Dinozaur na demonstracji

Wałęsa w fioletowym sweterku, dinozaur na proteście czy słynny transporter pod kinem Moskwa z afiszem Czasu apokalipsy. Chris Niedenthal potrafi dostrzec i uchwycić okiem obiektywu każdą osobliwość. W swojej karierze dokumentował takie wydarzenia jak stan wojenny, pielgrzymki Jana Pawła II do Polski oraz przemiany 1989 r.

Rozmawiali: Karolina Mazurek, Maksymilian Semeniuk

fot. Chris Niedenthal

MAGIEL: Jest pan potomkiem polskich emigrantów. Jak pańscy rodzice znaleźli się w Anglii?
Chris Niedenthal: Powojenna Polonia składała się z ludzi lądujących w Anglii zupełnie przypadkowo. Mój ojciec był prokuratorem w Wilnie. Na samym początku wojny uciekł z Polski, przedostał się do Francji i tam walczył. Trafił do niewoli. Udało mu się jednak z niej wydostać, przeszedł Pireneje do Hiszpanii, gdzie został aresztowany, i ostatecznie dotarł na Gibraltar. Dokąd miał płynąć? Dopłynął do Anglii. Nigdy nie opowiadał wiele o swoich wojennych losach. A matka, stenotypistka, do Londynu przyjechała z rządem. Wyjeżdżając z Warszawy, myślała, że jadą na Wschód. Życie potoczyło się inaczej. Droga prowadząca do Lublina skończyła się w Anglii.

Rodzice chcieli po wojnie wrócić do Polski?

Nigdy nie czułem w rodzicach tęsknoty ani rozpaczy z powodu losów kraju. Rodzice niektórych moich znajomych absolutnie nie pozwalali swoim dzieciom – Polakom takim jak ja – jechać do Polski. Dopóki nie będzie Polska wolna – mówili. Moi na szczęście nie byli radykalni. Postanowili, że jak tylko będzie można, to pojedziemy tam wszyscy na wakacje. Tata prokurator, który wsadzał komunistów do więzienia w przedwojennym Wilnie, nie spodziewał się sympatycznego przyjęcia, dlatego pojechaliśmy w taką podróż w latach 60,, po śmierci Stalina. Na szczęście nic się nie stało. Potem przyjeżdżałem już sam, bo zaczęło mnie to interesować.

Dlaczego tak bardzo zainteresował się pan Polską?

Mnie, wychowanego w Londynie dwudziestolatka, polska młodzież po prostu fascynowała. Fascynowała mnie nieustanna walka psychologiczna – każde wypowiedziane słowo miało antykomunistyczny kontekst. Komunizm, taki straszny system, tworzył świetnych ludzi. Oczywiście, ludzie ci dzielili się na czarną i białą stronę, ale ci, którzy byli po białej… To było widoczne, że my wszyscy lgnęliśmy do siebie. Trzeba było kombinować, jak żyć.
Pamiętam te dawne czasy, kiedy po Warszawie można było jeździć samochodem w miarę szybko i w miarę bez korków. Jeżeli się go miało oczywiście. I jeżeli się miało benzynę, bo to zawsze wszystko było ,,jeżeli coś tam”. W Anglii szło się do sklepu i kupowało, co się chciało, a tutaj trzeba było kombinować, jak cokolwiek załatwić. Ja nigdy się tego nie nauczyłem. Nie stałem się tak zaradny jak Polak, ale lubiłem patrzeć, jak moi koledzy kombinowali i zawsze mi to imponowało.

W latach osiemdziesiątych do Polski przyjeżdżało wielu zagranicznych dziennikarzy. Dlaczego Zachód tak zainteresował się Polską?

W pewnym momencie Polska stała się najważniejszym źródłem czegokolwiek, co działo się w Europie. Wszystkie największe gazety i telewizje otwierały tu biura, więc pewnie niektórzy dziennikarze wprost prosili: wyślijcie mnie do Polski, tutaj dzieje się coś ciekawego.

fot. Chris Niedenthal

Jako fotoreporter pracował pan dla największych tytułów – magazynów „Newsweek”, „Time”. Borykał się pan z inwigilacją?

