Milknące głosy

Na ponad 200 istniejących państw przypada około 7000 języków. Niestety liczba ta z roku na rok maleje o 100 lub 150. Tracimy zatem tygodniowo średnio dwa lub trzy języki. Znacznie trudniejszym zadaniem jest oszacowanie liczby wymierających kultur i tradycji.

fot. Julia Hava

Przyzwyczailiśmy się do mówienia o kulturze jako o kulturze wysokiej – sztukach plastycznych, teatrze, filmie. Często również przychodzą nam na myśl antyczne świątynie, zabytki na liście światowego dziedzictwa UNESCO – jednym słowem jej materialne ślady. Kultura jednak oprócz artefaktów zawiera wiele elementów nienamacalnych. Spoglądając na kulturę w nieco mniej okrojonym wydaniu, dostrzeżemy, jak szeroki jest jej zakres. Warunkuje ona nasze wybory, to, co jemy, co jest dla nas etyczne, a co – nie.

Z antropologicznego punktu widzenia kultura to wszystkie twory człowieka – nie tylko język i religia, lecz także system ekonomiczny, instytucje i struktury organizacyjne, legendy, mity, ubiory, obrzędy i przede wszystkim znaczenie stojące za nimi. Definicji kultury jest bardzo wiele i często znacznie się różnią, w zależności od dziedziny nauk. Co mają ze sobą wspólnego? Gilbert Que z Ateneo de Manila University wymienia trzy cechy: Po pierwsze kultura zawiera zewnętrzne elementy dające się zauważyć, po drugie zawiera elementy nienamacalne – takie jak sposób myślenia, wierzenia. Trzecia ważna cecha to to, że kultura jest ograniczona w czasie.

Jedność słów

Jednym z niezbędnych elementów cywilizacji jest język – powstały jako forma komunikacji, a jednocześnie jedno z największych osiągnięć cywilizacji decydujących o rozwoju ludzkości. Jest narzędziem pozwalającym na wymianę handlową, a także kulturową. Gdy język umiera, znikają nie tylko słowa, lecz także razem z nimi odchodzi w zapomnienie unikalny sposób patrzenia na świat charakterystyczny dla danej kultury. i niewystępujący w żadnym innym zakątku globu.

Język powstaje w konkretnych warunkach (geograficznych i czasowych) i jest nieodłącznie związany z trybem życia danej grupy ludzi. Rodzi się w wyniku interakcji konkretnej społeczności ze środowiskiem. To, co dla jednej wspólnoty ma ogromne znaczenie, dla innej może być zupełnie nieistotne. Podczas gdy w Japonii dostrzegamy liczne określenia dotyczące ryżu, na Grenlandii dużą część leksyki stanowią słowa opisujące śnieg. Dzięki socjolingwistyce możemy zbadać powiązania języka ze wszystkimi aspektami życia codziennego. Jednak język może nie tylko świadczyć o indywidualizacji danej grupy, lecz także budować jedność na obszarze, na którym występuje wiele kultur.

Choć łatwo o tym zapomnieć, w Europie postrzegamy świat dość podobnie. Z łaciny rozpowszechnionej w czasie Cesarstwa Rzymskiego i później chrześcijańskiej Europy wywodzi się większość języków europejskich. To właśnie w łacinie tworzyli Kopernik, Newton, Marcin Luter czy Horacy. Dzięki niej idee i odkrycia stawały się uniwersalne, a dzieła naukowe, polityczno-społeczne i literackie szybko docierały do różnych zakątków Europy, co przez lata zbudowało europejską wspólnotę kulturową. Analogiczne zjawisko można zaobserwować w innych częściach świata. Relacja między mieszkańcami niektórych państw azjatyckich jest bliska również dzięki podobieństwom językowym. Obywatel Chin podróżujący do Wietnamu będzie czuł się swobodnie, gdyż chińskie imiona mogą być z łatwością przetłumaczone na język wietnamski. Analogia ta wynika z wypływów i migracji chińskich na tym terenie.

