Jestem łapaczem chwil

Mariusz Duda – frontman projektów Riverside oraz Lunatic Soul – zgodził się na rozmowę o trudnościach w nagrywaniu ostatniej płyty Riverside Eye of the Soundscape tuż po śmierci gitarzysty Piotra „Grudnia” Grudzińskiego oraz o tym co jego zdaniem definiuje artyzm w muzyce.

fot. Radek Zawadzki

MAGIEL: Czego ostatnio słuchasz?
Mariusz Duda: Jean-Michel Jarre Oxygene 3. Ostatnio nawet wrzucałem to na Facebooka i Instagrama.

Właśnie to twój wpis na Instagramie zainspirował mnie do tego pytania.

To dźwięki mojego dzieciństwa. Wychowałem się na muzyce elektronicznej, działającej na wyobraźnię. Słuchanie tego gatunku było mocno zwizualizowane, chłonąłem muzykę, którą najlepiej odbierało się zamykając oczy. Takie dźwięki, jakie prezentuje Tangerine Dream, Vangelis, Jean-Michel Jarre najbardziej się do tego nadawały. Potem po latach zacząłem robić coś takiego z Riverside oraz Lunatic Soul.
Ostatnio nastąpił moment przesilenia bodźców, dawniej nie było ich tyle, co teraz. Nie słucham już nowej muzyki, staram się nie patrzeć na dane trendy. Od wielu lat inspiruję się tym, co mnie otacza, oraz książkami i filmami. Moją muzykę w dużej mierze naznaczyło dzieciństwo.

Nie masz poczucia, że coś cię omija bo nie sięgasz po nowsze utwory?

Poprawka, ja sięgam po nowsze utwory, śledzę nowych wykonawców, ale w ciągu ostatnich 10-15 lat żaden nie zainspirował mnie do tego, żeby w podobny sposób lub podobnie tworzyć swoją muzykę. Chociaż… ostatnio podobają mi się utwory Jamesa Blake’a bądź Bon Ivera, gdzie eksperymentują bardzo mocno z wokoderami [instrument elektroniczny służący do manipulacji głosem – przyp. red.]. Myślę jednak, że to manipulowanie głosem wykorzystałem już wcześniej, na przykład w 2010 r. na Lunatic Soul, więc nadal w jakiś sposób kontynuuję własne pomysły.

Ostatni rok był trudny dla Riverside, głównie ze względu na stratę jaka was dotknęła przez śmierć Piotra. Czy mieliście problem z dokończeniem płyty, którą rozpoczęliście razem nagrywać?

Wiem, że jest dużo muzyków, którzy coś zaczynają i tego nie finalizują. A na przestrzeni lat nabyłem umiejętność kończenia tego, co zaczynam i to jest fajne. Jeśli mam do nagrania płytę to wyznaczam sobie własne deadline’y. Nikt mnie do tego nie zmusza, mogę ją nagrywać przez pięć lat, ale wiem, że to nie jest zdrowe. Nie można przesadzać, bo to się skończy jak z Guns N’ Roses i Chinese Democracy. Najlepiej jest w ciągu roku dopracować album, bo za moment coś się zmieni i to, co ci się podobało na początku, może przestać się podobać.

Mieliśmy skomponowany cały materiał jeszcze przed śmiercią Piotrka, więc tutaj chodziło tylko o nagranie dodatkowych partii. Gdyby „Grudzień” żył, mógłby sam to zrobić, ale już nie było to możliwe, dlatego w dwóch czy trzech utworach zagrałem na gitarze akustycznej, trochę zmieniłem brzmienie, ale nie wpłynęło to na proces kompozycyjny. Nie chcieliśmy zmieniać zupełnie klimatu płyty czy szaty graficznej na ciemną, depresyjną. Zależało mi na tym, żeby podtrzymać wszystko, co się działo jeszcze, gdy Piotrek żył.

Nie chcieliście odkładać dogrywania ostatnich partii na Eye of the Soundscape na później, kiedy emocje już opadną?

Chciałem skończyć tę płytę przed urodzinami „Grudnia”, bo wydawało mi się, że jeśli nie zrobimy tego do 15 marca to już nie zrobimy tego w ogóle. A powrót do wielu rzeczy jest bardzo trudny. Stwierdziłem, że jeśli już po tygodniu wejdziemy i nagramy choć trochę, to zobaczymy co z tego będzie i będziemy wtedy wiedzieli, czy jesteśmy w stanie ten album skończyć czy nie. No i tak jakoś wyszło, że się wyrobiliśmy.

Jak wydarzenia z lutego wpłynęły na materiał z nowego albumu Lunatic Soul?

Tę płytę zacząłem komponować w marcu. To jest muzyka, na którą – w przeciwieństwie do ostatniej płyty Riverside – miało już wpływ to, jak się czułem. Najpierw umarł Piotrek, a potem mój tata – to był dosyć mocny cios, przez co utwory na początku zrobiły się bardzo mroczne.