Zawsze było wiadomo, że oni nas pilnują. Jak wiedzieli, że gdzieś będzie demonstracja, a my się tam kręciliśmy, to wyskakiwali mundurowi albo niemundurowi i mówili: proszę odejść, znikać stąd. Albo nas po prostu zwijali. Wtedy wszystkich złapanych zagranicznych dziennikarzy wieźli na komendę milicji i musieliśmy tam przesiedzieć całą demonstrację. Oni dobrze wiedzieli, jak wyglądamy i co robimy.

Najtrudniej było w stanie wojennym, bo nie można było po prostu wyjść i zrobić zdjęcia. Dlatego sprawdzało się fotografowanie z klatek schodowych lub z okien mieszkań. Tak było w przypadku tego zdjęcia, na którym jest transporter pod kinem Moskwa. Nigdy tak naprawdę nie wiedzieliśmy, co może nas spotkać. Właściwie dopiero teraz patrząc wstecz, widzę, że nas, dziennikarzy zagranicznych, traktowali ulgowo. Polski fotograf, który nie pracował dla agencji czy gazety rządowej, mógł mieć poważniejsze problemy. Mogli mu skonfiskować sprzęt, zniszczyć co się da i przesłuchiwać przez 48 godzin. Ja też czasami musiałem oddawać filmy, ale nie było rewizji osobistych, przy których musiałbym wykładać wszystko na stół. Po prostu prosili o filmy, dlatego dawałem im te, które chciałem, a najważniejsze trzymałem schowane głębiej. Bardzo rzadko się zdarzało, że musiałem oddać wszystko.

Większości zagranicznych dziennikarzy bezpieka zakładała teczki. Podobno pan po obejrzeniu swojej był rozczarowany. To prawda?

Tak. Byłem szczerze ciekawy, co oni tam o mnie zanotowali. Okazało się, że właśnie w czasie stanu wojennego, kiedy robiłem najważniejsze rzeczy, zupełnie mnie olali. Nie było prawie żadnych wpisów z tego okresu. Trochę się na nich obraziłem [śmiech]. Za to ciekawy był mój rys charakterologiczny. Jest tam napisane: w obecności żony Niedenthal robi wrażenie, jak gdyby nie miał nic do powiedzenia [śmiech]. To jest bardzo prawdziwe. Ewidentnie ktoś mądry to zauważył. Okazuje się też, że nadali mi kryptonim „Kret” – bardzo mi się to teraz spodobało.

Czy ma pan zdjęcia, o których może pan powiedzieć, że są dla pana szczególne, ulubione? Z tego względu, że dobrze wyszły, czy może po prostu, że są…

Ostre? [śmiech] Czasami zdarzały się sytuacje, gdy robiłem nieostre zdjęcia. Więc dla mnie ostrość to jest już wielki sukces.

Lubię w sumie wszystkie te zdjęcia, które nie są polityczne. Te związane z jakąś demonstracją itp. są w zasadzie wszystkie takie same i po krótkim czasie nie są już wcale tak interesujące. Z tych ważnych podobają mi się zdjęcia ze strajku w Gdańsku, kiedy już Lech stoi na bramie i ogłasza wszystkim, wymachując tym długopisem, że strajk się skończył i pierwsza bitwa wygrana. Lubię też fotografie, które na tym strajku zrobiłem jako pierwszy. To wymagało trudu, ale w końcu dostałem się do stoczni z pewnym angielskim dziennikarzem jako tłumacz z zakazem fotografowania. To dla mnie ważne zdjęcia, bo przezwyciężyłem strach, żeby je zrobić. Ale moje ulubione to, jak już mówiłem, raczej te, które nie mają nic wspólnego z polityką. Chociaż oczywiście lubię Czas Apokalipsy, bo w tym zdjęciu zawarty jest cały stan wojenny. Nie jest jednak moim ulubionym. Bardziej podoba mi się to, na którym kobieta klęczy przed kościołem w Wadowicach i modli się za zdrowie papieża, trzymając cały sznur papieru toaletowego. To jest w pewnym sensie PRL w pigułce i cieszę się, że udało mi się to uchwycić. Lubię też takie, na którym Wałęsa całuje się z panią Danusią, wychodząc z domu. Obie te fotografie leżały przez kilkadziesiąt lat w Stanach i nie pamiętałem ich. Byłem bardzo zdziwiony i szczerze uradowany, gdy do mnie wróciły.

