Praktyka parzenia kawy

Kwestią sporną jest, czy studia przygotowują do pracy zawodowej. Szansę na weryfikację wiedzy akademickiej mają dać studentom praktyki i staże. Wydaje się jednak, że często zamiast wiedzy pozostawiają jedynie złe wspomnienia i niesmak.

graf. Aleksandra Czerwonka

Parzenie kawy i kserowanie dokumentów podczas praktyk to już niemal tradycja. W wielu przypadkach legenda znajduje potwierdzenie w rzeczywistości i studenci, którzy mieli uczyć się zawodu, zajmują się wynoszeniem śmieci i sprzątaniem. Niektórym praktykantom udaje się jednak trafić w miejsce, gdzie zostają przydzieleni do zadań, które faktycznie odzwierciedlają ich wymarzone obowiązki. Nawet wtedy nie oznacza to, że wszystko przebiega tak, jak powinno.

W słusznej sprawie

Byłam chyba na trzecim roku studiów i szukałam jakiegoś zajęcia na wakacje. Studiuję psychologię, ale zależało mi na czymś związanym z mediami i PR. Znalazłam na stronie NGO ogłoszenie pewnej fundacji. Było to to, czego chciałam, dodatkowo mogłam działać w słusznej sprawie, bo zespół miał się zajmować pozyskiwaniem funduszy.

Tak zaczyna się historia Sandry, która od praktyk oczekiwała naprawdę wiele. Nie zależało jej tylko na wyrobieniu wymaganej liczby godzin, lecz także na tym, by rzeczywiście się czegoś nauczyć. Fundacja wydawała się instytucją, która przy okazji pomagania ludziom, daje możliwość poszerzenia swojej wiedzy i umiejętności. Wynagrodzenie oferowane w ogłoszeniu było dla studentki dodatkową zachętą. Okazało się jednak, że placówka nie dysponowała środkami na zapłacenie stażystom i ostatecznie praktykantka pracowała w ramach wolontariatu.

Już pierwszego dnia spotkało ją duże zaskoczenie. Kompletnie zdziwiona asystentka poinformowała szefową, że przyszłam na rozmowę. Ta kazała jej ze mną porozmawiać. Dziewczyna była bardzo uprzejma, ale nie wiedziała, o co mnie pytać. Szefowa zapomniała powiedzieć, że przychodzę, a sama nie chciała przeprowadzić ze mną rozmowy. Powinnam była wtedy zrezygnować, ale pomyślałam, że chociaż spróbuję. Rozczarowujące dla studentki było także to, że szefowa właściwie nie zajmowała się swoimi obowiązkami, pojawiała się w pracy późno, a w niektóre dni wcale jej nie było. Kiedy jednak się pojawiła, nie wychodziła ze swojego gabinetu. Jedyną odpowiedzialną osobą okazała się asystentka szefowej – próbowała zapanować nad bałaganem w dokumentach i bazach danych. Jednak jedna osoba to za mało, aby zmierzyć się z zarządzaniem tak dużą instytucją.

Czara goryczy przelała się, gdy fundacja organizowała galę. Wszystko przygotowywane było na ostatnią chwilę. Sandra wraz z inną wolontariuszką musiała zrobić właściwie wszystko – rozwieźć zaproszenia, które same wcześniej wypisywały, pozyskać firmy, które zapewniłyby tort i posiłki na uroczystość. Zajęły się również wyszukiwaniem numerów do takich instytucji, ponieważ bazy fundacji były nieaktualne, a szefowa nie potrafiła wskazać żadnej firmy, która była za to odpowiedzialna w poprzednich latach.

Nie przeszkadza mi praca, nie jestem tylko w stanie zrozumieć takiego poziomu pogardy dla ludzi, z którymi się pracuje. Zero wsparcia, zero motywowania, „zatrudnianie” wolontariuszy niemal na pełen etat, bo nie ma pieniędzy, aby zapłacić pracownikowi. I najgorsze – żadnego zainteresowania tym, co dzieje się w miejscu, któremu się szefuje. Praktyki zwykle kończą się na nauce obsługi ksera, ale ważne jest podejście – kserować mogę godzinami, jeśli tylko przy okazji podejrzę pracę osób, które są w „branży” od lat. Myślałam, że zobaczę, jak wnioskuje się o dotacje czy pisze programy kampanii promocyjnych. Nic z tego nie miało miejsca, bo tam po prostu nic się nie działo – podsumowuje Sandra.

