Szarik, do nogi!

Powiedzenie, że pies jest najlepszym przyjacielem człowieka, słyszał chyba każdy. A jakim jest kolegą z pracy? O niezwykłym przywiązaniu zwierzęcia do człowieka oraz o tym, jak rozśmieszyć świnię, opowiada Franciszek Szydełko – najwybitniejszy polski treser i konsultant filmowy.


ot. Małgorzata Grochowska

MAGIEL: Szarik to chyba największa gwiazda wśród zwierząt polskiego kina. Miłośnicy serialu przez lata zastanawiali się, czy w rolę dzielnego owczarka wcielił się tylko jeden pies. Czas rozwiać wątpliwości. Zdradzi nam pan, ile w rzeczywistości było „Szarików”?

Franciszek Szydełko: Dwa: Trymer i Atak. Oba były szanowane przez aktorów, ukochane psy. Trymer zagrał prawie wszystkie ujęcia. Mamy cztery podstawowe typy psów: pobudliwy, powściągliwy, zrównoważony i zmienny. Trymer był zrównoważony, a jednocześnie zachowywał się w sposób bojowy. Godzinę by szczekał, jakby było trzeba. Ale nikogo nie ugryzł. Bardzo posłuszny. Taki powinien być. Agresywny pies w ciągu dnia pół elity aktorskiej by nam pogryzł (śmiech). Natomiast Atak zagrał jedną jedyną scenę.

O które ujęcie chodzi?

Jest taka scena, w której pies skacze z okna palącego się domu. Janek, którego grał Janusz Gajos, gdzieś tam się zaplątał i został tylko z psem. Wielkie niebezpieczeństwo, schody się palą, więc decyduje się napisać karteczkę „Ratujcie koledzy” i włożyć ją za obrożę owczarka. Jak Basia Krafftówna usłyszała, że pies ma skoczyć z drugiego piętra, to mówi: Ja ściągam tu dziennikarzy, a co jak Trymer spadnie, złamie nogę albo się zabije? Czyście pogłupieli? Żeby on nie skakał! To jest pies, którego młodzież zna. Powieszą was! (śmiech). No to postanowiliśmy, że zagra Atak. Przywieziono wóz piachu, rozsypano na chodniku, pod to położono materace – kręcimy. Stoję na dole, wołam: „Atak, do nogi!”, a on chwilę jęczy, a potem skacze. Wszystko ładnie amortyzuje upadek tego psa. Leci na bok, jęknął. Ale się udało. Reżyser mówi do Basi: No widzisz!. Marian Opania po tym wszystkim pojechał do Łodzi i przywiózł dwa kartony szampana.

Czy każde zwierzę filmowe ma swojego dublera?

Musi mieć. Zawsze powinno być więcej zwierząt. Nie chcę narzekać, ale w Polsce są z tym problemy. Ja przez swoją pracę w kinematografii po kolei przekonałem do tego wszystkich reżyserów i producentów. Nie było dyskusji. Dla mnie ważna jest staranność. Przecież każde ujęcie to są pieniądze.

Można powiedzieć, że spoczywa na panu duża odpowiedzialność za pomyślną realizację filmu.

Tak. Proszę sobie wyobrazić, że jest wypadek, na przykład na Saharze: zwierzę kaleczy się o jakiś kamyczek. I teraz mamy wracać do Polski, żeby przygotowywać psa dwa miesiące? I potem znowu do Afryki? A co z ekipą filmową zrobić?

Bieda uczy staranności. Bardzo intensywnie przygotowuję się do każdego filmu. Chcę, żeby to naprawdę wyszło i wszyscy byli zadowoleni. W przeciwnym wypadku nie mieliby po co się trudzić i wszędzie mnie wozić. Kręciliśmy przecież na całym świecie – w Europie, Afryce, Stanach Zjednoczonych.

W Afryce zajmował się pan filmem W pustyni i w puszczy. Jak wygląda praca ze zwierzętami w tak egzotycznym miejscu?

