Władcy języka

My niszczymy słowa. Setkami, i to dzień w dzień. Redukujemy język, plewimy z niego wszystko, co zbędne – w ten sposób Winston, bohater Roku 1984 Orwella, dowiedział się, czym jest nowomowa. Również w Polsce w czasach PRL-u władza próbowała tworzyć własną rzeczywistość za pomocą języka. Agresję słowną możemy zauważyć także dzisiaj na radykalizującej się scenie politycznej. O niebezpiecznych związkach władzy i języka opowiedział przewodniczący Rady Języka Polskiego przy Prezydium PAN, profesor Andrzej Markowski.

fot. Basia Pudlarz / NMS Magiel

MAGIEL: Chciałabym nawiązać do zwyczaju pana profesora. Co roku podczas wykładu z kultury języka polskiego przy okazji tematu nowomowy opowiada pan o wydarzeniach marcowych i swoich przeżyciach z tamtych czasów. Czy zamierza pan opowiedzieć o tym również w tym roku?

PROFESOR DR HAB. ANDRZEJ MARKOWSKI: Miałem już jeden wykład w tym roku, który zaproponował mi NZS UW o nowomowie i neonowomowie. Mam też wykłady dla studentów polonistyki na ten temat. Wydarzenia marcowe są ściśle związane z apogeum nowomowy, które nastąpiło wtedy, w 1968 r.

Czy samo określenie „wydarzenia marcowe” to nowomowa?

Tak. Stworzone, żeby nie mówić o protestach studenckich, strajkach. Powiem taką ciekawostkę, kilka lat temu, Narodowy Bank Polski chyba na 40-lecie, żeby uczcić Marzec 1968 miał wybić pamiątkową monetę. Spytano mnie wtedy o to, które z określeń na monecie będzie najlepsze. Proponowano między innymi „wydarzenia marcowe”, na które nie mogłem się zgodzić, gdyż jest to element nowomowy, tak samo jak „wydarzenia sierpniowe”, „wydarzenia grudniowe” – żeby nie mówić o nich wprost. W końcu stanęło na tym, że na monecie wybito „Marzec ‘68”, co już jest mniej nowomowne.

Czy może pan profesor przybliżyć, czym jest to zjawisko?

Nowomowa jest to język charakterystyczny na przykład dla publicystyki czy informacji. Występuje w państwach totalitarnych, kiedy władza opanowuje wszystkie środki upowszechniania informacji. Wtedy mówimy o nowomowie, czyli takim języku, za pomocą którego władza odgórnie chce sterować nastrojami obywateli, ale przede wszystkim wprowadzać pewne, dla niej korzystne, zmiany w myśleniu i w przedstawieniu rzeczywistości.

W jakich momentach historii pojawia się taka tendencja?

Nowomowa może być tylko wtedy, kiedy władza ma charakter totalitarny i całkowicie opanowała media, kiedy nie ma innych źródeł, z których można dowiadywać się o rzeczywistości. Podstawową funkcją nowomowy jest to, że przedstawia świat takim, jakim on ma być. Jest to próba stworzenia świata, taka trochę magiczna funkcja języka. Jest tak jak jest, bo tak powiedzieliśmy; a ponieważ o czymś nie powiedzieliśmy, to tego nie ma.

A jak to wygląda w praktyce?

Na przykład jeżeli w krajach tak zwanych socjalistycznych nie używało się słowa „strajk”, to oznaczało, że w tych krajach strajków nie ma. Jeżeli chodzi o inne cechy, to podstawową jest nieuczciwa perswazja, chęć nieuczciwego przekonania do pewnych zachowań, do pewnych wartości. Władza informuje tylko o tym, o czym chce informować, a czasami może nawet dezinformować. Cechą charakterystyczną nowomowy jest też jawne przeciwstawianie sobie „nas” i „ich”, „my” i „oni”, które wybija się na pierwszy plan. Oczywiście „my” zawsze mamy rację, „oni” tej racji nie mają. Jeszcze jedną cechą już ściśle językową jest to, że wyrazom dodaje się takie znaczenie, jakie chcemy „my” nadać, a nie takie jakie mają obiektywnie. Są wyrazy, które w nowomowie PRL-owskiej były nacechowane pozytywnie mimo swojej neutralności. Na przykład – „my stwierdzamy”, a „oni” tylko „twierdzą”, więc „stwierdzać” i „twierdzić”, które nie są nacechowane w języku ogólnym, w nowomowie mają znaki plus i minus. Podobnie „nasze” są „przedsięwzięcia”, „uchwały”, a „oni” tylko „usiłują”. Charakterystyczne jest to, że przeciwnicy są zwykle mało zorganizowani, są „nieliczni”, „rozproszeni” i zawsze są przedstawiani jako grupa, która nie jest warta, żeby nawet rzeczowo z nią polemizować.