Znikający szef

Sił w branży PR próbował też Adam, student filologii polskiej. Fundacja managerska, w której miał zajmować się wizerunkiem firmy i wyszukiwaniem najświeższych informacji, sama zaoferowała Studenckiemu Kołu Krytyki Medialnej przyjęcie chętnych studentów na zdalne staże. Zgłosiłem się, bo chciałem odbyć 40 godzin obowiązkowych praktyk na III roku, a później skupić się na poważniejszym stażu – opowiada.

Gdy wszystkie dokumenty zostały podpisane, przyszła pora na pierwsze zadanie. W tym czasie praktykant kilka razy konsultował się z przełożonymi. Wtedy jeszcze nie było problemów z kontaktem, które pojawiły się podczas wykonywania kolejnych powierzonych mu obowiązków. Wziąłem się za drugie zadanie, jednak je przerwałem, ponieważ pani prezes przestała odpowiadać na moje wiadomości. Każda próba kontaktu z nią kończyła się fiaskiem. Nie skończyłem i nie wysłałem drugiego tekstu, bo stwierdziłem, że to i tak nie ma sensu. Nawet wtedy nikt się ze mną nie skontaktował. Po jakimś czasie teksty, które napisałem w ramach pierwszego zadania, zostały opublikowane bez mojej wiedzy i pod nie moim nazwiskiem na stronie www oraz na Facebooku.

Historia ta nie ma dalszego ciągu, student nie podjął walki o prawa do tekstu, który był jego autorstwa.

Szkoła cierpliwości

Czasami zawodzi nie tylko instytucja, w której odbywane są praktyki, lecz także uczelnia. Studentka filologii polskiej, Justyna, znalazła się w sytuacji, w której zabrakło wsparcia z obu stron. Miałam do zrobienia 40 godzin lekcyjnych praktyk glottodydaktycznych, w ramach których prowadzi się zajęcia z języka polskiego dla obcokrajowców. Ponadto mieliśmy 120 godzin praktyk w szkole podstawowej. Nie dostaliśmy na to żadnych wolnych dni, a zajęcia na uczelni mieliśmy właściwie codziennie. Dopytywaliśmy o te praktyki glottodydaktyczne na uczelni, bo nie wiedzieliśmy, czy mamy je sami organizować, czy oni nam je załatwią. Koordynatorka specjalizacji zapewniła nas, że wszystko załatwi, że będzie dużo opcji. Chciałam zacząć praktyki od grudnia, ostatecznie dowiedzieliśmy się, że jest to możliwe dopiero na początku kwietnia – opowiada.

Pomimo wcześniejszych zapewnień, studenci zostali skierowani do fundacji, w której mieli odbyć praktyki, prawie miesiąc po planowanym terminie. Jej pracownicy traktowali ich z góry. Odnosiło się wrażenie, że opiekują się nimi jedynie z przymusu. Cały czas ktoś miał z nimi jakieś nieprzyjemności. Lektorki były też źle poinformowane – miały podpisywać kartę, że byliśmy na tych lekcjach, tymczasem jedna z nich powiedziała, że nie dostała takiej dyspozycji, więc niczego nie podpisze. Musiałam zatem prosić inną, by jej o tym powiedziała.

Justyna chciała nauczyć się podczas tych zajęć jak najwięcej, dlatego poprosiła przydzieloną jej mentorkę o dodatkowe zadania. Zapytałam w mailu, co mogłabym jeszcze zrobić. W wiadomości zwrotnej napisała mi, że nie ma pomysłu, co mogłabym przygotować; że po prostu nie wie. Ostatecznie studentka miała stworzyć prezentację na temat państw, z których pochodzili poszczególni uczestnicy obserwowanych przez nią zajęć. Miała być ona przedstawiona na pikniku organizowanym przez fundację. Gotowy projekt został zaakceptowany przez mentorkę, praca nie została jednak wykorzystana. Powiedziałam opiekunce, że jest mi przykro, bo pracowałam nad tym kilka godzin, a ona na to, że przynajmniej dowiedziałam się czegoś o Wietnamie. Zabrzmiało to niepoważnie, szczególnie że za miesiąc miałam obronę pracy licencjackiej. Opiekunka wymagała także przeprowadzenia ćwiczeń logopedycznych. Studentka nie chciała się na to zgodzić, ponieważ nie jest od tego specjalistką i nigdy się tym nie zajmowała. Doprowadziło to do zaostrzenia konfliktu z mentorką i pogorszenia atmosfery w pracy. Co chwilę pojawiały się jakieś problemy. Pytałam o wszystko na bieżąco, a później dowiadywałam się, że jednak tak nie może być i te godziny praktyk się nie liczą. W końcu naprawdę bardzo się zdenerwowałam i poszłam po pomoc na uczelnię – kontynuuje swoją opowieść studentka.

