Święta niedziela handlowa

O wprowadzeniu zakazu handlu w niedziele w Polsce mówi się częściej już od września 2016 r., kiedy NSZZ „Solidarność” złożył do sejmu projekt ustawy. Prace komisji sejmowych zostały jednak wstrzymane aż do schyłku marca w oczekiwaniu na publikację rządowej opinii. Rekomendacja? Pozytywna.

Obywatelski projekt ustawy promowanej hasłem „Odzyskajmy niedziele” ma na celu ograniczenie czynności sprzedażowych w większość niedzieli w roku. Przewiduje jednak odstępstwa dla aptek, stacji benzynowych i kiosków, a także możliwość handlu w wybrane dni, takie jak wigilia Bożego Narodzenia. Projekt nie został jednak przyjęty bezkrytycznie – rząd premier Beaty Szydło nie zgodził się na karanie więzieniem osób, które złamią zakaz.

Zwrócono również uwagę na zbytnio restrykcyjny – zdaniem rządu – zapis mówiący, że nie powinien być dopuszczony handel on-line i sprzedaż z automatów. Dodatkowo, podczas gdy „Solidarność” postuluje objęcie zakazem wszystkich niedzieli w miesiącu, we wspomnianej rekomendacji dokładna liczba dni nie została określona. Wszystko to sugeruje, że ustawa, zanim wejdzie w życie, wymaga jeszcze wiele pracy i wielu dostosowań.

W gąszczu wyjątków i… absurdów

Projekt „Solidarności” obejmie większość rodzajów placówek handlowych. Propozycja uwzględnia jednak pewne wyjątki: niedziele bezpośrednio poprzedzające święta Bożego Narodzenia i Wigilii, ostatnie niedziele stycznia, czerwca i sierpnia, a także pierwszą niedzielę lipca.Zamknięte mają być wszystkie sklepy, których działalność opiera się na franczyzie – takie jak Małpki i Żabki. Małe osiedlowe sklepiki pozostaną otwarte pod warunkiem, że ich właściciele staną za ladą.

Absurdem zdają się regulacje w kontekście piekarni i cukierni – jeśli są ulokowane przy zakładzie produkcyjnym, będą mogły działać do godziny trzynastej… pod warunkiem, że będzie to tylko sprzedaż towarów własnej produkcji. Tak więc nabędziemy tort urodzinowy, ale już nie dokupimy do niego świeczek. Najbardziej dziwi chyba jednak zapis klasyfikujący sklepy z dewocjonaliami jako miejsca prowadzące sprzedaż artykułów pierwszej potrzeby – tak samo jak kwiaciarnie, kioski czy stacje benzynowe. Oznacza to, że jeśli sprzedaż produktu wiodącego wynosi minimum 30 proc. miesięcznego obrotu, będą one wyłączone z zakazu.

W zgodzie z wolą ludu?

Jako uzasadnienie wprowadzenia zakazu zwolennicy projektu wskazują potrzebę uzdrowienia więzi rodzinnych, naruszonych przez niedziele spędzone w pracy. Największej poprawie miałaby ulec sytuacja kobiet, które teraz zamiast wyjść na niedzielny spacer z mężem i dziećmi muszą stać przy kasie.

Trudno nie ulec wrażeniu, że za całą tą argumentacją kryje się zupełnie inny powód, odpowiadający celom hierarchii kościelnej. Chodzi bowiem o stworzenie szansy na uczestnictwo w mszy świętej większej liczbie Polaków, którzy do tej pory nie mieli na to czasu. Jednak i tutaj zauważalne są dwie strony barykady. Z jednej strony stoi Kościół, który popiera ograniczenia handlu w niedziele, a z drugiej – część wiernych, którzy po niedzielnej mszy idą prosto do sklepu. Idą, bo – jak tłumaczą – potrzeby duchowe z przyziemnymi da się połączyć i nie widzą w tym nic grzesznego. O zjawisku świadczy wzmożony ruch po mszach w sklepach, które są ulokowane w pobliżu obiektów sakralnych. Psycholog społeczny dr Leszek Mellibruda uważa, że Polacy są wręcz uzależnieni od niedzielnych zakupów w galeriach handlowych. Dowodzą tego statystyki – z badania TNS zrealizowanego dla Konfederacji Lewiatan wynika, że 74 proc. ankietowanych robi zakupy w niedzielę. Polacy zwracają uwagę, że wprowadzenie zakazu będzie dla nich tożsame z odgórnym narzucaniem przez rząd sposobu spędzenia wolnego czasu. Kwestionują oni nawet prawdziwość przekonania, jakoby ograniczenie zakupów w niedziele miało pozytywnie wpłynąć na jakość relacji w rodzinie – dla niektórych niedzielne wycieczki do galerii handlowych to forma wspólnego wypoczynku. Tę tezę potwierdzają również przeprowadzone badania – na przykład sondaż dla „Dziennika Gazety Prawnej” z końca marca, który pokazał, że przeciwko wprowadzeniu takiego zakazu jest 54,9 proc. respondentów.

Cios w gospodarkę

Według Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji wejście zakazu w życie będzie równoznaczne z koniecznością likwidacji co dziesiątego etatu. Konsekwencją takich zmian na rynku pracy może być spadek popytu konsumpcyjnego nawet o 14%.

