Czasy dychotomii

Kiedyś panowało przekonanie, że jeśli ktoś opowiada o swoich uczuciach bezpośrednio, to znaczy, że jest słaby. Warszawski zespół Zwidy opowiada o motywacji, otwartości emocjonalnej oraz trwaniu w czasach korporacji.

MAGIEL: Chciałbym was zapytać o tag, który przykuwa wzrok na waszym Bandcampie [platforma do promocji muzyki – przyp. red.] – „korpo-punk”. Podejrzewam, że użyliście go humorystycznie, ale zastanawia mnie, czy jest w tym jakieś drugie dno.

KUBA KORZENIOWSKI: Ja zasugerowałem, że często członkowie zespołów, żeby nie wyjść na jakichś bardzo poważnych w swoich tagach, dorzucają coś nieoczywistego.

KRZYSZTOF SAROSIEK: Ale trzeba przyznać, że życie w korpo i ludzie, którzy tam pracują, to jest duża część tego, o czym śpiewamy.

KK: Wyprzedzając ewentualne pytania – chcemy w przyszłości trochę od tego odejść, żeby się nie okazało, że jesteśmy tacy na zawsze.

ARTUR KOSZAŁKO: Jak zakładaliśmy zespół, to nie ustalaliśmy, że będziemy dokładnie tak grać i o tym śpiewać, to wyszło dość naturalnie.

KS: To są po prostu rzeczy, które nas dotyczą.

AK: Dokładnie, jak ktoś przychodził przybity sytuacją w pracy, to sobie smutni razem siedzieliśmy i pisaliśmy akurat takie piosenki, ale to nie było szczególnie ugrane, nie jesteśmy Taco Hemingwayem niezalu [kalka z angielskiego – independent-indie, niezależny-niezal – przyp. red.]

KS: Ale skoro z tych czterech kawałków praktycznie każdy kręci się wokół życia w czasach korporacji, to ten tag trochę pasuje. Nie ma tu jednak żadnego ukrytego gatunku muzycznego. To nie jest tak, że zespoły korpo-punkowe grają tak, a nie inaczej.

KK: Myślę, że zaczną, jak już pokazaliśmy im drogę.

Wracając do tego, o czym wspomnieliście wcześniej, że to nie jest tylko korpo, lecz także kultura, która otacza pracę w korporacji – kawałki PolipCzęściej wychodzę z siebie niż ze strefy komfortu są nawiązaniami do coachingu. Ten temat często pojawia się w waszych rozmowach z bliskimi?

AK: Krzysiek i ja pracujemy w biurze, więc jakby nie patrzeć – jesteśmy na to narażeni. Obecnie coaching jest bardzo prześmiewczo traktowany, ale niewiele osób zdaje sobie sprawę, że coachowie i mówcy motywacyjni to dwie różne kwestie. Mój znajomy ostatnio powiedział, że coaching to jest taka współczesna religia dla osób niewierzących i mam wrażenie, że tak faktycznie stał się postrzegany. Żyjemy w dziwnych czasach, z jednej strony musisz mieć ciągle banana na twarzy, nie możesz pokazać, że jest ci przykro, bo to nie wypada, a z drugiej strony jest publiczne przyzwolenie na mówienie, że chodzisz do terapeuty.

Faktycznie jest w tym jakaś dychotomia. Tym bardziej że patrząc na mainstream, widzimy takich ludzi jak Drake, który wybił się dzięki położeniu nacisku na uczucia w swoich piosenkach, czy Childish Gambino, który parę lat temu wrzucił na swojego Instagrama zdjęcia kartek, na których wypisał swoje strachy i dręczące go niepewności – to na mnie zrobiło duże wrażenie.