Co było charakterystycznego w nowomowie PRL-owskiej?

Po pierwsze trzeba powiedzieć, że PRL-owska nowomowa charakteryzowała się wyeksploatowaniem kilku kręgów tematycznych, na przykład wojskowości. Było „akcja”, „kampania”, „akcja żniwna”, „przyczółek małych kontaktów osobistych”, „oczyszczenie przedpola dla lat 1986–90”, „notoryczny przeciwnik w batalii o lepszą przyszłość”. Ale oprócz tego oczywiście – „byliśmy, jesteśmy, będziemy” – taka trójca. Stosowało się stopień najwyższy w przymiotnikach, wszystko było „naj”. Jeżeli chodzi o to, co „my” chcemy, to chcemy tylko „polepszać”, bo przecież już jest dobrze. Było takie sformułowanie „o dalsze…”, nie żeby coś robić, tylko żeby dalej coś robić. Jakby coś robiło się od początku, to znaczy, że jest źle, więc nie jest źle, jest dobrze, ale chcemy żeby było jeszcze lepiej.

A jak wygląda to dzisiaj?

Oczywiście można mówić, że takie sformułowania nowomowy mamy i dzisiaj, chociaż nie jest to nowomowa w pełnym tego słowa znaczenia. Dlaczego? Jeżeli w roku 1968 oskarżono kogoś, na przykład pisarza Pawła Jasienicę o współpracę z SB i o inne brzydkie rzeczy, to on nie miał gdzie się wypowiedzieć, nie miał gdzie tego sprostować, nie miał gdzie opublikować swojego zdania. Dzisiaj jeżeli się kogoś o coś oskarża, to ta osoba ma alternatywne źródła, inną prasę, inną telewizję i może zaprzeczyć. Zwłaszcza dzisiaj w internecie może przedstawić swoje stanowisko.

Jak możemy rozpoznać swoiste zapożyczenia z nowomowy?

Już dziesięć lat temu pewna partia rozpoczynała kampanię „bliżej ludzi”, która miała spowodować, żeby ta partia „jeszcze bardziej angażowała się w codzienne ludzkie sprawy”. „Jeszcze bardziej się angażowała” to takie klasyczne sformułowanie – już się angażuje, ale chce jeszcze bardziej, tak jak w nowomowie. Ta sama partia mówi: dziś władza składa się z ludzi, którzy wiedzą, że budowa dobrej demokracji…, a więc pojawia się to podkreślenie „dobra demokracja”. W 1968 r. roku mówiono o tym, że demokracja jest bezprzymiotnikowa, nie dobra czy zła, nie socjalistyczna czy kapitalistyczna, tylko po prostu jest demokracja. Tutaj wraca „dobra demokracja”, „dobry porządek”, dzisiaj mamy również „dobrą zmianę”, to jest z tej samej sfery.

Dalej – jeżeli dzisiaj jeden z przywódców państwa mówi, że „wielkie dzieło środowisk patriotycznych przynosi efekty, ofensywa pedagogiki wstydu tego, co godziło w wartości narodowe przegrywa”, to znowu mamy „ofensywę”, czyli słownictwo militarne. Bardzo charakterystyczne jest to przeciwstawianie „my” i „oni”. W jednym z wystąpień przedstawiciel najwyższych władz powiedział: to my reprezentujemy prawdę, demokrację i wolność, my jesteśmy partią wolności, Polska jest dzięki nam krajem, więc „my”, „nam”, „nasi”.

A co z przeciwnikami władzy?