Piasek na Saharze ma 70°C. Jeden dog, który grał Sabę, ważył 72 kg, drugi był jeszcze cięższy. Psy tego nie wytrzymywały, popaliły sobie z początku poduszki na łapach. Monika Rosca, nasza Nel, miała tylko 13 lat i sama się przewracała w tym upale, ale bardzo się martwiła o zwierzaki. Wciąż pytała, czy im nie przynieść jeszcze wody w wiadrze. I ja wtedy mówię: Panowie, koniecznie zamówcie im skarpety. Buty takie, jak pończochy dosłownie. Jeden dziennikarz egipski pisał potem w gazecie „o panu Szydełko, który psom szył buty”. Ja co prawda nie szyłem, ale miałem kilkanaście takich skarpet i tylko do ujęć je im zdejmowałem.

Dlatego w Egipcie psów się nie hoduje. Ale za to kot jest świętością! Pójdziesz do baru napić się kawy, a tam wszędzie koty. Chodzą po stolikach, siadają na krzesłach, śpią…

Koty tresuje się trudniej niż psy?

Nie trudniej, ale dłużej. Trzeba wykorzystywać pewne drobiazgi. Pamiętam, jak jeden kot nie chciał leżeć na miejscu. Włączyłem lampę nocną, kota dałem na stół, pogłaskałem. Mówię mu: spokój, spokój ma być. Poprosiłem o ciszę na planie. I kot, ogrzany przez żarówkę, zaraz się rozłożył i wyciągał. Przez ciepło.

Inna historia. Jest taki wątek w Misiu Barei, że kręcą nagonkę. Biegną konie, psy i koty w zajęczych skórach. Nagle psy zaczynają szczekać, a kocury czmychają na drzewo. Ile chichotu było na planie filmowym! A ta grusza miała wystające gałęzie i któryś z tych kotów jak pędził, wyskoczył i się zaczepił. Miauczy nieborak. Reżyser mówi: kręcić to, kręcić!. Przypadkowo taka scena wyszła. Ze zwierzętami pełno jest niespodzianek.

A czy któraś z tych nieprzewidzianych sytuacji okazała się niebezpieczna?

Staram się być ostrożny, zwłaszcza przy pracy z gadami. One są najgorsze. Tam gdzie są żmije, jest też młodzież. Panie Franciszku, niech pan pokaże, jak ta żmija skacze – Pójdziesz ty stąd! (śmiech). Nad wszystkim panuję na planie. Była taka scena, w której walczyły dwa psy. Jeden wyskakuje, drugi się przewraca – wygląda niebezpiecznie. A w rzeczywistości tam nie ma ani jednego momentu, że jeden drugiego gryzie.

Kiedy aktor sobie ze zwierzęciem nie radzi lub jest jakaś ryzykowna rola, to reżyserzy mówią: Franek, ty to zagrasz. Łącznie w swojej karierze zagrałem 62 epizody.

Skąd wzięła się u pana taka zdolność panowania nad zwierzętami?

W domu rodzinnym cały czas były zwierzęta. Mój dziadek był nadleśniczym u  Potockiego i polował jednocześnie. A ja – jak to wnuk – trzymałem się spodni i prosiłem: dziadziu, dziadziu, zabierz mnie ze sobą!.

Moje wielkie zainteresowanie zwierzętami rozwinęło się w 1946 r. Wysłano mnie do pierwszej powstającej po wojnie Szkoły Przewodników i Tresury Psów Służbowych przy Centrum Szkolenia Milicji Obywatelskiej w Słupsku. Skończyłem ją z oceną celującą, a prymusa zawsze zostawiają tam na instruktora. I tak też było ze mną. Potem Centrum przeniesiono do Sułkowic i tam szkoliliśmy psy dla milicji. Wszystko, co jest zakazane, to pies wskaże! Wykryje narkotyki, broń. Tresowaliśmy też psy przewodników. Co roku dawaliśmy 10 takich zwierząt dla żołnierzy ociemniałych w wyniku wojny.