Potem zacząłem tam wpuszczać trochę więcej światła i powietrza, żeby się nie udusić w tej ciemności, szczególnie, że chciałem od niej uciekać. Na pewno są elementy melancholijne, ale generalnie będzie to jedynie faza. Chciałbym pokazać na tym albumie moment totalnego załamania po śmierci, chwilę depresji, towarzyszącej ludziom, którzy już nie spotkają się z bliską osobą. A potem jest okres próby, kiedy próbujesz stanąć na nogi, walczyć i odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Będzie więcej pozytywnego przesłania, że bez względu na to, jak straszne rzeczy dzieją się w twoim życiu, to lepiej jest jednak walczyć o przetrwanie niż się temu poddawać.

Znowu concept album.

Chyba tak (śmiech). Na pewno będzie to kolejna podróż przez ludzką psychikę.

Jak u ciebie przebiega proces komponowania muzyki?

Na początku pojawia się jakaś historia, temat, słowo klucz. Potem tytuł płyty – taki punkt zaczepienia. Później układam poszczególne fragmenty dźwiękowe. Zazwyczaj zaczyna się to od przeglądania dyktafonu i sprawdzania pomysłów, które raz na jakiś czas spontanicznie nagrywam. Wybieram poszczególne rzeczy, robię sobie notatki, a potem z nimi idę do studia i staram się w jakiś sposób to zarejestrować. Albo idę na próbę, przedstawiam to kolegom i ogrywamy wspólnie ten fragment.

Ja nie potrafię pracować w ten sposób, że od 10 do 14 siedzę i ćwiczę na instrumencie, a potem wybieram z tego najlepsze momenty. Jestem trochę łapaczem chwil. Potrafię przez tydzień czy przez dwa nie brać instrumentu do ręki. Oglądam wtedy jakieś seriale, czytam książki, chodzę i spotykam się z ludźmi i tylko jakiś głos w mojej głowie krzyczy, że nie ćwiczę, a powinienem. Nie robię tego, nie chce mi się, jestem leniwy. Jednak w momencie, gdy dostaję jakiś bodziec, coś mi się zapala w głowie, to szybko biorę albo gitarę akustyczną, albo – jeżeli nie mam pod ręką żadnych instrumentów i kiedy mnie to dopadnie w środku miasta – wyciągam dyktafon przy ludziach i zaczynam śpiewać albo pluć do mikrofonu jakieś rytmy. Potem przychodzę do domu, biorę gitarę i nagrywam dany pomysł. I jeżeli podoba mi się ta koncepcja, to ją zatrzymuję. Kolekcjonuję takie spontaniczne elementy.

Bardzo mi się podoba to, że nie mam studia w domu. Mimo wszystko lubię, by komponowanie i nagrywanie działo się w innym miejscu niż tam, gdzie śpię. Jest wtedy jakiś pozytywny przepływ energii i bardziej się otwieram. Przy Walking on a Flashlight Beam miałem taką sytuację, że przez pierwsze dwa miesiące siedziałem w studiu i nagrywałem jakieś głupoty. Potem mi się zmieniło i zacząłem tworzyć zupełnie co innego i dopiero wtedy poczułem, że jest fajnie.

Głupoty? Co masz na myśli?

Rzeczy, które może muzycznie były okej, ale nie wywoływały we mnie odpowiednich emocji. I można powiedzieć, że to było połączone z jakimś kryzysem, bo zdałem sobie sprawę z tego, że to co robię, nie kręci mnie tak, jak kiedyś. Co mam zrobić? Zmienić styl? Instrument? I rzeczywiście, gdy zmieniłem te dwie rzeczy, zaczęło mi się to bardziej podobać i nagrania ruszyły z kopyta. Nie wiem, jak to się dzieje, ale jeszcze nigdy nie udało mi się zawalić żadnego terminu. Oczywiście zawsze deadliny się przesuwają, nie o rok czy dwa, ale o parę miesięcy.

W takim razie jako artysta potrafisz radzić sobie z kryzysami…

Teraz już bardziej jako rzemieślnik.

To ciekawa kwestia, gdzie leży ta granica. Dlaczego artysta, który potrafi sobie radzić z kryzysami jest już rzemieślnikiem?

To znaczy nie, ja się śmieję – „poradziłem sobie z kryzysem, więc w pewien sposób staję się rzemieślnikiem”. Myślę, że ta granica jest mocno związana z tym, co się czuje w głowie. Dla jednej osoby może to być piosenka szósta, dla innej trzecia, ale dla tego, który tworzy, ma to największe znaczenie, bo to on czuje, co jest mu najbliższe. Wydaje mi się, że tu jest ta granica pomiędzy artyzmem a rzemieślnictwem.

