Words, words, words…

Nadużywamy emocji w mowie, ponieważ chcemy jak najdokładniej przekazać nasze uczucia.

fot. Elwira Szczęsna

Żeby mieć pragnienia, trzeba najpierw je nazwać. Dopóki nie nadamy czemuś imienia, dopóty nie istnieje. Tak przynajmniej głosił Lacan czy niektórzy strukturaliści. Może właśnie dlatego ludzkość upodobała sobie słowotwórstwo. Wszyscy jesteśmy pomysłowi, potrafimy wymyślić coraz to nowe wyrazy, które nie istnieją w klasycznych słownikach. Lubimy metafory, hiperbole, porównania; żyjemy w kulturze słownictwa ekspresywnego, silnie nacechowanego emocjonalnie. Film nie jest dobry – jest „superfajny” (chociaż rzadko zapiszemy to poprawnie, czyli łącznie). Egzamin nie był trudny, był „straszny”.

Nadużywamy emocji w mowie, ponieważ chcemy jak najdokładniej przekazać nasze uczucia. A te, jak widać, są coraz silniejsze. Nie widzimy przesady w publicznym głoszeniu, że jesteśmy „wkurzeni”, czy wręcz przeciwnie – „zakochaliśmy się” w nowym budżecie. Coraz częściej akceptujemy wulgaryzmy – widzimy w nich odpowiednią formę wyrażania siebie. Uczą nas tego media; niepokojące jest to, że pojawiające się w nich zarówno społeczne autorytety, jak i politycy używają potocznego słownictwa, a nierzadko nawet mowy nienawiści. Skoro taki język jest używany przez elity, to czemu my mamy mówić inaczej?

Władza od zawsze kształtuje język nie tylko poprzez nakazy czy zakazy, lecz także wtedy, gdy przeciwnicy przejmują jej słownictwo i wykorzystują do obśmiewania. Dzisiaj tę metodę stosuje opozycja, mówiąc o sobie prześmiewczo „komuniści i złodzieje”. O tym jak duży (a może „megawielki”?) wpływ na nasz język ma polityka, dowiedzieliśmy się dzięki słowom roku. Najpierw według redaktorów słownika oksfordzkiego była „postprawda” (post-truth). Jej definicją jest sytuacja, w której nie liczą się fakty, ale emocje używane, żeby kogoś do czegoś przekonać. Jak widać „kłamstwo” stało się już passé. W Polsce natomiast słowami roku według czytelników PWN-u stały się m.in. „pięćset plus”, „(czarny) protest”, „brexit”, „kobieta”, „ekshumacja”, a według sędziów językoznawców – „trybunał”. Wpływ polityki na nasze słownictwo z jednej strony świadczy o silnym zaangażowaniu w sprawy obywatelskie, z drugiej – ucieka nam piękno języka, jego autoteliczna wartość. Czyż nie równie piękne jak „brexit” są „świerzop” i „gryka”?

Kiedy Poloniusz pytał Hamleta, co widzi, królewicz odpowiedział: „Words, words, words”. Otaczają nas słowa. Język kreuje rzeczywistość, nasze słowniki wzbogacają się, bo powstają nowe rzeczy, zjawiska – trzeba je nazwać. To naturalne. Pytaniem pozostaje, czy jednak czasem nie warto z rozwagą używać słów, żeby ich nie nadużyć, bo kiedy wszystko jest „superhipermegaultrawspaniałe”, a w Polsce był już „pucz”, „zamach” i „dyktatura”, to co nam pozostało?

No votes yet.
Please wait...