Nie ma lekko!

Zajęcia na uczelni mogą być cenne zarówno dla studenta, jak i dla prowadzącego je wykładowcy. O zaletach pracy dydaktyka, trudnej organizacji czasu oraz o tym, co łączy naukę z muzyką, opowiada dr Grzegorz Koloch, laureat plebiscytu Inspiracja Roku 2017 w kategorii Studium Magisterskiego.

MAGIEL: W SGH wykłada pan dopiero od kilku lat. Mimo to, spośród licznego grona dydaktyków, to właśnie Pana studenci wskazali jako swoją inspirację. Zdradzi nam Pan, jaką metodę prowadzenia zajęć stosuje?

DR GRZEGORZ KOLOCH: Może nie powinienem mówić tego wprost, ale nie mam żadnej strategii. Wręcz przeciwnie – często jest tak, że dopiero tuż przed wykładem robię sobie krótkie podsumowanie tego, o czym chcę mówić. Nigdy nie planuję jednak, jak będę o tym opowiadać. Kiedy wykładam, w pewnym sensie odcinam się od rzeczywistości. Nie do końca kontroluję, co i w jaki sposób mówię – to się dzieje absolutnie automatycznie. Lata temu uwielbiałem grać na pianinie, to było to dla mnie odskocznią, źródłem ogromnej przyjemności. Potrafiłem wrócić do domu i mimo zmęczenia siedzieć do czwartej, piątej nad ranem i grać. Teraz podobnego rodzaju wrażenia docierają do mnie podczas prowadzenia zajęć dydaktycznych. Mówię to bez cienia kokieterii, tak naprawdę jest. Sprawia mi to niekłamaną przyjemność.

Grunt to spontaniczność?

Określona partia materiału musi zostać omówiona. Nie staram się jednak wkładać tego w sztywne ramy, wtrącam luźne dygresje. W moim mniemaniu wykłady nie są po to, żeby przekazać wiedzę faktograficzną. Od tego są podręczniki, obecnie mamy też dostęp do cyfrowych zasobów. Tego typu informacje możemy sobie przyswoić w domu, siedząc wygodnie z kubkiem kawy i w ciepłych skarpetach. Wykłady mają za zadanie wskazać kierunek poszukiwań. Przedstawić, na dosyć wysokim poziomie abstrakcji, czym zajmuje się dana dziedzina i jakie pytania pozostają w niej otwarte.

Podobno potrafi pan tłumaczyć rzeczy zawiłe w zrozumiały sposób.

Moim zdaniem jeżeli ktoś coś rozumie, to potrafi opowiadać o tym w sposób prosty. To również weryfikator, który w stosunku do słuchaczy stosuje kadra dydaktyczna. Kiedy student zaczyna mówić o jakiejś metodzie naturalnie, instynktownie, a nie tylko przedstawia sformalizowany opis jej przejścia od punktu do punktu, to od razu widać, że on to rozumie. Jak na papierku lakmusowym.

W rozmowach z kolegami zajmującymi się pracą naukową często posługujemy się skrótami myślowymi, nie tłumacząc sobie rzeczy podstawowych, ponieważ te mamy już w kanonie. Natomiast wy, słuchacze, w jakiś magiczny sposób potraficie o rzeczach, których się uczymy, myśleć niesamowicie out of the box. Zadajecie pytania, które mi nigdy nie przyszły do głowy i rzucacie na sprawy zupełnie nowe światło. Zwłaszcza gdy spotykam się z dyplomantami, jestem wręcz bombardowany tego typu insightem.

Na czym polega wyjątkowość pracy z dyplomantami?

Bardzo ważnym elementem jest dla mnie współbycie, spotykanie się ze studentami. Na wykładzie zawsze jest dość szerokie grono. Można nawiązać jakąś relację, która do pewnego stopnia ma charakter intymny – w końcu na zajęciach od razu widać, czy ludzie patrzą po ścianach, czy zachodzi jakaś interakcja. Ale to w relacji tête-à-tête, jak na seminarium dyplomowym, dowiaduję się niesamowicie ciekawych rzeczy. Jesteście przecież już dorosłymi ludźmi. W obszarach waszych specjalizacji jesteście zapewne większymi ekspertami niż ja. Nie dalej jak wczoraj rozmawiałem z dyplomantem, który jest srebrnym czy złotym medalistą w brydżu sportowym i parę dni wcześniej wrócił z mistrzostw Europy. Dla kogoś, kto tak jak ja lubi czasem pograć w brydża, mieć możliwość porozmawiania o tym z mistrzem to fantastyczna sprawa. Jest dla mnie źródłem niesamowitej satysfakcji, ile osób zgłasza się do mnie z pytaniem o promocję pracy dyplomowej, licencjackiej czy magisterskiej.

Podczas studiów w SGH pan również stanął przed wyborem promotora. Kto nim został?

Chyba mogę to powiedzieć. Był to mój mentor, mistrz i nauczyciel – prof. Tomasz Szapiro. Wiem, że to duże słowa, ale faktycznie tak jest. To Profesor najbardziej, poza rodzicami, ukształtował mnie na płaszczyźnie dydaktycznej i to jemu najwięcej zawdzięczam w związku z pracą naukową. Pod jego okiem pierwszy raz współtworzyłem publikację naukową. Żebym mógł do niej kontrybuować, profesor Szapiro musiał wcześniej spędzić ze mną mnóstwo czasu i wiele nauczyć. Stanowiło to dla mnie wtedy duże przeżycie.

Zawsze uważałem się za szczęściarza, bo na swojej drodze bardzo często spotykałem ludzi mądrych, wartościowych i życzliwych zarazem. Jeżeli studenci uważają, że ja ich inspiruję, to postrzegam to raczej jako przekazywanie krok dalej inspiracji, której sam podlegam.