Jeżeli tworzysz utwory, które są tylko OK, bez względu na to, czy sprawia ci to radość, coś takiego wydajesz, to jest to takie rzemieślnicze podejście. Natomiast jeśli wybierasz tylko takie kąski, które ruszają cię emocjonalnie, to wydaje mi się, że nie jest to rzemieślnictwo. Ja mimo wszystko staram się jeszcze takie kąski wybierać.

Zawsze jest tak, że pewien sposób komponowania z biegiem czasu przychodzi łatwiej. Można powiedzieć, że jeśli wypracowałem sobie pewien plan, to trochę staję się takim rzemieślnikiem. Na przykład nagrywam pomysły na dyktafon i nie tracę czasu w domu, żeby podłączać sprzęt i robić sobie wersje demo utworu, który potem w studiu nagrywam jeszcze raz, tylko że lepiej. Szkoda mi na to czasu.

Mam wrażenie, że cały czas bronisz się przed tym, żeby się nazwać artystą.

Dobra, to jestem artystą. I koniec wywiadu. (śmiech) To się może bierze trochę z pokory, trochę z kokieterii. Cały czas uważam, że nie udało mi się jeszcze osiągnąć tego, o czym mógłbym powiedzieć „kurde, to jest to”. To się wiąże z takim nierealnym marzeniem. Wydaje mi się, że każdy powinien mieć jakieś nierealne cele, dzięki którym może przez całe życie iść do przodu i stawiać sobie kolejne wyzwania. Kiedyś rozmawialiśmy o marzeniach z „Grudniem” i powiedział wtedy, że jego marzeniem jest zagranie koncertu z Anathemą. Trzy miesiące później to zrobiliśmy. Skończyły się jego marzenia, musiał wymyślić coś innego. Bo nie ma chyba nic gorszego niż zmierzanie donikąd.

Nie czuję jeszcze, że to, co stworzyłem jest w stu procentach tym, o co mi chodziło. Cały czas idę w jakimś kierunku, ale jeszcze nie udało mi się nagrać takiego albumu, który byłby kwintesencją tego, co czuję. A jeżeli kiedyś nagram ten album – mam nadzieję, że nie nagram go nigdy – to wtedy będę mógł z czystym sumieniem powiedzieć „jestem artystą”. Na razie mam takie aspiracje.

Momenty, w których przychodzi ci do głowy jakiś pomysł na melodię, są w jakiś sposób zależne od weny?

Mam trochę tak, że jestem chory, jeśli w ciągu roku nie zrobię jednego albumu. Zawsze jest pewien schemat w zespole – nagrywa się płytę, promuje ją na trasie koncertowej, wraca się do studia i tak dalej. W momencie kiedy wracam z trasy promującej nowy longplay Riverside, zabieram się za Lunatic Soul, potem trzeba wrócić do zespołu i dalej działać. Tak jak człowiek w określonej porze dnia jest głodny, tak ja w określonej porze roku jestem głodny tworzenia nowych rzeczy.

Czasami mam dwa czy trzy miesiące przerwy, ale są i takie, kiedy praktycznie codziennie mam jakiś nowy pomysł. Pojawia się wtedy wena, flow –tak to można nazwać. W momencie gdy wybieram kilka z tych pomysłów i wchodzę z nimi do studia, automatycznie jeden pomysł goni drugi i to tam się tak naprawdę wszystko rozpoczyna. Bardzo lubię listopad, grudzień i styczeń. To są miesiące na powstawanie nowej muzyki. Jeszcze nigdy nie komponowałem niczego w wakacje. Znaczy nie, czasami komponuję, ale generalnie jesienią zawsze chwyta mnie refleksja.

Czy wyobrażasz sobie sytuację, która mogłaby cię powstrzymać od tworzenia?

Myślę, że może nastąpić taki moment w moim życiu, kiedy tworzenie nowej muzyki przestanie sprawiać mi radość. Nie chciałbym tworzyć nie czując tego, co robię, bo wtedy pojawi się rzemiosło. I obawiam się, że jeżeli czegoś nie będę czuł, to ci, dla których nagrywam swoją muzykę też nie będą tego czuli. Mam nadzieję, że życie nie zmusi mnie do odpieprzania chałtury. Wydaje mi się, że moją mocną stroną jest tworzenie autorskiej muzyki, która myślę, że ma znaczenie, ale jest przede wszystkim na odpowiednim poziomie i chyba właśnie przez to jest prawdziwa.

Mariusz Duda

Muzyk, kompozytor, autor tekstów i multiinstrumentalista. Jest frontmanem zespołu Riverside i założycielem projektu Lunatic Soul. Wielokrotnie wyróżniany w plebiscytach i konkursach. Od ponad 20 lat aktywny na scenie muzycznej.

fot.: Oskar Szramka