Kulturowe migracje

Nie dziwi zatem, że obraz rzeczywistości zmieniał się wraz z silnym wpływem obcych języków w czasach kolonizacji. Niewątpliwie był to proces, który wpłynął na wiele kultur. Silniejsze państwo najczęściej wprowadzało swój język na danym terenie. Ludność skolonizowana, zobligowana do pewnego stopnia interakcji, powoli uczyła się nowego języka, który ostatecznie najczęściej stawał się językiem urzędowym. W krajach postkolonialnych pewne słowa lub języki pozostały częścią kultury. Obecność francuskiego w Maroku czy Gwatemali nie jest przecież przypadkiem. Na Filipinach językami urzędowymi są angielski (to wynik kolonizacji amerykańskiej) oraz tagalog, który zawiera wiele słów i wyrażeń zaadoptowanych z hiszpańskiego, na przykład »para« – »zatrzymaj się« czy „»derecho«, oznaczające w hiszpańskim »w prawo«, a na Filipinach nieco myląco – »prosto«.

Jednocześnie ten wyspiarski kraj posiada wiele języków regionalnych. Przykładowo na wyspie Cebu, gdzie znajduje się dawna stolica Filipin, najpopularniejszym językiem jest cebuano, drugim – angielski, a tagalog znajdzie się może na trzecim lub dalszym miejscu. Cebuano posługuje się statystycznie więcej osób niż tagalogiem, a jednak ten drugi jest językiem urzędowym. Oprócz tego występują endemiczne dialekty, w których mówią poszczególne plemiona. Relacja między tożsamością językową a oficjalnymi językami jest skomplikowana, a język narodowy nie jest wcale uniwersalny.

Czas trwania dominacji i różne strategie kolonizacyjne wpłynęły na stopień, do jakiego wcześniejsze tradycje zostały zachowane, a w jakim nowa kultura zmieszała się z rodzimą. Gdyby nie kolonizacja, Brazylia najpewniej nigdy nie stałaby się jednym krajem – to zbyt wielki i zbyt różnorodny obszar. Dziś portugalski jako język urzędowy jest z perspektywy Europejczyka po prostu faktem – nie analizujemy tego, jaka różnorodność językowa występowałaby tam, gdyby nie kolonizacja. Z kolei w Kolumbii kultura hiszpańska zaadaptowała się o wiele łatwiej niż w Peru czy Meksyku, gdzie obecnie odpowiednio 31 proc. i 21,5 proc. populacji stanowią członkowie różnych grup etnicznych. Trudniej kolonizować kraj, w którym grup jest tak wiele.

Niełatwo nam też wyobrazić sobie Indie bez kolonizacji brytyjskiej, a może gdyby nie ona, nie byłoby dziś problemów z systemem kastowym. W tym kraju można też zaobserwować inne niepokojące zjawisko. Coraz więcej osób wykształconych na prestiżowych i drogich uniwersytetach nie zna już hindi, na co dzień posługują się oni językiem angielskim. Inni mieszkańcy Indii często bardziej identyfikują się z regionem niż z narodem. Czują się Tamilami, Bengalczykami czy Kaszmirczykami i uczą się języka stanowego. Do komunikacji pomiędzy stanami używają angielskiego. Hindi wydaje się już niepotrzebne. Być może to samo stanie się na Filipinach, gdzie wiele osób nadal identyfikuje się z językiem regionalnym, a klasa wyższa nierzadko mówi jedynie po angielsku. Z biegiem czasu być może tagalog również zacznie zanikać.

Poza systemem

Języki używane przez poszczególne grupy etniczne wiążą się z ich sposobem życia. Mówiąc o kulturze lokalnej, regionalnej, nie rozważamy wcale kultury mniej bogatej – często jest wiele przekazów ustnych, wierzeń specyficznych dla danej wspólnoty, zwyczajów. Tradycje te z definicji nie są rozpowszechnione – są kultywowane na małą skalę. W przypadku little cultures występują silniejsze powiązania z naturą. Szczególnym przywiązaniem do środowiska naturalnego charakteryzują się kultury rdzenne, gdzie legendy i przekazy często odnoszą się do typowego elementu krajobrazu, np. jeziora czy wzgórza. Przesiedlanie ludności czy niszczenie jej środowiska oznacza niszczenie takiej kultury. Dlatego również katastrofy naturalne w największym stopniu dotykają rdzennych mieszkańców.

