Uniwersyteckie pawie

Czasem słucham i patrzę, chłonę otaczającą rzeczywistość. Ostatnio zaczęłam dość krytycznie obserwować studenciaków prawa, ponieważ nasze drogi mimowolnie się krzyżują. Przypatrywałam się, słuchałam i zastanawiałam się: dlaczego oni tacy są?

Tekst: Kacper Motrenko

Młodzi, przystojni, zadbani, ze skórzaną teczką i szerokimi perspektywami. Z umysłami otwartymi, lecz krytycznymi. Z błyskiem w oku. Wdziękiem. Czarem. Ach, młodzi prawnicy! Wprawdzie jeszcze bez papierka, jeszcze bez skończonych studiów, ale ci chłopcy zdają się wślizgiwać w swoje prawnicze role niedługo po pierwszym roku. Podejrzewam, że kiedy stają przed lustrem, biorą głęboki wdech zachwytu i patrzą. Mierzą się wzrokiem i mimowolnie zaczynają układać mowy obronne czy oskarżające. Zawsze celne i obezwładniające wyimaginowanego oponenta.

Nie wiem, czy rzeczywiście tak robią, a jeżeli tak, to kiedy to robią, ale lubię sobie wyobrażać, że jest to ich poranna rutyna – przedłużenie codziennej toalety, tuż po umyciu zębów. Zachłystują się zachwytem, który już ich nie opuszcza w czasie uczelnianego dnia. Pasuje mi to jakoś do obrazu, który wita mnie dzień w dzień. Nadęci, nastroszeni – pawie Uniwersytetu Warszawskiego.

Poszukiwanie wzoru

fot. Elwira Szczęsna

Kiedy ostatnio szłam Oboźną, pod uniwersytecką skarpą przyuważyłam elegancko ubranego mężczyznę. Skrojony garnitur, koniakowe lotniki, nawet skarpety zdawały się współgrać z całą kompozycją. W dłoni trzymał smycz, na której końcu wiły się dwa pieski. Małe i białe, rasy nie pomnę. Jego uwagę absorbowała rozmowa telefoniczna, którą żywo prowadził, mnie absorbował cały on. Emanowała od niego pewność siebie i duma – gdzieś z tyłu głowy wiedziałam, że to właśnie duma prawnicza.

Być może to jego podglądają nie posiadających się z zachwytu nad sobą studenci prawa, którzy pokonują trasę od Lipowej do Auditorium Maximum między ćwiczeniami a wykładami, ich dwoma kluczowymi punktami dnia. Mimowolnie w czasie tych spacerów wychwytują (choćby i kątem oka!) tego mężczyznę. Szukają w nim oparcia, inspiracji, czegoś, co mogłoby zostać powtórzone. Zapominają jednak, że on już ten wydział ukończył, a jego kariera – prawdopodobnie błyskotliwa – już się rozpoczęła.

Królewicze Tindera

Nie jest tak, że teraz przybieram maskę krytycznej żurnalistki, której oko staje się bardziej przenikliwe niż kiedykolwiek. Dzieje się tak nawet kiedy odrzucam pióro na bok, chwytam w dłoń telefon i odpalam Tindera (broń Boże nie pytajcie czego tam szukam!). Przesuwam czasem w lewo, rzadziej w prawo i przeglądam, z mniejszym lub większym zaangażowaniem, profile chłopaków. Właściwie są to profile całego warszawskiego społeczeństwa: od narodowców, przez cichych studenciaków, którzy pierwszy raz zaznają życia w wielkim mieście, przez nażelowanych podrywaczy, lewicowych aktywistów i tych alternatywnych, ponad podziałami, aż po studentów prawa. Ci ostatni zazwyczaj są łatwo namierzalni.

Regułą jest, że zdjęcie profilowe mają w garniturze lub chociaż w smart casualowej marynarce. Dodatkowo wśród zdjęć znajdzie się przestrzeń na wyeksponowanie zegarka i na fotografię uliczną – symbol wiecznego zabiegania, prawie mistycznego korporacyjnego pędu. Opis mają raczej krótki, bez lekkiego dowcipu, tylko z przysadzistą bucerską pozą. Wysyłają jasny sygnał: hola, hola, niewinne dzieciństwo już się skończyło, czas na poważne życie: biznes, politykę, sukcesy i płacz przed egzaminem z prawa cywilnego. I całą tę błazenadę potem ciągną – brną w small talku i odbierają rozmówcy jakiekolwiek chęci na kontynuowanie konwersacji.

Zamiast czymś zaskoczyć, umilić jakoś czas, zaangażować czy pokazać coś nowego wikłają się w swoim przerysowaniu. Chyba czują się z nim dobrze. Kiedy tupią obcasem swoich zawsze wypastowanych butów, na pewno przyciągają spojrzenia. Ale dławiący śmiech i drwiącą nutkę mylą z podziwem. Co gorsza zjawisko to, które początkowo może wydawać się ciekawe – prowokować jakieś pytania socjologiczne, czy chociaż stanowić humorystyczny aspekt rzeczywistości – rozczarowuje, okazuje się bezdennie nudne.

