Trzeba mieć styl

Moda to nie strojenie się. Dojrzałość to przygoda. O pasji do pierwszej i odkrywaniu drugiej opowiada Jaga Janik, autorka bloga Fashion 50 plus.

fot. Pola Chrobot Photopolka

MAGIEL: Moda. Co to jest w zasadzie moda?

Jaga Janik: Myślę, że to bardziej styl życia niż samo ubieranie się. Moda to nie znaczy założyć na siebie parę rzeczy. To znaczy interesować się trendami, tym, co wokół nas ładne. Moda bardzo łączy się z designem, bo ładna torebka nieraz jest dziełem sztuki. Moda to styl życia. Niektórzy mówią: interesuje się modą, to znaczy, że lubi, chce się stroić. Ale to nie o to chodzi. Interesować się modą to wiedzieć co nieco o projektantach, o tym, skąd się jakaś rzecz wywodzi. Nieraz zakładamy T-shirt nie wiedząc, skąd się wziął. Ktoś, kto się interesuje, wie. Moda to dużo więcej niż ubieranie się.

Jedne rzeczy są modne, a inne nie. Co o tym decyduje?

W obecnych czasach decyduje rynek. Nie wiem, czy dziś w zasadzie można powiedzieć, że coś nie jest modne – tyle jest trendów. Kiedyś, w latach 50., 60., trendy były znane. Można było odróżnić, co jest autorstwa Diora, co Balenciagi, a co jeszcze kogoś innego. W tej chwili to się zaciera. Rynek mówi, co jest modne. Nie było zielonego? To trzeba zrobić zielone! Wszystko się powtarza – lata 70., 80. Jeżeli jednak ktoś ubiera się w to, co w danym momencie modne, to zwariuje, bo modne jest właściwie wszystko. Ja myślę, że trzeba mieć styl. Najważniejsze jest to, żeby ubierać się zgodnie ze stylem.

Jaka jest różnica między modą a stylem?

Mieć styl to znaczy dobierać. Dobierać do siebie spośród tego, co proponują projektanci. Nie chodzi o to, by co sezon wszystko zmieniać. Chodzi o to, by dobierać to, co do nas pasuje. Z rynku zarzuconego towarami wybrać coś, co jest w naszym stylu. Choć wciąż są projektanci rozpoznawalni i stylowi, tacy jak Yamamoto czy jak projektanci Rei Kawakubo, Vivienne Westwood. Wystarczy powiedzieć, że coś jest w stylu Yamamoto, i wiadomo, o co chodzi. Jeśli ktoś nie ma stylu, to goni za modą, kupuje wszystko, co wpada mu w ręce, i wygląda tak samo jak wszyscy inni.

Czy istnieje czynnik, który sprawia, że ktoś ma niezmienny, rozpoznawalny styl?

Zgodność ze sobą. Dlaczego mówi się, że paryżanki są stylowe? Dlatego że są minimalistyczne, wysmakowane, nie nakładają na siebie wszystkiego i zachowują się tak, jak się ubierają – zgodnie ze sobą. Chodzi o to, jak chodzą, rozmawiają. To naprawdę trudno opisać, ale łatwo zauważyć. Niedaleko mnie jest szkoła. I co? Wszystkie dziewczyny z klasy są takie same. Mają jeansy, identyczne adidasy i T-shirty. Nie mają stylu. Mimo dostępu do ubrań ubierają się na jedną modłę, wszystkie są jednakowe.

Czy przeciętnej Polce brakuje wyczucia stylu?

Jeżeli jest jakiś „styl”, to stylem tym jest „nie wyróżniać się”. W porannym autobusie wszyscy są ubrani tak samo. Kurtka brązowa, khaki, granatowa, ale taka sama i w tej samej tonacji. Jedyną wyróżniającą się osobą jest pani w jaskrawym futerku i ja. Choć jestem ubrana na czarno, wszyscy patrzą się właśnie na mnie. Generalnie można uznać, że wśród Polek stylu nie ma. Trudno powiedzieć dlaczego, bo nawet w czasach braku towarów rządziła inwencja. Dziś prym wiodą sieciówki i to też nie jest dobre.

Dlaczego?

Dlatego że każdy, chcąc być indywidualny, wygląda tak samo. Ostatnio na jednej z konferencji usłyszałam opinię, że gdyby dziś czyjaś córka chodziła do liceum, to trudno by ją było rozpoznać – zobaczyłby pewnie cztery takie same dziewczyny. Myślę, że to bierze się z szerokiego dostępu. Kupcy biorą to, co się sprzedaje. W mojej opinii marki powinny brać większą odpowiedzialność za kreowanie kultury ubierania się.

Jakie są główne grzechy Polek jeśli chodzi o ubiór?

To zależy od wieku. W mojej generacji, po pięćdziesiątce, kobiety chcą nosić zbyt wąskie rzeczy. Jest jakieś przeświadczenie, że jak całe życie nosiłam 38, to teraz też się będę w to ubierać. A tak nie jest. To nieraz wygląda źle, nawet w przypadku bardzo drogich rzeczy, których nie dopasowuje się do zmieniającej się sylwetki. To nie ciało należy dopasowywać do ubrania, trzeba ubranie dopasowywać do siebie. Warto być świadomym. Drugim grzechem jest to, że bardzo, bardzo boimy się wyjść przed szereg, być widocznym. Trzecim – kupić coś na dziesięć lat, żeby długo nosić. To jest bzdura.

Chyba dziś nie jest trudno coś „wygrzebać”?