Pomysł wprowadzenia zakazu handlu w Polsce nie jest niczym nowym – rozważany był już za poprzednich rządów PiS-u. Wtedy pomysł upadł ze względu na obawy, że usunięcie niedziel z handlowego kalendarza będzie miało negatywny wpływ na rynek pracy oraz na budżet państwa. Jak można się domyślić, niewiele w tej kwestii uległo zmianie. Najnowsze szacunki firmy doradczej PwC mówią o możliwej stracie skarbu państwa sięgającej 1,8 mld dol. Uwzględniając mniejszy przychód ze sprzedaży, należy spodziewać się, że właściciele sklepów nie zdecydują się na działalność w niedziele – galerie handlowe pozostaną zatem zamknięte. Odbije się to także na dochodach punktów gastronomicznych i rozrywkowych, takich jak restauracje czy kina.

To nie wszystko. W ocenie Andrzeja Gantnera, dyrektora generalnego Polskiej Federacji Producentów Żywności, ustawa będzie oddziaływać na tzw. czynności okołosprzedażowe – czyli pakowanie, butelkowanie, magazynowanie, wysyłanie do centrów logistyki – czyli wszystko to, co odbywa się w centrach logistycznych. W myśl zapisów projektu, nie będą one mogły pracować w niedziele. Oznaczać to może wzrost cen oraz szereg problemów związanych z zarządzaniem tymi dostawami. Dla przykładu – utrudnione lub niemożliwe będzie zaopatrywanie sklepów w poniedziałek.

Wnioski z Niziny Węgierskiej

Lobby handlowe dokłada wszelkich starań, by projekt „Solidarności” wylądował w śmietniku. Jako argument podaje klęskę podobnych ograniczeń wprowadzonych w marcu 2015 na Węgrzech. Zostały one zniesione po upływie zaledwie roku. Powinno to przemówić chociaż do części działaczy PiS-u, którzy zapatrzeni są w politykę prowadzoną przez Victora Orbána. Węgierskie doświadczenia pokazują, że niechęć w społeczeństwie do zakazu handlu w niedziele szybko wzrosła po jego wprowadzeniu – znaczna część obywateli skarżyła się na utrudnienia w robieniu zakupów w dni powszednie (tłumy w sklepach, problem ze znalezieniem miejsca parkingowego). Aby zrekompensować mniejsze dochody z tytułu utraty jednego dnia handlowego, na Węgrzech wydłużono godziny pracy.

Ostatecznie postanowiono wycofać się z tych regulacji. Głosowanie nad abolicją w kwietniu 2016 r. przebiegło prawie jednogłośnie – przeciw było jedynie 2 spośród 199 deputowanych. Mimo wzrostu niezadowolenia społecznego, nastąpiły także korzystne zmiany – drobny handel zanotował wzrost obrotów o 5,6 proc. Zakaz dotknął najmocniej wielkopowierzchniowe zagraniczne sieci handlowe, zatem klienci zaczęli częściej korzystać z małych sklepów, w większości nieobjętych zakazem.

Za zachodnią granicą

Inaczej dzieje się w Niemczech, Austrii i Szwajcarii. Istnieje tam zwyczaj Sonntagsruhe, czyli „niedzielnej ciszy”. Oznacza to, że w niedziele i święta zamknięte są wszystkie sklepy. Także w tygodniu działalność punktów handlowych wygląda inaczej niż w Polsce – zamykają się one przeważnie o godzinie 18.

Opisane zachowania wynikają z odmiennych nawyków konsumenckich. Trudno byłoby je przenieść na polską ziemię, biorąc pod uwagę przyzwyczajenia zapracowanych mieszkańców naszego kraju. W stwierdzeniu tym nie ma przesady – raporty Eurostatu plasują Polskę (średnio 42,2 h pracy w tygodniu) w rankingu najdłużej pracujących w Europie na czołowych pozycjach. Więcej od nas pracują jedynie Islandczycy, Turcy i Austriacy.
Warto zwrócić także uwagę na coraz popularniejszy trend liberalizacji ograniczeń handlu. Przykładowo we Francji utworzono już ponad 500 wyjątków od zakazu. Wśród krajów, które posiadają restrykcje, aż 15 w ciągu 10 ostatnich lat przeprowadziło proces rozluźniania prawa – czytamy w komunikacie Polskiej Rady Centrów Handlowych. Być może więc zupełna swoboda w decydowaniu o liczbie dni handlowych i wymiarze godzinowym pracy staje się niezbędnym wyznacznikiem nowych czasów.

Konsensus

Gdyby „Solidarność” przeprowadziła referendum w sprawie wprowadzenia omawianego zakazu w Polsce, z dużym prawdopodobieństwem by je przegrała – w końcu ponad połowa badanych w sondażu „Dziennika Gazety Prawnej” opowiedziała się przeciwko proponowanemu rozwiązaniu. W takiej sytuacji niezbędne staje się rozwiązanie, które będzie odpowiadało zarówno zwolennikom, jak i przeciwnikom ograniczeń. Piotr Szumlewicz – doradca Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych – proponuje ustalenie obligatoryjnych wyższych płac za pracę w niedziele – a dokładniej wypłat 2,5 razy większych niż w dni powszednie. Miałoby to uzasadnienie przy wprowadzeniu dodatkowej klauzuli pozwalającej pracownikom na brak zgody na pracę w niedzielę. Zachowane zostałoby wtedy ich prawo do odpoczynku, a w tym samym czasie osoby pragnące pracować i zarobić więcej, miałyby do dyspozycji taką możliwość.

Debata na temat zakazu handlu w niedziele w Polsce prędko nie ucichnie. Tym bardziej, że nie jest wiadome, kiedy ustawa ze wspomnianymi regulacjami miałaby ostatecznie wejść w życie. A nawet jeśli w jej wyniku sklepy zamkną swoje podwoje siódmego dnia tygodnia, konsumentom pozostaną przecież towary zamawiane online. Oczywiście jeżeli rząd nie zechce wprowadzić kolejnego ograniczenia, tym razem dotyczącego zakupów internetowych.