Zimowy sukces

Mało kto przepowiadał mu sukces sportowy. Filigranowa sylwetka, niepozorny wzrost, predyspozycje do różnorodnych dyscyplin. Jednak to właśnie on we włoskich górach pokazał swój talent i siłę wytrwałości. Jako pierwszy Polak stanął na podium zimowych igrzysk olimpijskich.

Cortina d’Ampezzo, zwana „Królową włoskich Dolomitów”, to popularny kurort narciarski, położony w pobliżu Sellarondy, ciągu tras wokół ośnieżonych szczytów. 26 stycznia 2006 roku w miasteczku na jedną noc zatrzymał się konwój ze zniczem olimpijskim, który zmierzał do Turynu na XX Igrzyska Olimpijskie. Właśnie tu dokładnie 50 lat wcześniej rozpoczęły się VII IO, które dzięki jednemu zakopiańczykowi zapisały się na kartach historii polskich sportów zimowych.

Sportowy duch

We wrześniu 1931 r. w Zakopanem na świat przyszedł Franciszek Gąsienica-Groń. Ukończył Gimnazjum Ślusarstwa i Kowalstwa Artystycznego w rodzinnym mieście, zaraz potem wyjechał do Gliwic, by uczyć się w Technikum Mechanicznym. Jego młodzieńcze lata nie zapowiadały przyszłego sukcesu na zimowych Igrzyskach. Gąsienica-Groń próbował swoich sił w różnorodnych dyscyplinach: tenisie stołowym, pływaniu czy skokach do wody. Dzięki przychylnym zakopiańskim warunkom, ćwiczył również skoki, zjazdy i biegi narciarskie. Jego miłość do nart i zapał do treningów pozwoliły mu znaleźć się w gronie sportowców zakopiańskiej Wisły-Gwardii, jednak mimo kilku juniorskich sukcesów długo nie wyróżniał się w klubie. Według Księgi Jubileuszowej Wisły z 1956 r.: Był biednym, straszliwie małym i chudym chłopcem. Kto tylko popatrzył na jego filigranową sylwetkę, ten nie wierzył, by mógł z niego wyróść zawodnik wielkiej klasy.

Zaraz po ukończeniu technikum w Gliwicach w 1952 r. otrzymał nakaz służby wojskowej. To właśnie w szeregach Wojska Polskiego rozwijał swoją karierę sportową. Brał udział w licznych spartakiadach, rywalizując w tenisie stołowym, pływaniu, strzelectwie i skokach do wody. Reprezentował również piłkarski drugoligowy Garnizonowy Wojskowy Klub Sportowy Łódź, gdzie grał w ataku lub w pomocy obok Ernesta Pola, reprezentanta Polski i króla strzelców w I lidze. Po opuszczeniu wojska, na wiosnę 1953 r., Gąsienica-Groń ponownie zapukał do drzwi macierzystego klubu narciarskiego.
W sekcji narciarskiej został oddany pod skrzydła innego trenera – Mariana Woyny- Orlewicza. Szkoleniowiec, przyjaźnie nazywany „Wujkiem”, cieszył się ogromnym szacunkiem wśród swoich wychowanków. Miał u nas wielki autorytet, był akademickim mistrzem świata, był po AWF-ie i umiał z nami rozmawiać i nami kierować – wspomina Gąsienica-Groń w biografii autorstwa Wojciecha Szatkowskiego. To trener kompletny, opracowywał programy szkoleniowe, prowadził zajęcia praktyczne i teoretyczne, jak również dbał o dyscyplinę wśród młodych zawodników i uczył ich elementarnych zasad kultury. Gąsienica-Groń najpierw trenował głównie biegi narciarskie, w których osiągał sukcesy na krajowym podwórku.

Nowa droga

To właśnie trener Woyna-Orlewicz namówił go na położenie nacisku również na skoki. Tak Zakopiańczyk rozpoczął przygodę z kombinacją norweską, dyscypliną łączącą te dwie dziedziny, która wkrótce miała wynieść go na wyżyny sportowych możliwości.

Podczas pierwszych zawodów seniorskich w Wiśle Gąsienica-Groń otrzymał zero punktów za skok, gdyż upadł na rozbiegu. Dwa lata później potwierdził, że było to jednorazowe wydarzenie. Wytrwale trenował, by znaleźć się w kadrze olimpijskiej. Początkowo nie doceniano jego potencjału i nie dostał zaproszenia na zimowe Igrzyska. Wierzył w niego jedynie trener. Gdy nie chciano wysłać do Cortiny d`Ampezzo Franciszka Gąsienicy-Gronia, Orlewicz powiedział, że też nie pojedzie… – relacjonuje Wojciech Szatkowski, autor biografii trenera Orlewicza Pamiętam romantyczne narciarstwo…

Ostatecznie władze sportowe zgodziły się, by Gąsienica-Groń wziął udział w przedolimpijskiej rywalizacji w szwajcarskim Le Brassus. Tam na kilkanaście dni przed VII Igrzyskami Olimpijskimi wygrał w kombinacji klasycznej. Nikt nie miał więc wątpliwości, że Polak musi wystartować w Cortinie d’Ampezzo.

Naprzeciw gigantom

Pierwszy skok podczas zawodów zakończył się upadkiem. Po dwóch kolejnych seriach zawodnik plasował się dopiero na 9. miejscu. Wiedział, że musi jak najlepiej pobiec na 15 km, jeśli chce powalczyć o miejsce na podium. Osiągnął swój cel. Wpadając na metę, został otoczony przez dziennikarzy i trenerów, którzy przekazali mu wiadomość: zdobył olimpijski brąz. Przez następne dwie godziny sędziowie opracowywali oficjalne wyniki, które potwierdziły sukces Polaka.Gąsienica-Groń przerwał panującą hegemonię i jako pierwszy zawodnik spoza Skandynawii stanął na olimpijskim podium w tej konkurencji, zaraz obok Norwega Sverre’a Stenersena i Szweda Bengta Erikssona. Również po raz pierwszy od 32 lat, kiedy to w Chamonix pod Mont Blanc rozpoczęła się seria zimowych igrzysk olimpijskich, polska flaga zawisła na maszcie.

Gąsienica-Groń ma obecnie 26 lat i nie doszedł jeszcze do szczytu swych możliwości – tak prognozowano w Księdze Jubileuszowej Wisły z 1956 r. Zawodnik aspirował do zdobycia tytułu Mistrza Świata i złotego medalu olimpijskiego. Niestety poważny wypadek podczas Memoriału Bronisława Czecha i Heleny Marusarzówny na Dużej Krokwi rok po zawodach w Cortinie uniemożliwił powrót do dawnej formy. Zawodnik nie zarzucił jednak treningów, udało mu się nawet zdobyć tytuł Mistrza i Wicemistrza Polski w kombinacji klasycznej. Jego wyczyny wielokrotnie były nagradzane, uhonorowano go Srebrnym Medalem Za Wybitne Osiągnięcia Sportowe i Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, został także gościem honorowym Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Turynie. Największą nagrodą dla sportowca są jednak z pewnością sukcesy kolejnego pokolenia Mistrzów Polski, które trenowało pod jego okiem.