Charakterystyczne dla nowomowy było to, że mówiono o ludziach z drugiej strony, że czasami są oni „otumanieni”, że nie wiedzą, co robią, bo zostali na przykład „zaczadzeni”. A dzisiaj też czytamy: „są oczywiście tacy, którzy po prostu dają się oszukiwać, którzy są naiwni, którzy spojrzą na jakąś telewizję i przyjmują, że tam co oni mówią czy pokazują, to jest prawda”. Tak samo używanie słów, które były nacechowane ekspresywnie, charakterystyczne jest dla nowomowy. Na przykład w przemówieniu premiera Cyrankiewicza z 1968 r., gdzie używał określeń „brudne źródła antypolskiej nagonki”, więc i „brudne źródła”, i „nagonka”, „miałem przecież prawo zapytać, jakim to tytułem moralnym legitymują się ci wodzireje szowinistycznej nagonki na nasz kraj”, pojawia się „wodzireje szowinistycznej nagonki”, czyli oszczerstwa i wyrazy bardzo mocno nacechowane emocjonalnie.

Tak było w 1968 r., a czy współcześnie występują podobne wyrażenia, określenia?

Mamy takie sytuacje również dzisiaj, w jednym z tygodników z 15 kwietnia ubiegłego roku czytam dla wielu Polaków coraz bardziej oczywista staje się wiedza, że V kolumna w Polsce współpracuje otwarcie z przedstawicielami obcych państw i że ta V kolumna ma na celu przywrócenie priorytetu obcych, głównie niemieckich interesów…. Znowu się oskarża Niemców o to, co najgorsze, tak jak w przemówieniu Cyrankiewicza. Mamy do czynienia z nacechowanym słownictwem. Jeden z polityków 18 grudnia ubiegłego roku w bardzo emocjonalnym przemówieniu wielokrotnie używał słowo „warchoł”, „warcholstwo”, „warchołowie”. To jest coś takiego, co pamiętam z roku 1968, kiedy to określenie stosowano do studentów, którzy protestowali w Marcu 1968.

Przeciwnicy są określeni jako ci, którzy „usiłują” czy „próbują”, tak było w czasach PRL-u. W tym samym przemówieniu, o którym wspomniałem przed chwilą, mamy takie sformułowanie „jeżeli będą próbowali doprowadzić do anarchii, jeżeli będą próbowali doprowadzić do destabilizacji prac polskiego sejmu, jeżeli doprowadzą do sytuacji, która będzie sytuacją bezpośredniego zagrożenia ładu i porządku w naszym państwie, to wtedy nie zawahamy się wezwać państwa do poparcia”. Znowu „ład” i „porządek” występowały w przemówieniu Wojciecha Jaruzelskiego wtedy, kiedy wprowadzał stan wojenny, mówił, że „ład” i „porządek” są zagrożone. Najśmieszniejsze z mojego punktu widzenia – chociaż to jest taki śmiech przez łzy – jest to, że kiedy wygłosił ten polityk te zdania, to tłum, który był przed politykiem, zaczął skandować „pomożemy, pomożemy”, jakby nie wiedział, że są to słowa, którymi ochotnicy w Szczecinie popierali Edwarda Gierka w roku 1971. W pierwszej chwili myślałem, że to jacyś przeciwnicy, że robią mu na złość, krzycząc „pomożemy”, bo wiadomo, że takie było naczelne hasło towarzysza Gierka w 1971, ale okazało się, że nie, że to było na poważnie.

Czy politycy manipulują językiem? Przekształcają go do swoich celów?