Poprzez przywiązanie do ziemi wspólnoty ulokowane w miejscach trudno dostępnych wytworzyły bardzo endemiczne struktury. Podczas gdy reszta świata została włączona w proces globalizacji, oni pozostali niejako wyłączeni z systemu. Gwałtowne zderzenie kapitalizmu i produkcji masowej z tradycyjnymi praktykami i wspólnotową produkcją może przynieść tragiczne skutki. Tak się właśnie dzieje w przypadku Aetas – przedkolonialnych mieszkańców Filipin, którzy obecnie są zepchnięci na margines społeczeństwa, walcząc o ziemię, na której byli pierwsi. Członków plemienia Aetas – potocznie zwanych »negritos« – można ostatnio coraz częściej zobaczyć żebrzących na ulic wielkich miast.

Różnią się wyglądem od większości dzisiejszych Filipińczyków – mają ciemną skórę i kręcone włosy. Mówią różnymi dialektami, co dodatkowo utrudnia kontakt. Powodem, dla którego członkowie Aetas wychodzą na ulice miast po jałmużnę, jest niedobór żywności. Po eksplozji wulkanu Pinatubo w 1991 r. wzgórza zamieszkałe przez plemię Aetas zostały pokryte popiołem. Teren, który wykorzystywali pod uprawę, został w większości zniszczony. Nasiliły się wylesianie, susze i pożary, które sprawiają, że Aetas nie są już samowystarczalni. Po katastrofie lokalny rząd proponował przesiedlenie, ale rdzenna ludność nie chce zmieniać miejsca zamieszkania, ponieważ jest to część jej tożsamości.

Obecnie negritos walczą o prawo do ziemi. Powołali organizację społeczną, która ma za zadanie jednoczyć interesy mieszkańców kilkunastu wiosek rozsianych po wzgórzu. Dzięki działającej na miejscu organizacji pozarządowej udało się nawiązać dialog z lokalnymi władzami. Toczy się proces, w którym rozstrzygną się losy praw do ziemi w okolicy wulkanu. Niestety wiele czynników powoduje wykluczenie i utrudnianie dostępu pokrzywdzonych obywateli do instytucji lokalnych. Ostatnim razem dokumenty zostały sporządzone w języku angielskim, a nie w tagalog, którym nauczyli się posługiwać członkowie organizacji. Warto postawić pytanie: jakie szanse ma rdzenna ludność wobec podmiotów broniących swoich interesów na tym terenie, organizacji militarnych oraz lokalnych biznesów.

Problem ludności rdzennej na Filipinach nie jest odosobniony. Z podobnymi trudnościami boryka się wiele państw – od Brazylii, poprzez Meksyk, po Kanadę. Z pewnością możliwości administracyjne i finansowe krajów rozwiniętych – takich jak Kanada – są w tym zakresie o wiele większe, jednak nawet to państwo nie do końca radzi sobie z problemami Inuitów, a ich wykluczenie ekonomiczne zostało dopiero niedawno zauważone przez administrację Justina Trudeau i Liberalną Partię Kanady.

graf. Aleksander Łukaszewicz

W niektórych regionach świata języki znikają w szczególnie szybkim tempie.

Czerpiąc ze źródła

Używany język jest niezwykle ważnym czynnikiem, jednak procesów kształtujących kulturę jest o wiele więcej. Jednym z nich jest parochializacja – proces, w którym elementy rozpowszechnionej tradycji stają się jednocześnie budulcem lokalnych zwyczajów. McKim Marriott w książce Little Communities in an indigenous Civilization (małe wspólnoty cywilizacji rdzennej) wyjaśnia proces parochializacji poprzez przykład pomysłowości ludności w indyjskim mieście Kishangarh. Podczas święta Navarathri w kulturze hinduskiej tradycyjnie czci się mające dziewięc wcieleń bóstwo Durgas przez kolejne dziewięć dni. Natomiast w Kishangarh na cześć Durgas wielbi się kobiece bóstwo Naurtha. Wielka tradycja – hinduizm została wpisana w lokalne wierzenia.