Justyna była przenoszona od osoby do osoby. Dowiedziałam się, że nie zaliczą mi nadprogramowych godzin, które wyrobiłam, a ponadto, że według pracowników fundacji jestem leniwa, niechętna do współpracy, a prezentację zrobiłam nie na temat. Od pozytywnej oceny praktyk zależało to, czy podejdę do obrony pracy, a wiedziałam, że mentorka kłamie na temat mojego zaangażowania. Brak wsparcia uczelni sprawił, że sytuacja stała się szczególnie przykra i frustrująca. Studentka mówi, że mimo trudności, jakie spotkały ją podczas odbywania praktyk, nauczyła się bardzo dużo. Ostatecznie jednak udało jej się zaliczyć je na czas i zakończyć studia w planowanym terminie.

Zderzenie z rzeczywistością

Nie zawsze jest jednak tak, że praktyki rozczarowują, bo są źle zorganizowane lub niczego nie uczą. Wybierając dany kierunek studiów oczekujemy, że związana z nim praca będzie ekscytująca, dokładnie taka, jak to sobie wyobrażaliśmy. Rzeczywistość bardzo często okazuje się odmienna.

Tak było w przypadku Bartka, któremu udało się dostać na praktyki w lokalnej rozgłośni radiowej, skoncentrowanej na problemach miasta. Informacje prezentowane na antenie wymagały od zespołu newsroomu biegania po mieście i nagrywania różnych mniej lub bardziej ciekawych materiałów. Ja byłem szeregowym stażystą, do którego zadań należało przede wszystkim przygotowanie dźwięku, który był później wykorzystywany w serwisie informacyjnym – opowiada o swoich doświadczeniach. Codziennie rano otwierałem serwisy z wiadomościami lokalnymi i patrzyłem, co ciekawego dzieje się w mieście. Po wstępnej selekcji tematów wysyłałem propozycje do szefa newsroomu. Dziennie musiałem zrealizować dwa tematy. I tutaj przyszło pierwsze zaskoczenie. Moje propozycje często były odrzucane z prostego powodu: „to nie zainteresuje naszych słuchaczy”. Okazuje się, że tematy, które uznawałem za ciekawe, z perspektywy doświadczonego dziennikarza radiowego miały nikły potencjał antenowy. Słuchaczy serwisów informacyjnych interesowało raczej, na której ulicy są korki, a nie, co jest akurat w repertuarze teatru.

Jednym z pierwszych zadań Bartka było udanie się do biura Zarządu Tramwajów Miejskich i rozmowa z rzecznikiem prasowym na temat powstania nowej linii. Rozczarowujące dla niego było to, że osoba odpowiedzialna za dobry wizerunek zarządu po prostu otworzyła na swoim komputerze stronę internetową instytucji i przeczytała treść informacji prasowej. Była to jedna z wielu sytuacji, która sprawiła, że chłopak zmienił swoje zdanie o pracy w radiu. Rzeczywistość rozczarowała go, ale mimo to twierdzi, że nie żałuje podjęcia tych praktyk. Staż był momentami naprawdę bardzo przyjemny. Dzięki akredytacjom z mojej stacji mogłem wziąć udział w kilku ciekawych wydarzeniach, poznałem techniki pracy nad głosem. Nauczyłem się obróbki dźwięku, zobaczyłem, jak działa studio, zawarłem parę nowych znajomości. Staż w radiu to świetna przygoda, która pozwala również obalić pewne mity i zmienić wyobrażenia na temat mediów.

Zgaszony zapał

Brak odpowiedzialności pracodawcy, zrywanie kontaktu, konflikty i zderzenie wyobrażeń z rzeczywistością to tylko kilka z licznych problemów, z jakimi spotykają się młodzi ludzie na stażach. Jednak rozczarowanie wymarzoną pracą nie jest najgorszym, co może spotkać studenta podczas praktyk. Gorsze jest poczucie, że jego potencjał nie został wykorzystany i dałoby się zrobić więcej, gdyby tylko ktoś na to pozwolił. Brak możliwości wykazania się często sprawia, że zapał i chęci do angażowania się w jakiekolwiek aktywności gasną. Dobrze jednak pamiętać, że problem nie zawsze leży po stronie instytucji, w której podejmowane są praktyki. Nie zawsze też udaje się potwierdzić swoje oczekiwania względem wymarzonej pracy, co bardzo negatywnie wpływa na ogólną ocenę miejsca, w którym pracowało się przez ten czas. Zanim wyrobimy sobie zdanie na temat odbytych praktyk, warto zastanowić się, czego od nich oczekujemy.