Duchy przeszłości

Dzieci mordujące własnych dziadków, plaga szczurów zalewająca miasto, podejrzane plotki o skarbie… Gdy autor umieszcza to wszystko w Oświęcimiu (nazywanym przez miejscowych Żydów Oszpicynem) i uzupełnia wątkiem Zagłady, wychodzi mieszanka wybuchowa, która przyprawia o gęsią skórkę.

Wojciech Jaromin jest młodym dziennikarzem. Praca w lokalnej gazecie nie do końca odpowiada jego ambicjom, ale na początek kariery może być. Gdy dochodzi do serii dziwnych wypadków, podczas których dzieci zabijają swoich dziadków, główny bohater postanawia rozpocząć śledztwo dziennikarskie i rozwiązać tę zagadkę. Nie zdaje sobie wtedy jeszcze sprawy, że przeznaczona mu jest znacznie ważniejsza misja, którą musi podjąć, by spłacić długi swoich przodków.

Pomysł Krzysztofa A. Zajasa zdecydowanie zasługuje na uznanie. Przede wszystkim jest to specyficzny sposób mówienia o Holocauście, nieczęsty w literaturze polskiej. Autor wykorzystał historię Oświęcimia jako tło powieści, w której jest więcej zjawisk paranormalnych niż tych rzeczywistych. Niektórzy mogą uznać to za nietakt, okazuje się jednak, że literatura popularna także może być wykorzystywana do poruszania trudnych tematów. Samo to, że Oświęcim w całej powieści jest nazywany Oszpicynem, pozwala na zmianę perspektywy i podkreśla, że przed Zagładą było to miasto Żydów. Zajas w oryginalny sposób dotyka również problemu odpowiedzialności, którą za czyny swoich przodków ponoszą ich potomkowie. Zabijające dzieci to dla mieszkańców miasta dopiero początek drogi do umorzenia zaległych długów.

Choć do samego pomysłu trudno mieć zastrzeżenia, to pewne elementy jego wykonania zaburzają ogólny odbiór dzieła. Przede wszystkim wiele wątków nie zostało wyjaśnionych; wydaje się, że autor wprowadził je na siłę, by jeszcze bardziej udziwnić swoją opowieść. Nie wzbogacają one w żaden sposób opowieści, wręcz przeciwnie – sprawiają wrażenie sztucznych i zbędnych. Tak odebrać można scenę, w której matka zaginionych chłopców oddaje się w piwnicy duchowi Kublickiego.

Także w warstwie językowej widać pewne braki. Sam autor podkreśla, że przy pisaniu kieruje się zasadą, że książka ma być do czytania. Nie dziwią więc wyrazy potoczne czy wulgarne, prosty styl, choć niepozbawiony trafnych metafor czy dowcipu w odpowiednim miejscu. Są jednak fragmenty, gdy z nieformalnego rejestru pierwszoosobowy narrator przechodzi do poetyckiego, kwiecistego opisu.

Jeszcze bardziej rzucającą się w oczy niespójnością jest sam sposób prowadzenia narracji: w całej powieści główny bohater relacjonuje wydarzenia z pewnej perspektywy czasu, co jest wyraźnie podkreślane. Jednak w kilku miejscach nagle zmienia taktykę i pisze tak, jakby spisywał historię na bieżąco w swoim dzienniku. Zmiany te występują nagle i niespodziewanie, trudno znaleźć dla nich uzasadnienie, więc niektórzy mogą odebrać to jako niefortunny błąd lub nieprzemyślany do końca zabieg. Wątpliwości budzić może także zakończenie. Przy całej powieści, która trzyma w napięciu i rozbudza wyobraźnię, sprawia ono wrażenie nijakiego, nie daje satysfakcji.

Mimo wszystko warto przeczytać tę powieść, niezwykły pomysł rekompensuje bowiem wyżej wymienione niedoskonałości. Ponadto książka powinna się spodobać fanom Stephena Kinga, gdyż Zajas uważa amerykańskiego pisarza za autorytet i wzoruje się na nim w swoich tekstach. Jednak mistrz jest tylko jeden, dlatego Oszpicyn nie olśniewa, ale jak na polskie warunki – jest całkiem przyzwoity.

Ocena: 3.5/5
Krzysztof A. Zajas
Oszpicyn
Wydawnictwo: Marginesy
Premiera: 1.02.2017