Lubię poniedziałki

Budzik – 6 rano, poranki są ciężkie. Czarna kawa i kromka czarnego chleba, jeśli żołądek nie zdąży się przewrócić ze szczęścia na drugą stronę. Zmęczenie i to do list na zbliżający się tydzień przygniatają tak bardzo, że mogą przyprawić o mdłości lub zawroty głowy. Najważniejsze, żeby wstać i zacząć coś robić. Żeby przetrwać poranek, trzeba przerwać myślenie i postawić się do pionu. Żadnych pięciu minut, żadnej drzemki. Myślenie nie zawsze wychodzi na dobre.

Poranki są ciężkie, poniedziałki są porankami tygodnia. Nie lubię poniedziałków. Pierwszy dzień tygodnia bezlitośnie przypomina, co nie wyszło w zeszłym, czego nie doprowadziło się do końca. To moment rozliczenia i zwykle wychodzimy na minus. Przeszacowujemy swoje możliwości. Oczekiwania powstają z ambicji, a ambicja – z egoizmu. Chcę czuć się dobrze, w tym przypadku ze sobą. Przecież ja to ja – najlepszy człowiek na świecie. Chcę, żeby inni też widzieli, że jestem najlepszy. A w swojej i czyjejś świadomości istnieję według tego, co sobą reprezentuję. Według działań, których się podejmuję, według wyzwań, które realizuję.

Trudno postawić sobie granicę, gdy zachłysnęło się własnymi możliwościami. Świat jest taki ogromny i niezbadany, więc czemu mam się ograniczać? Chcę mieć wszystko, ale z niczego nie potrafię zrezygnować. Koszt alternatywny nie istnieje. Będę bezustannie testować granice własnej wytrzymałości, ile jeszcze dam radę na siebie wziąć i się przy tym nie potknąć. Nie zauważam momentu, w którym przestaję ten świat poznawać. Zaczynam walczyć ze wszystkim, co nie pasuje do mojej wizji, a później – już tylko o przetrwanie. Mogę powiedzieć, że rzeczywistość jest zła, a ja chciałam dobrze. Ale skoro sama podejmuję decyzje, muszę zmierzyć się z ich konsekwencjami.

Jestem tragicznym bohaterem walczącym z następstwami własnych decyzji. Mogę nie dawać rady. Mogę i mam do tego prawo. Trudno rezygnować ze swoich wizji podboju świata, jeszcze ciężej kogoś zawieść. Konsekwencja i ciężka praca są trudne, a cel wymaga poświęcenia. Nikt nie mówił, że będzie lekko, łatwo i przyjemnie. W pewnym momencie ja – wielki dorosły człowiek – czuję się jak dziecko, które upatrzyło sobie ogromny kawałek ciasta. Wiem, że to nie dla mnie, ale gdzieś głęboko w sobie noszę nadzieję, że jednak będzie moje. I tym bardziej przeżywam rozczarowanie, gdy dostaje go ktoś inny.

Żeby jedna osoba mogła być pierwsza, ktoś inny musi być ostatni. Zapominam, że dookoła mnie istnieją też inni ludzie. Są czymś więcej niż konkurencją i widownią podziwiających lub oceniających moje wesołe poczynania. Mogę ich zawieść, skrzywdzić, odebrać coś, czego pragną (tak samo jak oni mnie). Gdzieś w tym wszystkim zaczynam traktować innych przedmiotowo. Nie wiem, co mam do zaoferowania oprócz pracy, biegów, krzyków i odwoływania planów, bo się nie wyrabiam. Nie zyskuję nic oprócz zmęczenia, pozrywanych mostów i braku chęci do życia. Nie zauważam, kiedy przestaję to robić dla siebie, bo lubię i uważam, że warto. Byle mieć to z głowy, zapomnieć i żyć dalej.

W końcu poskreślam wszystkie punkty ze swojej śmiesznej listy lub zawieruszę się i przez przypadek wybiję z toru. Przystanę gdzieś w tłocznym tunelu, żeby zobaczyć spieszącą się masę ludzi. Będą się pięknie wymijać, rozpychać łokciami i wpadać na siebie. Quo vadis? Pędząc przed siebie, trudno coś zauważyć. Kiedy się zatrzymamy, łatwiej dojrzeć szczegóły otoczenia. Nie tworzą one obrazu całości, ale wystarczająco przybliżają poprawny ogląd. Żyjąc w biegu, nie dostrzegamy wielu rzeczy. W szczególności tych małych, których prostota może nieść więcej radości niż osiąganie wielkich celów.

Lubię ten dzień za to, że nie smakuje czarną kawą i tak ładnie świeci słońce. Jest obietnicą tego, że do następnego weekendu w końcu mi się uda. Że tym razem będzie inaczej. Z kolejnym tygodniem zaczynamy jakby od nowa. Mniej strachu, więcej nadziei. Poniedziałki stanowią całą jedną siódmą naszego życia – nieco za dużo, by dać się im zmarnować. A szczęścia uczymy się do skutku.

No votes yet.
Please wait...