Proces odwrotny do parochializacji to uniwersalizacja, zachodząca gdy elementy małych tradycji zostają rozpowszechnione przez wielkie tradycje. Według badań Mariotta taki proces nastąpił w Kishangarh. Autor odnosi się do festiwalu świateł, którego obchody mają na celu uzyskanie przychylności lokalnego bóstwa pomyślności i dostatku – Sauriti. Mariott komentuje, że Sauriti z tej „małej tradycji” mogło ulec uniwersalizacji do bogini Lakshmi w „wielkiej tradycji”, która w hinduizmie również odpowiada za pomyślność i dostatek.

Analizując lokalne zwyczaje, trzeba uwzględnić wpływ globalizacji. Rozpowszechnione tradycje są o wiele mniej narażone na negatywne skutki tego procesu. Państwa czy wielkie religie mają tak rozbudowany system, że globalizacja nie naraża ich na osłabienie. Jednak mniej znane tradycje, z definicji praktykowane przez niewielkie grupy osób, mogą przez wpływ tego procesu przestać istnieć. Za szczególnie narażone można uznać kultury rdzenne.

Zderzenie światów

Znaczący wpływ na lokalne kultury ma turystyka. Wspomniany wcześniej wulkan Pinatubo stał się w ostatnich latach popularną atrakcją turystyczną Filipin, przez co znaczenie praw do ziemi (o które walczą Aetas) wyraźnie wzrosło. Zmiany na tym obszarze są nieuniknione, pozostaje jednak pytanie, jak umożliwić zrównoważony rozwój, w którym uwzględnione będą nie tylko wzrost PKB, lecz także interesy mieszkańców i aspekty środowiskowe. Zasadniczym pytaniem jest to, jak powinna wyglądać interakcja przyjeżdżającego zagranicznego turysty z mieszkańcami. Być może szkolenie Aetas na przewodników i nauczycieli tradycyjnych tańców czy wykorzystanie ich wiedzy na temat roślin i medycyny naturalnej jest pewnym rozwiązaniem, które pomoże zmniejszyć różnicę pomiędzy tymi światami.

Ważne jest, aby takie miejsca nie zostały zmienione w resorty turystyczne. Na całym świecie powstaje wiele „ośrodków safari i przygód” ze skokami w przepaść, parkami linowymi, dzikimi zwierzętami etc. Na Filipinach i w innych rozwijających się krajach przy budowie tego rodzaju atrakcji lokalną ludność najczęściej przesiedla się lub pozbawia zamieszkiwanej dotąd ziemi. Co więcej, nowopowstałe parki mają często negatywny wpływ na środowisko naturalne. Jako turyści możemy mieć mylne wrażenie, że pomagamy mieszkańcom wioski, gdyż mogą dzięki nam zarobić i poprawic swoją sytuację. Poczucie jest złudne, ponieważ nie bierzemy pod uwagę tego, co już stracili. W okolicy wulkanu Pinatubo jeden z takich parków jest niestety w trakcie budowy. Tuż obok członkowie plemienia Aetas pozbawieni ziemi znaleźli się w swego rodzaju getcie.

Wyśniona przyszłość

Próby pomocy ludności lokalnej w zachowaniu tradycji często nie kończą się sukcesem. Członkowie plemienia T-boli z południowego Mindanao na Filipinach od lat ręcznie wytwarzali materiały z włókien abaca. Powstałe tworzywo jest bardzo wytrzymałe i jednocześnie ma ograniczoną paletę uzyskiwanych naturalnie kolorów. Proces tkania w tej wspólnocie ma wymiar mistyczny i na każdym etapie biorą w nim udział różni członkowie plemienia. Śniące tkaczki (dreamwevers) to rola zarezerwowana tylko dla wybranych członkiń wspólnoty. Tkaczki śnią wzory, które później wyplatają. Proces ten jest w pewien sposób uświęcony. Niektóre wzory wymagają specyficznych warunków – przykładowo śniąca tkaczka nie może być w czasie miesiączki. Konkretne wzory mają specjalne przeznaczenie, np. służą jako przykrycie podczas porodu. W związku z dostępem do edukacji i nowymi możliwościami zatrudnienia proces tkania stał się znacznie mniej popularny wśród młodego pokolenia. Rozpoczęła się migracja nowej generacji do miast w poszukiwaniu lepszego życia.