Naszym ulubionym jest to, do którego Lech Wałęsa „pozował” w fioletowym sweterku.

To było tego dnia, gdy wrócił z internowania. Siedział tam przez rok i jadł. Robił się coraz większy i ktoś, nie posądzam o to jego żony, zrobił mu taki fioletowy sweter. Prawie najważniejszy człowiek na świecie, a ubrany jak ktoś z Alicji w Krainie Czarów. Żałuję, że w filmie Wajdy nie dali Więckiewicza w takim sweterku.

Lech Wałęsa zażartował kiedyś, że się pan w ogóle nie rozwija. Nic tylko fotografia i fotografia. Czy robienie zdjęć nigdy nie stało się męczącym zajęciem? Nie miał pan momentu znużenia i szukania innej pasji?

Co innego mogę robić? W latach 90. miałem studio komercyjne, które prowadziłem razem z kolegą. To była ciekawa odmiana, ale dla fotoreportera, który jest przyzwyczajony, że wsiada w samolot i gdzieś leci, takie siedzenie w jednym miejscu było trochę trudne. A poza tym – w studio musisz tworzyć, a nie rejestrować, dokumentowy. Ja tak nie potrafię. Jestem jednak reporterem i potrafię obserwować, ale nie potrafię czegoś tak ułożyć, żeby wszystko było idealnie. To jest dla mnie trudne.

Czy obecnie podejmuje się pan jeszcze jakichś nowych projektów?

Raczej nie, choć ostatnio zrobiłem album o Konkursie Chopinowskim. Jego tytuł brzmi: Niedenthal–Chopin. Ja z tym walczyłem cały czas, bo to wygląda na megalomanię. Na nieszczęście moje nazwisko jest dłuższe niż nazwisko Chopina i na okładce jest większe niż jego. Ja błagałem: słuchajcie, nie róbcie mi tego, ale oni się tym nie przejmowali [śmiech].

Czy zdarzały się takie fotografie, z których autorstwa nie zdawał pan sobie sprawy?

Tak, czasami nie mogłem się nadziwić: O, jaka dobra fotografia! A, to moja [śmiech]. Oczywiście zawsze fotograf tłumaczy się, że pamięta wszystkie swoje zdjęcia, ale to nie jest prawda. Może tylko wtedy, gdy ma się 20 lat i zrobiło się ich ileśtam. Muszę powiedzieć, że bardzo miło jest oglądać swoje stare zdjęcia, bo czasami nie mogę uwierzyć, że to ja je zrobiłem. Teraz właśnie przygotowuję książkę o roku 1989. To był niesamowity czas. Pod względem ilości pracy, liczby wyjazdów, odwiedzonych krajów i historii, których byłem świadkiem. To był rok, jakiego już nigdy nie przeżyję.

Udało się panu udokumentować wszystkie istotne wydarzenia, które działy się wtedy w Europie Środkowo-Wschodniej. Kiedy pan wyczuł, że dzieje się coś tak przełomowego?

