Wybór należy do was

O Uczelni, rozwoju i wolności wyboru opowiada dr hab. Krzysztof Kozłowski, prof. SGH – pierwszy w historii Prorektor i posiadacz czarnego pasa karate, nagrodzony tytułem Inspiracji Roku.

fot. Elwira Szczęsna

Spodziewał się pan wyboru na prorektora ds. dydaktyki i studentów?

Nie. Gdy zaproponowaliście mi bycie na krótkiej liście kandydatów zgłoszonych przez elektorów studenckich, w dodatku obok prof. Tomasza Berenta, było dla mnie bardzo duże wyróżnienie. Przyznam, że ego mi urosło [śmiech].

W tym roku studenci uznali pana także za najbardziej inspirującego dydaktyka Studium Licencjackiego. Jaka jest najważniejsza myśl, którą chce pan przekazać podczas swoich wykładów?

Dbajcie o to, aby życie było ciekawe. Po moich doktorantach i kolegach po fachu widzę, że najbardziej wartościowe badania prowadzi się z ludźmi, którzy chcą od życia czegoś więcej niż tylko podążania utartą ścieżką. Tylko mając pomysł na siebie, możecie coś osiągnąć – albo z pomocą, albo bez pomocy SGH. Naszym zadaniem jest, aby wam to ułatwić i otworzyć oczy na szersze perspektywy.

Czy tych możliwości rozwoju nie mamy wręcz za dużo?

Stoicie przed niesamowitą wolnością wyboru. Dla obecnego pokolenia największym wyzwaniem jest odnalezienie siebie w tej właśnie swobodzie, weryfikowanie informacji. Wolność jest także wezwaniem do odpowiedzialności. Myślenia jeszcze nikt nam nie wyłączył, czasem wymaga ono jednak od nas trochę wysiłku.

A nie uważa pan, że nasze pokolenie za bardzo skupia się na sobie?

Jeśli mówimy o studentach SGH, to sami takich success-oriented people poszukujemy. Rzeczywiście atomizacja społeczeństwa może być zasmucająca, zwłaszcza kiedy chodzi o siłę więzów międzyludzkich. Co do ogółu możemy mówić, że jesteśmy bardziej introwertyczni i skupieni na sobie. Z drugiej strony jak spojrzymy na historię tego kraju, to egocentryków w naszej historii zawsze było całkiem sporo. Ktoś gdzieś kiedyś umierał za ten kraj, ktoś go też sprzedał, raz, drugi i trzeci.

Mówiliśmy tyle o wolności wyboru, a jednak zmniejszony został limit ECTS-ów.

To kwestia techniczna. Dotychczasowe limity wynikały z polityki Uczelni, ale prowadzonej przy braku zewnętrznych regulacji. Na wszelki wypadek dostawaliście więcej punktów, abyśmy mogli rozliczać studentom wyjazdy zagraniczne i różne kursy. W tej chwili to wszystko jest odgórnie uregulowane, ale co najważniejsze – dalej wliczone w pulę bezpłatnych ECTS-ów. Szkoda tylko, że o zmianie limitu nie rozmawialiśmy wcześniej. Wiem, że informacja o zmniejszeniu puli ECTS-ów na przedmioty wolnego wyboru z 30 na 6 was zaskoczyła i muszę tutaj uderzyć się w pierś, że może coś mi w tym czasie umknęło. Powinienem się zorientować w tej kwestii wcześniej i w odpowiednim czasie z wami porozmawiać. Problem ECTS-ów to sprawa głównie komunikacyjna, studenci na tych zmianach nie stracą. Zaznaczę też, że nie jest to wina pana Bogdana Marka [Przewodniczącego Samorządu Studentów SGH – przyp. red.].

A czy nie uważa pan, że według obecnych regulacji administracja uczelni jest za bardzo zbiurokratyzowana?

Wiadomo, że studenci są zainteresowani przede wszystkim kształceniem, a nie kwestiami regulacyjnymi, a my się bardzo często musimy nimi zasłaniać w ostatnim czasie. Ale na przykład udało nam się usprawnić proces rekrutacji na studia licencjackie i magisterskie.

Również nowy regulamin studiów będzie wymagał dużej pracy wdrożeniowej. Jest w nim parę nowych regulacji: w tym także takie, które są korzystne dla studentów, jak możliwość rezygnacji z jednego przedmiotu czy egzamin magisterski, którego forma została zmieniona z przedawniającego się ustnego na pisemny. Część z nich została wprowadzona na wniosek studentów, a wszystkie zostały skonsultowane z Samorządem.

Skoro jesteśmy przy zmianach, to jakich argumentów użyłby pan, by przekonać sceptyków do egzaminów wstępnych?

Bariera wejścia zawsze podwyższa wartość i ocenę osób, które tę granicę przekroczyły. Egzamin wstępny został od razu pozytywnie odebrany przez naszych partnerów korporacyjnych. To według nich dobra weryfikacja osób, wśród których poszukuje się przyszłych pracowników, a poza tym uniwersalne sprawdzenie umiejętności wszystkich studentów SGH.

Wobec tego jak ocenić poziom samej Uczelni? W rankingu Perspektyw zajmujemy 1. miejsce wśród polskich uczelni ekonomicznych, a w Europejskim Rankingu Szkół Biznesowych dopiero 83. pozycję.

Jak już wspominałem, wyzwaniem dla waszego pokolenia jest weryfikacja informacji. Zawsze można stworzyć ranking, w którym SGH będzie bardzo wysoko albo bardzo nisko. Wszystko zależy od tego, jakie zmienne weźmie się pod uwagę.