Wszystkie poznane techniki przeniosłem na filmy. Przez pół wieku nic się w tej sztuce tak naprawdę nie zmieniło. Pewnego dnia, w 1966 r., przyjechał do Szkoły znany reżyser i miłośnik zwierząt – Krzysztof Szmagier. W Przygodach psa Cywila występował nawet jego własny pies – śliczny długowłosy owczarek niemiecki, Bej. Jakoś żeśmy się tak zgrali, że zrobiliśmy pięć filmów. Tak to się zaczęło. Od tamtego czasu pracowałem przy 132 produkcjach.

To imponujący dorobek. Czy w pana karierze pojawiło się wyzwanie, któremu pan nie sprostał?

132 filmy i nie było sceny, której bym nie zrobił. Pamiętam, jak kręciliśmy film Kochaj albo rzuć. Sylwester Chęciński mówi do mnie: Franiu, wiesz co wymyśliłem? Jak się Pawlak z Kargulem kłócą, to dobrze by było, jakby świnia w furtce stała i otwarła paszczę tak, że język i zęby widać. Żeby pokazać, że się świnia śmieje z tej kłótni. Z tego wyjdzie kapitalna scena. – Dobrze, za dwa dni przyjdź z tą samą ofertą. Ja ci to zaraz spróbuję zrobić. Kupiłem słoiczek chrzanu i mówię do asystenta: Tadeusz, ty weź taką łyżkę drewnianą i otwórz świni paszczę tą łyżką. Wziąłem chrzanu na drugą łyżkę i położyłem jej na język. A jak ogólnie wiadomo, świnia chrzanu nie je. Stanęła, pociągnęła powietrze – zatkało ją! Paszcza cała otwarta, ślini się… Aktorzy nie wytrzymali tego, pierwszy raz w życiu widzieli, jak świnia się śmieje. Jak żeśmy chichotali! To co zrobiłem ze świnią, to już nie drogą tresury. Trzeba użyć wiedzy, żeby coś takiego wykonać. To jest wielka sztuka.

Czyli w zawodzie tresera ważna jest pomysłowość?

Tak, bo z filmowcami jest nieraz trochę kłopotu. Kręciliśmy kiedyś w piwnicach. Niemiecki reżyser zażyczył sobie, żeby 12 szczurów pobiegło w otchłań. Tłumaczka mówi: Panie Franku, pan reżyser prosi, żeby jeden szczur… Widzi pan, gdzie pada światełko? Żeby jeden szczur się tam zatrzymał, stanął na dwóch łapkach i się mył. Tak się zdenerwowałem. Widzi pan jak pada? – Widzę, jak pada, zaraz ja tu padnę! Proszę pani, niech pani pójdzie do reżysera i mu przekaże, żeby pan reżyser to powiedział szczurowi, nie mnie. Ja tam nie będę po piwnicach latał.

Posłuchał?

Nie posłuchał. Wieczorem głowię się, co tu zrobić. W końcu wziąłem tę piankę, co się nią mężczyźni golą i zawołałem asystenta: Jasiu, trzymaj tego szczura – tylko załóż rękawice, bo to bestia wielka jest i tak się kręci, że jak upadnie, to już nie złapiesz!. I on mu te wąsiki pianką spryskał. Szczur otrząsnął się, naraz krzyczą: achtung, kamera!. Puściliśmy go. A on dobiega dokładnie do tego punktu, staje i głaszcze wąsiki. Co się wyprawiało na planie filmowym! Reżyser przyjechał, całuje mnie! Nie wiem, czy szczura ten zapach drażnił czy w świetle piankę zobaczył na wąsikach. Ale scenę zrobiłem.

To bardzo nietypowa sytuacja. Na co dzień jednak spotykamy się z bardziej prozaicznymi problemami. Na przykład huk petard w sylwestrową noc wzbudza u wielu psów strach lub agresję. Jakie rozwiązanie podpowiedziałby pan ich właścicielom?