W nowomowie następowała zmiana znaczeń wyrazów i z tym samym mamy do czynienia dzisiaj. Na przykład zmienia się znaczenie wyrazu „suweren”, które dzisiaj jest bardzo modnym słowem. W słownikach jest ono określone jako „niezależny władca, niepodlegający niczyjej zwierzchności w średniowieczu”, „niezależny władca”. Owszem w pracach prawniczych stosuje się określenie „suweren” w znaczeniu „naród”, ale dzisiaj ten „suweren” zastępuje słowo „społeczeństwo”. Jest wygodne, chociażby dlatego, że można powiedzieć „część społeczeństwa się nie zgadza”, ale przecież nie można powiedzieć „część suwerena się nie zgadza”. Suweren jest jakąś jednością i tutaj nie można wydzielać części. Z drugiej strony mamy do czynienia z określeniem „pucz” na to, co się działo w sejmie w drugiej połowie grudnia. „Pucz” to jest „zamach stanu, dokonany przez grupę spiskowców, zwykle wojskowych”, i z zasady jest wojskowy, a na pewno zawsze jest zbrojny. Dzisiaj tak nazywa się pewne działania opozycji, które różnie można oceniać, można je nazwać „warcholstwem” i to jest ocena oczywiście subiektywna. Jednak jeżeli nadaje się nowe znaczenie słowom „pucz” i „puczyści”, to jesteśmy na najlepszej drodze do tego, żeby uzurpować sobie prawo do nadawania znaczeń takich, jak my chcemy, a nie takich, jak one są określone w społeczeństwie i jak w nim funkcjonują.

Pan profesor poruszył bardzo ciekawą kwestię, czyli jak duży wpływ ma polityka na nasz język. Jak to wygląda współcześnie? Słowami roku według PWN-u zostały m.in.: „pięćset plus”, „protest”, „koleś”, „kobieta”, „trybunał” – wszystkie związane z polityką.

„Trybunał” został wybrany słowem roku przez sędziów językoznawców, natomiast „pięćset plus” – przez ankietowych. Rzeczywiście polityka jest bardzo często obecna w naszym języku codziennym, potocznym. Im mniej słów związanych z polityką, tym bardziej to znaczy, że sytuacja jest ustabilizowana i powiedziałbym „dobra”. Choć przymiotnik „dobry” jest w tej chwili tak nacechowany, że nie można go używać, więc jest „bezpieczna”, nic się nie dzieje.

Słownictwo związane z polityką jest dlatego obecne w naszym słowniku, że dziennikarze bardzo często przeprowadzają wywiady w studiach i dyskusje z politykami, a o wiele rzadziej na przykład – z ekonomistami. Kiedyś, kilkanaście czy dwadzieścia lat temu, kiedy Polska zmieniała ustrój, a ekonomia była ważna, to określania takie jak „transza” czy „punkty procentowe” (do dzisiaj ludzie nie rozróżniają „procentów” i „punktów procentowych”), były obecne w języku codziennym. Jest jeszcze trzecia grupa słów, które po roku 1989 weszły do języka, może nie codziennego, bo w nim zawsze były, ale do języka publicznego i oficjalnego, to są słowa potoczne, bardzo potoczne i nawet słowa wulgarne.

Magiel: Na przykład?

Prof. A.M.: Jeżeli o kimś mówi się „szefowa rządu”, to dla mnie jest to określenie zbyt potoczne. Powinno się raczej powiedzieć „premier” czy „przewodniczący rady ministrów”. To określenie „szef” czy „szefowa” jest dla mnie tak samo niestosowne, jak gdyby ktoś powiedział o polityku „facet”. Jeszcze się tak nie mówi, ale nie wiem, czy niedługo tak nie będzie… Potocyzacja języka publicznego była zdobyczą początków lat 90. i chyba poszła za daleko. Zmieniły się też wartości stylistyczne tych słów i zaczęto ich używać wtedy, kiedy nie powinno się tego robić. Przykładem jest oczywiście słowo „sort”. W słownikach poprawnej polszczyzny z połowy lat 70. wyraz „sort” był uznawany za niepoprawny rusycyzm, dopiero później stwierdzono, że jest to wyraz bardzo potoczny. Tymczasem „najgorszy sort Polaków” zyskał prawo obywatelstwa w języku publicznym, co też jest przejawem pospolitowania tego języka.

Magiel: Czy można mówić o jakichś pozytywnych stronach języka politycznego, który przechodzi do języka ogólnego, pozytywnych stronach nowomowy?

