żeby zrobić coś drobnego – gest, uśmiech, rozmowa – to z tego się korzystało, chociaż nie prowadziliśmy dysput na ten temat. Nie dlatego, że nie jesteśmy zdolni do takich rozmów, tylko dlatego, że to chyba zupełnie bezcelowe. Dla nas ważna też była odpowiedzialność. Zaufano nam, byliśmy przecież w jednostce uważanej za elitę. Musisz wtedy pamiętać, że nie jesteś jakimś bandytą, który dostał karabin do ręki i może się rządzić, tylko odpowiadasz za siebie. Jeszcze przy takiej historii, jaką my mamy – historii Polski. Ciągle jesteśmy przegrani, gdzieś polegliśmy, gdzieś coś się nie udało. Sukces to zawsze lata 1410 i 1920. Gdy jestem w innym miejscu, to nie patrzę z punktu widzenia okupanta, pana z pistoletem, który biega po ulicy. Po prostu mam świadomość, co jest dobre, a co złe.

Do kogo najczęściej zdarzało wam się kierować jakiś miły gest lub pomoc?

Najczęściej do dzieci. Przychodziły tam, gdzie zbierali się ludzie z zewnątrz, bo liczyły na prezenty. One dollar – typowy okrzyk. Tych dzieci była masa.

Czyli to jest ich sposób na życie?

Zdecydowanie tak. Wynikający z ubóstwa. Myśmy przywykli, inne formacje też, więc zawsze mieliśmy coś przy sobie, żeby móc rozdawać. Głównie wodę, napoje, owoce, słodycze, mleko w kartonach, czasem pieniądze, ale rzadko. Takie podstawowe rzeczy. W pamięci utkwiła mi jedna dziewczynka, pasterka w czerwonej sukience. Na drodze do Bagram jak zwykle otoczyła nas grupa dzieci i kiedy rozdaliśmy już prawie wszystko, pojawiła się ona. Biegła z daleka i coś do nas wykrzykiwała, żebyśmy na nią poczekali. Miała taką roztrzepaną fryzurę. Bardzo zdeterminowana, konkretna osoba. Jak już dotarła, niewiele dla niej mieliśmy. Tym bardziej było to dla mnie szczególne wydarzenie. Teraz, jeżeli przetrwała, jest już dorosła. Warto było wozić aparat, żeby móc uchwycić ten moment, stworzyć wspomnienie. To się już stało rutyną, że zawsze miałem go ze sobą i robiłem mnóstwo zdjęć.

Aparat pomaga na misji?

Na pewno wypełnia czas, a poza tym dajesz sobie w ten sposób dodatkową funkcję w społeczności. Niektórzy to doceniają, inni mniej, ale generalnie jest to dość przyzwoicie postrzegane, jako forma dokumentowania. Z drugiej strony fotografującym bardzo dużo umyka. Nawet jak robią piękne zdjęcia, to sama interakcja, funkcjonowanie w tym konkretnym momencie jest trochę jak za szybą. Nie są już w stanie tej chwili przeżywać.

Ma pan takie zdjęcia, do których najczęściej wraca?

Teraz, z tych tysięcy fotografii, kilka jest dla mnie rzeczywiście ważnych. Na pewno wspomniana pasterka w czerwonej sukience. Zdjęcie często żyje swoim życiem i nawet jeśli spotkanie trwało kilka sekund, to potem nawiązuje się więź między mną a tym człowiekiem, Kabulem, sytuacją. Jest też trochę ujęć, na których stoimy z naszą grupą. Niektórych kolegów zabrakło, bo już poginęli. Są zdjęcia związane z miejscami. Na przykład plac, na którym często się zatrzymywaliśmy. Gdy patrzę na fotografię, czuję jego atmosferę, wspominam tych ludzi, którzy przechodzą. I gorąco, i wietrznie, zimno. Cały rok się tam zamknął. I jeszcze kwiaty na polu minowym. Zdjęcie nie oddaje, jak wielkim one były zaskoczeniem. Tam było akurat miejsce do trenowania biegów, dobrze znany nam teren. No i któregoś ranka okazało się, że coś się pozmieniało w ciągu jednej nocy. Nagle zrobiło się takie morze kwiatów, jak na warunki afgańskie. Nie miałem pojęcia, że to w ogóle może tak rosnąć. Tak kwitnąć. W innym miejscu tego nie spotkałem, ani w Kabulu, ani przy drodze. Tylko na tym polu minowym. Tak jakby ci, którzy te pola minowe tam zakładali, na butach nanieśli nasion kwiatów z Europy czy z Azji. Troszkę też taka kpina natury z tych naszych problemów i z tego, co potrafimy zrobić z życiem. Ale imponujące to było.

Pan kpt. Robert

W latach 2002-2007 uczestniczył w misjach w Afganistanie i Iraku z ramienia Jednostki  Wojskowej GROM. Obecnie jest kapitanem rezerwy Wojska Polskiego. Dane personalne pozostają do wiadomości redakcji.

Fot: Pan Kpt. Robert

No votes yet.
Please wait...