Słodki październik

Dosłownie przed chwilą, z plecakiem wypełnionym słońcem, wspinałam się na jeden z tatrzańskich szczytów, a już muszę w pośpiechu gonić pociąg wiozący mnie ku przeznaczeniu. Jest nim, oczywiście, Uniwersytet Warszawski.

fot. Daniel Goławski

Powroty na zajęcia już dawno przestały mnie ekscytować, jeśli kiedykolwiek w ogóle to robiły. Myślami wciąż jestem bardziej „tam” niż „tu”, a bezwzględna tutorka od progu domaga się gotowego tematu pracy rocznej. Na nic tłumaczenia, że wakacje, że to dopiero początek października. My, dumni studenci Uniwersytetu, powinniśmy być przygotowani na chłonięcie wiedzy zawsze i wszędzie.

Pierwszy dzień zajęć nie zawsze zaczyna się dobrze; częściej początek jest po prostu fatalny. Tak samo było w tym roku. Tramwaj wypełniony po brzegi ostatnimi tułaczami z odległych miasteczek i wsi jak zwykle nie przyjechał na czas. W ciężkich walizkach wiozą najpotrzebniejsze ubrania i słoiki wypełnione jedzeniem przygotowanym przez troskliwych rodziców. Niegościnna stolica będzie dla nich domem przez kolejne dziewięć miesięcy. O rodzinnych stronach w trudnych chwilach przypomną tylko te słoje, w akademikach i wynajętych mieszkaniach nie ma miejsca na rzeczy bardzo osobiste. W tym nieznośnym tłoku rodowitych warszawiaków przyjezdnych dotyka nagle poczucie osamotnienia i obcości. Wiem coś o tym, przecież także jestem nietutejsza.

Co ja robię tu?

Docieram na swój wydział, nie jest tak piękny i dostojny jak Kampus Główny, ale mimo to da się go lubić – wszak piękno jest względne. Korytarze zapełnione pierwszorocznymi, którzy nawet nie zdają sobie sprawy, jak bardzo im w tym momencie zazdroszczę, tylko oni mogą liczyć na odrobinę luzu. Ceną za to jest chaotyczne szukanie sal, które z jakichś powodów wcale nie są tak łatwe do zlokalizowania.

Wchodząc na aulę, wierzę jeszcze, że może pierwszy wykład nie będzie za bardzo merytoryczny; nie mam dziś siły na myślenie. Nie mogłam bardziej się pomylić. Prowadzący, którego prawdopodobnie większość zgromadzonych studentów pierwszy raz widzi na oczy, ledwo się przedstawił, a już sypie pojęciami, definicjami i terminami zaliczeń. Nie wiem, czy ktoś na sali nadąża za jego tokiem rozumowania. Koleżanka z prawej przysypia z głową na blacie, a sąsiad z lewej odpływa myślami chyba gdzieś w okolice Madagaskaru.

Cudem przeżywamy te niecałe dwie godziny. Zaczynam się zastanawiać, jak to możliwe, że wakacje naprawdę były tak krótkie. Trzymiesięczna przerwa minęła jak tydzień, kolejny raz zabrakło czasu na jakiekolwiek przygotowanie na zderzenie z uczelnianą rzeczywistością. I nie mam na myśli zakupu ślicznych zeszytów we flamingi, bo na to oczywiście znalazłam chwilę. Rzecz w tym, że mózg nadal odpoczywa na egzotycznej plaży, a nastrój postanowił dopasować się do tegorocznej październikowej pogody. Dziewczynie, która z zapałem szczotkuje zęby w wydziałowej toalecie, też widocznie zabrakło tego czasu. Na cokolwiek.

Druga strona medalu

Czuję się jak w innym świecie, choć na uczelni tak naprawdę niewiele się zmieniło. Złośliwy automat z kawą znów połyka komuś pieniądze, dając w zamian jedynie smutek i rozczarowanie.

Czy powroty na uczelnię naprawdę muszą być aż tak trudne? Wracamy w miejsce, w którym spędzamy średnio od trzech do pięciu lat, więc przydałoby się podejść do niego optymistycznie. Wróćmy do początku, zacznijmy ten wielki dzień jeszcze raz.

Tramwaj faktycznie się spóźnia, ale nie ma sensu przejmować się rzeczami, na które i tak nie mamy wpływu. Przez brudną szybę obserwuję poranny pośpiech ludzi na ulicach. Cieszę się chwilą, którą mogę spędzić ze swoimi własnymi myślami. Już niedługo przecież nie będę miała do tego zbyt wielu okazji.

Dojeżdżam na miejsce, po wejściu do budynku od razu pomagam wystraszonej młodszej studentce odnaleźć się w plątaninie uniwersyteckich korytarzy. Uśmiecham się do dawno niewidzianych znajomych i po trzech miesiącach siadam na swoim ulubionym miejscu na auli. Ktoś zapomniał długopisu, ktoś inny opowiada o wakacyjnych przeżyciach. Przypominam sobie, że tak naprawdę całkiem lubię tu wracać. I przyznam szczerze, że chyba nawet trochę tęskniłam.