KS: Szkoda, że postrzegamy to jako coś nadzwyczajnego, to powinno być normą. Niestety poprzednie pokolenia bardzo ukrywały takie rzeczy. Kiedyś panowało przekonanie, że jeśli ktoś opowiada o swoich uczuciach bezpośrednio, to znaczy, że jest słaby; jeśli ktoś chodzi do psychologa czy terapeuty, to jest wariatem. Myślę, że nasi dziadkowie i nasi rodzice byli w tym bardzo zakotwiczeni, bali się pracować nad swoimi problemami i przez to zrobili krzywdę też naszemu pokoleniu. To nasze pokolenie ma trochę większą świadomość, nie wiem, z czego to wynika – czy z internetu, czy właśnie z takich wspomnianych odważnych postaw różnych artystów, którzy nie boją się o tym mówić. Coś się w tym kierunku zmienia, dla mnie to jest świetna sprawa, natomiast uważam, że jest tego ciągle za mało. Nie uznaję takich działań za coś nadzwyczajnego, bo uważam, że to powinna być norma.

Przechodząc do samego brzmienia epki: jak sami opisalibyście to, co gracie? Gdybym pisał recenzję waszej epki, pewnie opisałbym was jako amalgamat American Football, wczesnego Fugazi i – może dlatego że ostatnio słuchałem Doolitle – Pixies.

KS: To są bardzo super porównania i absolutnie żadnego z nich nie mieliśmy na myśli podczas nagrywania epki. Byliśmy w zupełnie innych klimatach muzycznych, a wyszło z tego coś, co potem wszyscy zaczęli porównywać do zespołów z wyższej półki emo jak właśnie American Football czy Slint. To bardzo pochlebne opinie.

AK: Zrobiliśmy przypadkiem coś, co przypomina innym ludziom inne rzeczy. Często ktoś mówił, że jego zdaniem tym się inspirujemy, a ja dopiero wtedy poznawałem te zespoły. To zabawne, ale dzięki temu usłyszałem dużo kapel.

Dlaczego nazwaliście jedną z piosenek Zamiokulkas? Mam swoją teorię, ale chętnie dowiem się tego u źródła.

AK: Jak pewnie zwróciłeś uwagę, zamiokulkas jest rośliną występującą w każdym środowisku i bardzo często można ją znaleźć w nowych biurowcach, bo przystosowuje się do wszystkiego, można jej nie podlewać przez rok, a ona dalej będzie żyła. Z naszej strony tak to wygląda, przynajmniej tak to sobie wymyśliliśmy, że to jest symbol korporacji, ale nie jako miejsca pracy, tylko bardziej tego, co jest w głowie.

KS: To jest taki symbol ludzi, którzy tak samo potrafią się dostosować do każdego środowiska, chociażby właśnie do korpo, ponieważ są im potrzebne jedynie podstawowe składniki. Nie wiem, czy taki zamysł był na początku, bo pierwotnie nazwaliśmy tak sam motyw muzyczny, ale potem to sobie bardzo sprawnie dopasowaliśmy do tekstu i do teorii.

Co dla was oznaczają słowa z ostatniej piosenki „Chciałbym śpiewać, ale nie mam o czym”?

AK: Pewnie odczaruję tutaj wszystko, ale nie ma tu drugiego dna. Pod koniec piosenki chciałem o czymś zaśpiewać, ale nie miałem pomysłu na tekst. Powiedziałem to reszcie, a Krzysiek odparł, żebym tak zaśpiewał, no i zostało. Czytałem ostatnio jakąś recenzję naszej epki, która opisywała to jako coś ironicznego, a tak nie było, nie mieliśmy takiego zamysłu.

To trochę zawód, bo traktowałem ten tekst jako pogłębienie nihilistycznej atmosfery.

KK: Ten nihilizm trochę wynika z naszego stylu bycia, więc poniekąd tak jest, że tekst pokrywa się z tą atmosferą.

AK: Ale nie było to przemyślane, jakoś tak przypadkiem wyszło. Dobrze wpasował się w klimat kawałka, więc idealnie się wszystko składa.