Dać lekarstwo. Poza tym głaskać go, być z nim. On sam się biedak będzie chował pod właściciela. To jest taka sytuacja, że nic innego nie da się zrobić. My na planie filmowym mamy więcej czasu, żeby przygotować zwierzę do huków. Jest to potrzebne w pracy policji albo przy scenach myśliwskich. Polega to na tym, że około 200 metrów od psa oddaje się strzał. Ten drgnie, ale ja z nim jestem. Głaszczę go, mówię do niego, podam mu smakołyk. I potem znowu – huk. Przyzwyczajamy go do tego. Zawsze bardzo ważne jest głaskanie. Ale cała mądrość w tym brzydkim słowie tresura, czyli w układaniu zwierząt, to tonacja głosu. Głos powinien być zachęcający, spokojny, wydłużony. Zwierzę musi być wpatrzone w człowieka.

Które psy szczególnie przywiązują się do człowieka?

Nie ma bardziej kochającego psa niż sznaucer. Może być miniatura. Ze sznaucerem można w zakłady iść. Zostawić dziecko w wózeczku i odejść na 100 metrów. Niech ktoś tylko spróbuje w kierunku tego wózka iść, a zostaną po nim tylko podarte spodnie (śmiech). Tak broni właścicieli. No i cały czas można się z niego śmiać. A jednocześnie to czysty pies, nie zrzuca sierści. Sznaucer jest bezbłędnym psem do domu.

Czy zwierzęta tak jak ludzie mają różne charaktery?

Jedną cechę mają wspólną – instynkt. To łączy wszystkie zwierzęta. Nawet z dżdżownicami da się film nakręcić. Oczywiście one mnie nie słuchają. Ale przecież jak przyjdzie słota, deszcz leje, to tych dżdżownic na drodze jest pełno. Zatem trzeba rozbełtać wór ziemi z wodą, wysypać w jednej części sali, a dżdżownice puścić na drugim końcu. I jak instynktownie tam wyczują, że jest mokro, to najpierw jedna, dwie, cztery i zaraz wszystkie będą pełzały. One mają instynkt tak wysoko rozwinięty, że człowiek nie może się z nimi równać. Gdyby zwierzęta posiadały do tego rozum, to my, jako ludzie, nie bylibyśmy na Ziemi potrzebni!

Może dzięki temu, że nie mają rozumu, zwierzęta nie komplikują sobie życia?

To prawda. Zwierzę nie kłamie, to tylko ludzie kłamią. Wystarczy je do siebie przekonać. Ono kocha albo nienawidzi. Nie ma innego pojęcia w tresurze i układaniu. Ile serca odda człowiek zwierzęciu, tyle ono odda z nawiązką człowiekowi.

fot. archiwum prywatne Franciszka Szydełko

Franciszek Szydełko (z lewej) na planie Czterej Pancerni i Pies z Tadeuszem Kalinowskim

Upłynął szmat czasu od 1946 r. do dnia dzisiejszego – ja przez ten czas pracuję tylko i wyłącznie ze zwierzętami. I to dobrze.

Ponad pół wieku i 132 filmy. Czy możemy spodziewać się kolejnych?

W tym roku Anglicy kręcą Pułkownika z dna jeziora. Tresuję do niego dwa psy. Film będzie o czasach okupacji. Żeby zwierzęta to wytrzymały… to trzeba tylko oddać do Franka Szydełko!

Franciszek Szydełko

Urodzony w 1925 r. W swojej ponad 50-letniej karierze tresował najsłynniejsze zwierzęta filmowe, m.in.: Szarika (Czterej pancerni i pies), psa Cywila (Przygody psa Cywila) czy Sabę (W pustyni i w puszczy). Pracował przy kultowych dziełach polskiego kina, takich jak Quo vadis, Ogniem i mieczem czy Miś. Na planie filmowym aranżował sceny z udziałem psów, kotów, koni, świń, gryzoni, gadów i owadów.