Kto, oprócz profesora, stanowił dla pana źródło inspiracji?

Na studiach udzielałem się w Kole Naukowym Analiz Ekonomicznych, które prowadził prof. Jakub Growiec. Wiele się od niego nauczyłem. Fantastycznych ludzi spotykałem również w Narodowym Banku Polskim. Przez trzy lata dzieliłem pokój z prof. Rubaszkiem, dyrektorem mojego Biura był prof. Brzoza-Brzezina, współpracowałem z prof. Kolasą i prof. Makarskim. Osoby, o których mówię, to przecież gwiazdy młodego pokolenia polskich ekonomistów. Od samego początku, jeszcze w czasach studenckich, inspirowali mnie koledzy i koleżanki z Zakładu Wspomagania Analizy i Decyzji, dużo nauczyłem się od prof. Bogumiła Kamińskiego, którego bystrość umysłu potrafi być onieśmielająca. Czuję się zaszczycony, że mogę z nimi pracować.

W świecie nauki każdy potrzebuje mentora?

Być może niektórzy rodzą się geniuszami. Być może nie potrzebują wzorców, bo od początku mają je w głowie. Nie wiem, w każdym razie ja takim typem nie jestem. Dotyczy to również zarówno pracy zawodowej, jak i czy ogólniej – życia. Jak jesteśmy młodzi, często odrzucamy rady innych osób. Powody są różne. Niezmiernie trudno jest przecież inkorporować coś do siebie głęboko, jeżeli sami tego nie doznaliśmy. Dopiero z czasem zdajemy sobie sprawę, że nie tylko my żyjemy i się uczymy, ale inni ludzie też. I na pewno korzystanie z pomocy osób z większym bagażem doświadczeń jest sposobem skrócenia czasu na dojście do określonego poziomu. Umiejętność czerpania z doświadczenia innych ludzi to jedna z ciekawszych cech, które nabywa się z upływem lat.

Jakie błędy dostrzega pan u swoich studentów?

Nie jestem jeszcze w takim wieku, żeby wytykać błędy osobom trochę młodszym od siebie. Mogę się przyznać, co z perspektywy czasu samemu sobie poczytuję jako błąd. Na studiach dosyć często odpuszczałem te zagadnienia, które mnie nie interesowały. Potem musiałem bardzo dużo nadrabiać. To dosyć częsta praktyka i pewnego rodzaju pułapka. Dla większości ludzi okres studiów jest bowiem ostatnim, w którym mogą w miarę bezkarnie poświęcić dużo czasu na naukę. Potem, jak się idzie do pracy, jest go drastycznie mniej. Nawet jeśli staniemy się wybitnymi specjalistami w naszej dziedzinie, to będziemy konkurować z innymi wybitnymi specjalistami. I wtedy wśród nich znajdą się ludzie, którzy widzą analogie. Którzy zawczasu naładowali trochę więcej baterii i potrafią spojrzeć na problemy holistycznie.

Czy to znaczy, że na studiach powinniśmy skupić się na budowaniu bazy teoretycznej, a pracę zawodową odłożyć na później?

Na pewno nie jest dobrym pomysłem odłożyć naukę na boczny tor i zająć się wyłącznie pracą. Bo w takim przypadku po co iść na studia in the first place? Na rynku pracy stoimy jednak na dwóch nogach. I ta „noga” związana z doświadczeniem jest ważna. Z jednej strony, ona daje nam odpowiedni signalling. Zmniejsza asymetrię informacji między nami a pracodawcą, którego interesuje, gdzie i przy jakich projektach pracowaliśmy w przeszłości. Ponadto, dzięki doświadczeniu, uczymy się na zasadzie learning by doing. W praktyce wykorzystujemy to, co od strony teoretycznej poznaliśmy na uczelni. Może nie jest to szczególnie pocieszająca konstatacja, ale po prostu trzeba znaleźć czas na jedno i drugie. Co więcej – jedno i drugie utrzymać na odpowiednio wysokim poziomie. Nie ma lekko!

Łączy pan pracę naukową i dydaktyczną z pracą w firmie analitycznej, wcześniej pracował pan w Narodowym Banku Polskim. W jaki sposób organizować sobie czas, żeby pogodzić wiele zajęć?

Jestem ostatnią osobą, którą powinno się o to pytać. Odpowiem krótko: wstawać wcześniej, chodzić spać później i spać szybciej. Ale też nie dać się zwariować. Każdy musi mieć swojego rodzaju odskocznię. Ja jestem uzależniony od jednej rzeczy. I to poważnie uzależniony. Tą rzeczą jest kontakt ze znajomymi. Uwielbiam pogadać z bliskimi osobami. Spotkać się na kolację. To nie musi być bardzo absorbujące czasowo. To może być godzinka, dwie. Ale nie potrafię żyć bez takiego luźnego, swobodnego kontaktu z najbliższymi mi osobami. Oprócz tego staram się znaleźć czas na czytanie.

Co pan czyta?

Kilkanaście książek równolegle. Być może nie powinienem się przyznawać… Przez całą szkołę średnią nie przeczytałem ani jednej lektury. Czytałem takie książki jak Wprowadzenie do algorytmów, to tak zwana „szara biblia” dla programistów. Coś się we mnie zmieniło na pierwszym, drugim roku studiów. Chyba zacząłem to sobie rekompensować. Obecnie czytam dużo beletrystyki, literatury pięknej. Uwielbiam poezję. Jest taki fantastyczny fragment w La Vita Nuova Dantego: The first three hours of night were almost spent… Nie znam włoskiego, ale zaczytuję się w angielskich tłumaczeniach Sonetów do Laury. Annę Kareninę przeczytałem w tym roku chyba po raz trzeci.