To nie jest kraj dla starych ludzi

Jacek Kuroń, podobnie jak ks. Jerzy Popiełuszko – bohater poprzedniego dramatu Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk, ląduje w wodzie z obciążonym workiem.

fot. Basia Pudlarz/NMS MAGIEL

Pięć lat temu Paweł Łysak podzielił opinię publiczną. W bydgoskim Teatrze Polskim wystawił Popiełuszkę. Kapłan Solidarności okazał się zeświecczonym księdzem, który zamiast Ewangelii, głosi świeckie hasła „wolności” i „prawdy”. Teraz duet reżyser-dramatopisarka przeniósł życie innej legendy na deski Teatru Powszechnego. Nie znajdziemy tu biograficznej kalki. Kuroń u Sikorskiej-Miszczuk to oderwany od polityki wzór chrześcijanina, który rozmawia ze wszystkimi, nawet ze swoimi wrogami.

Powszechny spór o Kuronia

Na scenę wbiega elegancko ubrany Funkcjonariusz (Grzegorz Falkowski), który informuje nas, że spóźnił się do opery, ponieważ przez miasto przechodziły dwie przeciwne demonstracje. To dobre wprowadzenie do dyskusji, która wydarzy się na widowni. Widzowie stają się świadkami słownej przepychanki między aktorami, którzy siedzą obok nich. Spór toczy się o Jacka Kuronia. Aleksandra Bożek, jako młody głos prawicy, zarzuca mu, że nie pozwalał kobietom na opozycyjną działalność. Bohater grany przez Kazimierza Wysotę stara się go bronić, choć otwarcie mówi o rozczarowaniu opozycjonistą, gdy ten nie potrafił przedstawić konkretnych planów gospodarczych po upadku PRL-u. Nie boi się również wyciągnąć jego grzechów przeszłości i dodaje, że jako ideowy komunista w latach 50. rozmontowywał ZHP. Jest też trzeci, w tej roli Michał Jarmicki, który wszystkich obwinia za porażkę transformacji. W tym miejscu już wiemy, że Paweł Łysak nie zrobił hagiografii. Kuroń nie jest święty i można się o niego pokłócić.

Z mieszanką faktów i mitów na temat Jacka Kuronia zmaga się Autor (Grzegorz Artman) – bohater sztuki, piszący fikcyjny dramat Pasja według św. Jacka. U niego tytułowy Jacek jest raczej obserwatorem życia niż jego aktywnym uczestnikiem. Przysłuchuje się temu, co inni mówią na jego temat. Sam ma niewiele do powiedzenia, a jeśli już mówi, to trudno uwierzyć w słowa o pokoleniowej walce za wolność czy pragnieniu prawdziwej miłości. Już na początku przyznaje, że jest dzieckiem. Infantylny bohater to wina Łysaka i debiutującego Oskara Stoczyńskiego. Zrezygnowali oni z wiernego przedstawienia Kuronia. Wyszedł z tego Jacek, który odbija balonik i śmieje się, gdy mówi o swojej nieustannej gotowości do znoszenia tortur. Nie ma on też politycznego planu. Poza pompatycznym trzeba wiecować, zamiast pisać nie przedstawia żadnej wizji. Problem z opozycjonistą mają nie tylko dyskutujący na widowni, lecz także sam Autor, który z nim rozmawia. Tam, gdzie Kuroń widzi nadzieję, Autor dostrzega jedynie „pole tytoniu” nasiąknięte śmiercią.

Nie pytaj, co twój kraj może zrobić dla ciebie…

Interesujący jest pomysł Sikorskiej-Miszczuk, która postanowiła zajrzeć do łóżka Kuronia. Dramatopisarka przedstawiła jego dwie wielkie miłości – żonę i Polskę. Tę drugą nawet upersonifikowała. Obie gra Ewa Skibińska. Jej Ojczyzna to „sucz” – jak powie o niej pod koniec spektaklu Funkcjonariusz – która cierpi na zaburzenia narcystyczne. Związana, zakrwawiona i w prowokującym stroju siedzi na stołku. Skibińska w scenie przesłuchania jest na tyle wredna i żądna uwagi, że wypomina widzom brak zainteresowania spektaklem, zabawę telefonem, a nawet puste miejsca na widowni. Tak bardzo pragnie zaspokojenia, że, parafrazując inauguracyjne przemówienie Kennedy’ego, mogłaby powiedzieć: Nie pytaj, co ja mogę zrobić dla ciebie, pytaj, co ty możesz zrobić dla mnie.

Teatr Polski w tle

Dla Skibińskiej to pierwszy spektakl po odejściu z Teatru Polskiego we Wrocławiu. Dzięki niej Kuroń nabiera jeszcze bardziej politycznego charakteru. Na początku bohater grany przez Jarmickiego przedstawia wizję narodowej kultury, w której nie ma miejsca dla Krystiana Lupy. To ważny reżyser dla aktorki. Zagrała w wielu jego przedstawieniach, w tym w głośnej Wycince. Trudno nie ulec wrażeniu, że Skibińska wykorzystuje spektakl jako demonstrację przeciwko sytuacji wrocławskiego teatru. O ile Ojczyznę gra mocno i zdecydowanie, o tyle przez resztę spektaklu chodzi po scenie jak w amoku. Sprawia wrażenie, jakby tylko czekała na koniec, by wraz z częścią zespołu zakleić sobie usta i podnieść ręce w geście protestu. Dopiero wtedy się ożywia i widać, że robi z to z pasją.

Głód

Paweł Łysak narobił apetytu, ale Kuroniem nie nakarmi. W spektaklu niewiele zostało z pytań, które postawił przed premierą. Nie wiemy, dlaczego taki Kuroń miałby być odpowiedzią na podzieloną dziś Polskę. Trudno patrzeć na Jacka, jeszcze trudniej go słuchać. Reżyser zgubił po drodze wizję legendy opozycji. Mówi Kuroniem Stoczyńskiego, a cały czas pokazuje nam prawdziwego, który spogląda na nas ze zdjęcia. Trudno też ocenić, na ile finalna wersja spektaklu jest dziełem reżysera, a na ile skończonym dramatem, bo autorka pracowała nad nim do samego końca. Ona jednak serwowała społecznie zaangażowanego Kuronia rozdającego zupę, Łysak – Kuronia, który marzy o tym, by przejść się po Wiejskiej i odwiedzić dawnych znajomych, którzy, jak dobrze wiemy, stoją dziś po przeciwnych stronach barykady.

2/5

Kuroń. Pasja według św. Jacka
Reż. Paweł Łysak
Teatr Powszechny