Mongolski bezsens

Coś na co można spojrzeć z delikatnym uśmiechem politowania, kiedy obserwuje się to z zewnątrz, zaczyna męczyć wewnątrz tego środowiska. Znam tych ludzi i kiedy się z nimi witam, raczej darowuję sobie wymianę uśmiechów. Nie wiem, czy to oni są już tacy poważni, czy ja tak strasznie zrezygnowana. Wszyscy postanowili zagrać w tę beznadziejną grę. Niewolnicy prawniczego słownictwa i sztywnego kołnierza koszuli.

Ostatnio dowiedziałam się, że Mongolia, stepowe, śródlądowe państwo, ma marynarkę wojenną na jeziorze Chubsuguł w północnej części kraju. Składa się ona z jednego statku wyposażonego w karabin maszynowy i siedmiu żołnierzy. Brzmi przyjemnie absurdalnie, po dłuższej chwili zastanowienia zdaję sobie jednak sprawę, że to idiotyzm i reaguję tylko zrezygnowanym: ale po co?. I tak samo przyglądając się tym studenciakom, chłopcom jak malowanym, zaczynam dostrzegać ich sztuczność, ponurość, wreszcie niemożebną nudę i także zrezygnowana pytam: ale po co?.

  • haman

    Kto jest autorem tego tekstu – KM czy „żurnalistka”? Pewnie po prostu zdesperowany kulturoznawca, który nie zdecydował się jeszcze odnośnie płci.

  • nilus

    Bbbuuhahhaaa…. pokochałem autorkę tekstu…

  • opollo

    Szkoda, szkoda. Temat ma w sobie potencjał, niewątpliwie. Jednakże czytelnik musi sobie zadać to samo pytanie, które Autorka (Autor? – cóż niby znaczy „tekst:…” na początku artykułu?) stawia w ostatnim akapicie: „ale po co to?”. Dostrzegam tu realny problem nieobiektywnej krytyki, która nic za sobą nie niesie. Nieobiektywna, bo po wejściu na jakikolwiek wydział prawa w naszym kraju człowiek orientuje się, że jednostki o opisanej aparycji stanowią jedynie ewenement przyrodniczy – wielu studentów prawa dziwi im się tak samo, jak każdy postronny śmiertelnik. Krytyka, która nic nie niesie za sobą, bo jakiż jest cel tego artykułu? Naświetlenie pewnego problemu? Wgląd w społeczność akademicką? A może tylko ubranie w ładny erudycyjny ciuszek czyichś uprzedzeń? Chcę zaznaczyć, że krytyka tak dziwnych i irracjonalnych zachowań jest nam jak najbardziej potrzebna, a studenci prawa w garniturach pod muszką to zjawisko porażające mnie tak samo, jak autorkę, ale cała refleksja traci swój wdzięk w momencie, gdy przybiera formę krótkiego peanu pogardy i to ze względu na wygląd, cóż ironia… Aż jestem zdziwiony, że taki artykuł został opublikowany.

  • AP

    Pomysł na artykuł może i jest bo tak się składa, że na tym wydziale studiuję i pewnych rzeczy nie da się nie zauważyć. Tylko weź pod uwagę, że studiują tam różne osoby, niektórzy są normalni, a Ty ewidentnie wrzucasz wszystkich do jednego worka. Gdybyś był dobry w tym co robisz to spojrzałbyś na sprawę obiektywnie, a mnie po oczach razi od pierwszych słów Twoja zazdrość wobec takich elegancików. Szkoda, bo właśnie dzięki wystawianiu takich pochopnych opinii jak ta o Polakach mówi się źle…

  • Wujek Zenek

    Tekst jest niesłychanie sztampowy i eksploatuje chyba wszystkie stereotypy. Naturalne jest, że musiały się one skądś wziąć i nie narodziły się zupełnie bezpodstawnie, ale stawianie znaku równości między studentem prawa a bucem jest nie na miejscu. Oprócz tego, że tekst jest krzywdzący przynajmniej dla pewnej grupy studentów prawa, forsuje tezę, że garnitur (czy też smart casual) musi od razu implikować negatywne cechy charakteru. Sam często chodzę w koszulach, krawatach, etc. i nie czuję, by z tego tytułu przysługiwał mi jakiś dodatkowy bonus albo ujma – ot, to po prostu mój styl, w którym czuję się dobrze.

    A na koniec, warto zadać sobie pytanie, skąd Autor(ka?) czerpie tyle, we własnym mniemaniu trafnych, dogłębnych i niepodważalnych, obserwacji…