W celu ratowania tradycji podjęto inicjatywę sprzedaży ręcznie tkanego płótna. Tkaniny szybko zyskały sławę i stały się pożądanym produktem na rynku tekstyliów. Poszerzona została również paleta kolorów. Warto się jednak zastanowić, czy naprawdę uratowano tę tradycję. Wprowadzenie nowych barw zmieni proces tkania, nie wiadomo też, czy tkaczkom wystarczy snów na kolejne wzory pożądane na rynku. Ponadto pozostaje pytanie, co się stanie ze specjalnym rytualnym przeznaczeniem płótna i jak sprawić, by nie służyło nieodpowiednim celom, takim jak produkcja butów, co jest zniewagą dla T-boli.

Zgubnej popularyzacji tradycji nie uniknęła także Whang od – 99-letnia tatuażystka z plemienia Kalinga. Odkąd powstał o niej film, który stał się popularny w internecie, do miasteczka Buscalan codziennie przybywają osoby pragnące mieć tatuaż wykonany ręką plemiennej tatuażystki. Pozornie nie ma w tym nic szkodliwego, jednak sława Whang nie pozostaje bez wpływu na wioskę. Dziesięć lat temu, aby do niej dotrzeć, potrzebna była czterodniowa wyprawa w góry. Obecnie można przejechać większość drogi wynajętym vanem, a później wystarczy godzina marszu. Wioska Busculan liczy około 20 domów i około 60 mieszkańców, a od 6 rano kolejka hipsterów ustawia się po tatuaż. Odwiedzający płacą w pesos, lokalnej walucie, dzięki którym Kalinga może poprawić swoje warunki życiowe. Gdzie jest jednak granica, po której przekroczeniu turystyka zmieni ich życie nie do poznania?

Złoty środek

Pierwszym krokiem do zachowania tradycji lokalnych i regionalnych jest zdobycie wiedzy. Aby ochronić różnorodność, najpierw trzeba zdać sobie z niej sprawę, przyznać jej prawa, nie spychać jej na margines. Warto zadawać pytania. Do czego służyły kiedyś tatuaże? Jaka stoi za nimi historia? Jakie przeznaczenie miał dany materiał i do czego dzisiaj można go użyć? Szacunek i zrozumienie kosztują nas niewiele wysiłku, a mają ogromny wpływ na przetrwanie lokalnych tradycji.

Niemałą rolę odgrywa także praca antropologów, która pozwala zrozumieć znaczenie symboli, zwyczajów. Być może warto, aby przed procesem robienia tatuażu przedstawiona była jego historia. Do portfela z płótna od T-boli można by dołączyć opis jego tradycyjnego przeznaczenia. Jednak takie rozwiązania nie są oczywistym działaniem dla przedsiębiorcy czy nawet członka wspólnoty lokalnej. Tu widoczna jest luka, która może zostać wypełniona przez działalność państwa – na przykład wprowadzenie krajowych regulacji prawnych mających na celu ochronę mniejszości, małych tradycji. Ważne jest też, aby nowe pokolenie zdawało sobie sprawę z wartości swojej kultury. Dlatego właśnie system edukacji odgrywa tu niemałą rolę. Równowaga pomiędzy nauką o tym, co lokalne i globalne, wydaje się kluczem do sukcesu. Pozwoliłoby to na postawienie mostu pomiędzy nowoczesnością a tradycją i dobrowolny wybór drogi życia dla mieszkańców plemion. Istotne jest także uwrażliwienie każdego z nas na różnorodność, szacunek dla tego co tradycyjne, lokalne i nierozpowszechnione.

Warto zastanowić się, czy wymarcie kultur i tradycji lokalnych to jedyna droga do rozwoju oraz jaką cenę jesteśmy gotowi zapłacić za wzrost PKB. Z odległej perspektywy może wydawać się, że dany kraj się rozwija, a inny jest zacofany, bo nie ma tam wielu autostrad i nie da się zapłacić kartą za zakupy. Może jednak powinniśmy docenić to, że istnieją takie miejsca, gdzie nie będziemy się czuć tak, jak wszędzie indziej.