Prof. A.M.: Pozytywnych stron nowomowy nie ma żadnych. Natomiast można powiedzieć, że oczywiście jeżeli jakieś terminy polityczne czy języka polityków upowszechniają się, to powinny one stać się bardziej zrozumiałe. Chociaż różnie bywa.Wrócę do 1968 roku, wtedy nagle, z dnia na dzień pojawiło się słowo „syjoniści” i „syjonizm”, które wcześniej były uznane jako termin historyczny albo polityczny. Tymczasem w marcu 1968 mianem „syjonistów” zaczęto określać Żydów, żeby nie używać słowa „żyd”, że rzekomo nie chodzi o wszystkich Żydów, tylko jakiś odłam. Zaczęto używać słowa „syjoniści”, którego ludzie po prostu nie rozumieli i bardzo często zadawano pytania, jak to się pisze – występował zapis „sioniści”, „sjoniści”, „syjoniści”. Poza tym wiązano to oczywiście z Syjonem, z górą w Palestynie. Pojawiały się też hasła opierające się na zupełnym niezrozumieniu słowa, jak „syjoniści do Syjamu” [dawniej Tajlandia – przyp. red.]. Ale przenikanie słownictwa politycznego ma może i taką zaletę, że ludzie edukują się politycznie.

Jakie wydarzenie utkwiło w pamięci panu profesorowi, jako studentowi ówczesnej polonistyki, w związku z Marcem 1968 ?

Może nie będzie to wydarzenie, ale wtedy zupełnie zmieniła się moja perspektywa patrzenia na państwo, na społeczeństwo i na rządy. Byłem wtedy na II roku studiów, przeżywałem te wydarzenia w budynku polonistyki. Szczerze powiem, że przedtem byłem naiwny i uważałem, że jest dobrze. Natomiast w 1968 r. mało nie oberwałem pałką od ORMO-wca.

Wtedy posłusznie wszedłem do gmachu polonistyki i czekałem, co będzie dalej. Ale to było takie przeżycie pokoleniowe, od tego czasu już nic nie było takie jak przedtem. Od pierwszego momentu, od wiecu 8 marca aż do momentu kiedy zamykano wydziały i na nowo przyjmowano studentów, to tkwi we mnie. Bardzo przeżywam, jeżeli stosuje się dzisiaj taką samą retorykę jak w Marcu 1968 r. To jest coś takiego, co w psychologii nazywa się déjà vu, że znowu widzę to samo. Na przykład w grożeniu palcem, że nie pozwolimy na warcholstwo, nie pozwolimy na nocną zmianę dwa, widzę towarzysza Gomułkę, który mówił w 1968: elementy reakcyjne rewizjonistyczne i syjonistyczne albo „człowiek tkwiący w zgniliźnie rynsztoka”, „człowiek o moralności alfonsa” – to o Januszu Szpotańskim autorze szopki Cisi i Gęgacze. Dalej – bardzo zbliżone, „podczas ostatnich karczemnych awantur, które zostały zorganizowane przed sejmem”, to już jest rok 2016, „usłyszą ten okrzyk ci, którzy od kilku dni rozpaczliwie próbują przekonać Polaków…” albo „nie chcemy eskalacji, do której dąży dziś opozycja i ci, którzy stoją za ich plecami” (za „jej plecami” powinno oczywiście być!). To stanie za plecami opozycji, przypomina mi takie sformułowanie z 1968, że ci „warchołowie” pod płaszczykiem studenta robią tę robotę, to też w Marcu było. To jest dla mnie bardzo smutne, że po pół wieku spotykam się z tym samym słownictwem. Ja to słyszę i widzę, ale młodzi ludzie może nie wiedzą, że tak to jest.

Obie strony muszą się wyciszyć, zmienić słownictwo. Nie można odpowiadać agresją słowną na agresję słowną, bo zawsze ci, którzy ją zaczynają, są zwycięzcami, są lepsi, bo prowokują. Na agresję słowną trzeba odpowiadać wypowiedziami stonowanymi, rzeczowymi, merytorycznymi, nieemocjonalnymi. Wiem, że to jest bardzo trudne, na pewno sam nie uniknąłem sformułowań emocjonalnych. Jednak starałem się mówić bez emocji, chociaż przypominają mi się moje młode lata.

Prof. dr hab. Andrzej Markowski

Prof. dr hab. Andrzej Markowski jest nauczycielem akademickim na Wydziale Polonistyki UW, przewodniczącym Rady Języka Polskiego PAN. Podczas swoich studiów na warszawskiej polonistyce uczestniczył w strajku studentów 1968 r. Autor podręczników, słowników i wielu innych publikacji na temat języka polskiego.