Gdy patrzę na to z dzisiejszej perspektywy, to zastanawiam się, kiedy ja zdążyłem to wszystko zrobić. Odbyłem dziesiątki, dziesiątki wyjazdów. To było fantastyczne. Wiesz, jak pracujesz non-stop, to po jakimś czasie coś takiego po prostu wyczuwasz. Okrągły Stół, wybory w czerwcu…

Częściowo wolne…

Tak, ale były „na tyle wolne”, że przełom stał się faktem. Było widać, że to coś bardzo ważnego. Choć bardziej atrakcyjnie wizualnie było to, co stało się w Berlinie. Upadek muru skupił uwagę świata i dlatego Niemcy starają się wmawiać, że to wszystko ich zasługa. Myśmy wykonali całą ciężką robotę, a oni tylko zburzyli mur [śmiech]. Ale było to niezwykle fotogeniczne. Tak samo aksamitna rewolucja w Pradze. Też nie była tak spektakularna, ale była fotogeniczna.

Pisał pan w autobiografii, że interesujące jest tylko to, co dzieje się przed rewolucją i w jej trakcie, a sprzątanie po niej już nie. Czy teraz ma pan wrażenie, że w Polsce posprzątaliśmy po naszej rewolucji?

Już na początku transformacji zdawałem sobie sprawę, że wielkie zmiany nie są proste. Rozmawiałem wtedy z brytyjskim dziennikarzem, który pracował dla „Time’a”. Jak to wszystko się już stało, powiedziałem mu: słuchaj, fajnie to będzie dopiero za pięć lat. A on mi powiedział: za pięć lat jeszcze nie. Oczywiście żachnąłem się wtedy, ale rzeczywiście to nie było pięć lat. Zanim było dobrze, minęło dwadzieścia pięć. Niedawno do polskiej polityki weszli ludzie, którzy chcą wszystko zniszczyć. Ja tego zupełnie nie rozumiem. Nie mówię, że było idealnie, ale było coraz lepiej. Teraz wychodzi na to, że jak tylko ,,posprzątaliśmy po rewolucji”, to od razu zniszczyliśmy wszystko, więc niestety wróciliśmy do punktu wyjścia.

fot. Chris Niedenthal

Czy przez to stało się ciekawiej?

Dla mnie już nie. Chciałbym prowadzić spokojniejsze życie niż dawniej, ale jestem zmuszony wychodzić na demonstracje, bo uważam, że skoro tyle lat już dokumentuję naszą historię, to jest to już właściwie moim obowiązkiem. Jest mi miło na tych protestach, bo myślałem, że fotograf zawsze jest anonimowym człowiekiem, a tu jednak ludzie mnie rozpoznają. Czasem ktoś podchodzi, wyciąga rękę i mówi: szacun, dziękuję za wszystko co pan zrobił i fajnie, że jest pan teraz z nami. To bardzo wzruszające. W latach PRL-u, kiedy pracowałem dla poważnych czasopism i musiałem utrzymywać neutralność, nie mogłem mówić na głos, co myślę. Teraz czuję się z tego zwolniony.

Na demonstracje chodzi pan oczywiście jak dawniej, z aparatem?

O tak, tak! Z resztą najlepsze ze zdjęć, które zrobiłem w ostatnim czasie, powstało właśnie na marszu KOD-u 11 listopada. Jest całkowicie abstrakcyjne. W tle idzie tłum, a z prawej strony wychodzi paszcza dinozaura. Jak zobaczyłem tę wielką atrapę, to wiedziałem, że muszę ją tu jakoś wkomponować. Dodatkowo w tym momencie przelatywał akurat policyjny helikopter i pomyślałem: jest idealnie. Taka abstrakcja, że każdy myśli, że to jakiś photoshop. Musimy umieć obserwować. Tak, musimy mieć oczy szeroko otwarte.

Chris Niedenthal

Polski fotoreporter urodzony w Londynie. Jako zagraniczny korespondent akredytowany w Polsce współpracował z takimi czasopismami jak „Newsweek” czy „Time”.  Dokumentował wydarzenia przełomowe dla Polski i Europy Środkowo-Wschodniej, a niektóre z jego zdjęć stały się ikonami PRL-u. Laureat nagrody World Press Photo w 1986  r. W 2011 wydał swoją autobiografię Zawód: fotograf.