Według których zmiennych SGH byłaby wysoko w rankingu?

Na pewno byłyby to jakość kadry oraz poziom umiędzynarodowienia studentów. Kategorią, w której wypadamy najlepiej, są losy absolwentów. Bez problemu odnajdują się oni na rynku pracy. Naszymi słabymi stronami jest za to niski stopień umiędzynarodowienia kadry i dostępu do technologii.

Niektórzy studenci SGH mają jednak złą opinię o uczelni. Tłumaczą to brakiem zaangażowania wykładowców i niskim poziomem prowadzenia wykładów. Jak pan to ocenia?

Fakt, że przyjęto mnie na SGH i to, że mogę tu pracować, uważam za awans i wyróżnienie. Jeśli chodzi o tego typu zarzuty, to na każdej uczelni występują jakieś napięcia między wykładowcami a studentami. Jednocześnie, każda placówka publiczna ma zawsze specyficzne problemy z zarządzaniem. Nie jesteśmy instytucją prywatną, która może szybko reagować na zmiany, a te wprowadzane z zewnątrz są często niejasne. Jako Prorektor mogę powiedzieć, że staramy się pobudzić kadrę do prowadzenia jak najbardziej otwartej formuły edukacyjnej i wychodzenia naprzeciw studentom. Uważam jednak, że powinniśmy przede wszystkim postrzegać siebie jako wspólnotę. Relacja akademicka to nie jest tylko jednostronny wykład ex cathedra. Te czasy już dawno minęły, a na dobrych uniwersytetach nigdy takich praktyk nie stosowano. Musimy też pamiętać, że to my tworzymy obraz uczelni. My – studenci, absolwenci, wykładowcy, administracja – powinniśmy się nią chwalić, a nie podkreślać jej słabe strony.

Reagując na te zmiany, musi pan często działać razem z Samorządem Studentów. Jak ocenia pan dotychczasową współpracę?

Absolutnie nie mam na co narzekać. W przypadku ECTS-ów nie chciałbym, żeby winą byli obciążani studenci – to kwestia w głównej mierze mojej odpowiedzialności za to, że zabrakło komunikacji. W ocenie rocznej zawsze wytyka się potknięcia, ale zwróćmy uwagę, jak wiele wprowadził Samorząd: wspomniana możliwość rezygnacji z wybranego przedmiotu w trakcie studiów czy nowe projekty – jak Dni Adaptacyjne.

W trakcie występu na TEDxSGH pokazywał pan swój czarny pas karate będący dla pana symbolem bezrefleksyjnego podążania za laurami. Co jest takim czarnym pasem dla studentów SGH?

Przy takiej różnorodności wyborów, jakie podejmujecie, nie jestem w stanie powiedzieć, czym może być dla każdego z was. Najważniejsze jest jednak, żebyście sami byli w stanie wyznaczyć swój cel. Jak tłumaczyłem na TED-zie, osobiście dałem się w pewnym momencie oczarować wymogom zewnętrznym. Zamiast cieszyć się tym, co robię, szukałem kolejnych wyzwań. Stąd moja uwaga – nie róbcie niczego tylko po to, żeby móc zawiązać sobie pas na biodrach. Pamiętajcie, że to wy coś osiągacie – nie ktoś lub coś, co was za to wynagradza. Nie certyfikat, nie wykładowca, nie przełożony.

A na przykład praca? Studenci SGH bardzo często stawiają ją jako swój nadrzędny cel. Nie uważa pan, że w takim razie za wcześnie idziemy do pracy?

Jako realista nie mogę tego skrytykować. W tej chwili presja społeczna każe podejmować pracę jak najszybciej i musimy brać to pod uwagę. Z drugiej strony SGH to nie szkoła zawodowa. Mogę was tylko zachęcić, żebyście jak najdłużej korzystali ze studiów – to w dłuższej perspektywie zapewnia możliwość większej swobody wyboru. Przekonajcie się sami, że wszystko można robić inaczej, niż się wydaje na pierwszy rzut oka.

Nawet gdybyśmy chcieli, to tendencje na rynku sugerują, że w przyszłości będziemy zaczynać pracę jeszcze wcześniej.

Myślę, że zmieni się status pracy jako takiej – ze względu na zastępowanie ludzi maszynami pozyskany zawód może stać się swego rodzaju wyróżnieniem albo wręcz towarem deficytowym. Na sam rynek patrzcie z perspektywy własnych umiejętności, a nie pracodawcy. Powinno wam zależeć na jak największej elastyczności, żebyście mogli w przyszłości robić to, co chcecie.

Skoro jesteśmy przy przyszłości, to jak wyobraża sobie pan szkolnictwo wyższe w roku 2050?

Największą zaletą studiów jest poszukiwanie, otwarcie się na różne nurty i poglądy. Umiejętności twarde, które wydają się trwałe, są tak naprawdę bardzo podatne na przedawnienie. Najważniejsze jest to, co wypracujecie w sobie. Jeszcze macie tę swobodę, możecie z niej korzystać. Potem przyjdzie praca, rodzina i będziecie mieli mało czasu na myślenie.

Jeśli chodzi o szkolnictwo wyższe – jego trzonem przez wieki była swoboda używania własnego umysłu i własnego serca i tutaj nic się nie zmieniło. Mam nadzieję, że tak jeszcze pozostanie. Pytaniem jest, czy technologie, które nas otaczają, nie zaczną modelować naszych ambicji, zanim zdążymy je w sobie wykształcić. Tym bardziej więc warto się bić o to, żeby uczyć was umiejętności wyboru, dostrzegania alternatyw. 0