Jest bardzo łatwo, a dodatkowo jest coraz więcej promocji. Jeśli w połowie grudnia zaczynają się wyprzedaże kolekcji jesienno-zimowych, to naprawdę można, jeśli się chce. Dodatkowo do łask wraca możliwość przerobienia, pojawiają się punkty krawieckie, wystarczy chcieć.

Co sprawia zatem, że na ulicach pod względem modowym widzimy szarą masę?

Niechęć do wybijania się i wychodzenia przed szereg to powody kluczowe. Jest trochę krytyki i zawiści, tylko że Polska nie jest tu wyjątkiem. Już Elsa Schiaparelli napisała 24 reguły zakupów. Choć było to dawno temu i w Paryżu, to jedno z podstawowych przykazań brzmiało: nie chodzić do sklepu z przyjaciółką. Często to widzę: kobieta wygląda świetnie, ale z otoczenia słyszy nie, nie, nie!

A pani czuje, że wychodzi przed szereg?

Nie wychodzę, a mojego stylu bliscy nie krytykują. Kiedyś usłyszałam: do pani to pasuje. Moim zdaniem nie da się tego rozdzielić na tych, którym ubieranie się pasuje bądź nie. Mam swój styl, od zawsze się tym interesowałam. Od dziecka na prezent nie chciałam nic innego niż ubrania. Choć nie było nic w sklepach, to można było się ubrać elegancko. Mama miała dostęp do zagranicznych żurnali. Potem inspiracją były koleżanki ze studiów brata, uczącego się w Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych. Od nich uczyłam się szyć. Prowadziłam bruliony – wklejałam do nich kreacje, opisywałam je. Wiele lat później, po latach pracy postanowiłam założyć bloga, opisywać trendy, pisać o projektantach, imprezach modowych.

Nikt tego pani nie odradzał? Nie wierzę…

Córka powiedziała: Nie ma sprawy, ja ci tego bloga na serwerze postawię. Nauczyła mnie go używać, korzystać z Facebooka, później na moją prośbę założyła mi Instagrama. Miałam pomoc techniczną i pomysł. Koleżanki związane z modą od dawna mnie do tego namawiały. W moim środowisku miałam pełne wsparcie.

Relacjonuje pani wydarzenia modowe. Skąd tak wielka różnica między wybiegiem a ulicą, nawet wśród osób stylowych?

Uważam, że właśnie taka różnica jest prawidłowa. Niestety w dzisiejszych czasach nawet Tom Ford od razu sprzedaje swoje kolekcje. W Polsce to też jest już normalne. Ja z kolei uważam, że pokaz mody powinien pobudzać wyobraźnię, być inspiracją dla przełożenia trendów na komercję. Nawet w ostatnim konkursie Łódź Young Fashion wygrała kolekcja ładna, ale bardziej komercyjna niż ta, która wychodzi do przodu. Księgi trendów wyciągają to, co będzie modne w przyszłości zewsząd, w tym z ulicy. Potem projektantami inspiruje się Zara, a Zarą np. Reserved.

Nie da się ukryć, że kreacje z wybiegów są osiągalne finansowo dla nielicznych. Jak budować swój styl? Od czego zacząć?

Iris Apfel, ikona stylu, powiedziała kiedyś, że w dobie H&M każdy może być modny. Traktuję to z przymrużeniem oka. Z mojej perspektywy cała sztuka leży w dobieraniu. Wystarczy mieć podstawową bazę i do niej dobierać. Boję się proponować młodym ludziom te sieciówki, bo oni potem na piątkową imprezę chodzą się ubrać do H&M. Nie o to chodzi. Uważam, że dziś dostępność rzeczy stylowych jest wystarczająca. Nie należy kierować się myśleniem: „nowy sezon, nowa garderoba”. Jestem przeciwna, bo w ten sposób można ubrać się modnie, ale nigdy nie stworzy się własnego stylu.

Co należy do tej bazy? Weźmy na warsztat kobietę.

Kobieta musi mieć białą koszulę. Powinna mieć jeansy, bez względu na wiek. Koniecznością jest też dobra marynarka. Ich fasony nie zmieniają się często, a można nosić je na tysiąc sposobów. To jest baza, bez względu na to, czy ktoś ubiera się w sposób stonowany czy awangardowy. Wełniana marynarka jest podstawą. Potem wystarczy dobierać, przyjrzeć się swojej szafie, nie nabywać mnóstwa rzeczy. Nadprodukcja rzeczy niskiej jakości mnie przeraża. Nie trzeba wszystkiego zmieniać, żeby być dobrze ubranym. Dokupować można T-shirty czy kolorowe skarpety.

Jeszcze 10 lat temu to, czym pani się zajmuje, brano by za dziwactwo. Pani pokolenia nie ma w grupie docelowej większości marek, ale dziś marketing zaczyna zauważać „Srebrne Tsunami”.

Nie ma wyjścia! Społeczeństwa się starzeją, osoby powyżej 60. roku życia stanowią w Polsce jedną trzecią społeczeństwa. Za 10–15 lat osoby w wieku 65–80 będą stanowić czwartą część populacji. Marketingowcy, w tym modowi, muszą odpowiedzieć na te zmiany. O ile projektanci potrafią się dostosować, zaprojektować coś dla 60+, o tyle polskie marki – nie. W Hiszpanii i Włoszech już to się zmienia, ale Polska jest w tyle.

Jak ocenia pani komunikację marketingową kierowaną do srebrnej generacji?

Nie mają o nas pojęcia. Byłam na konferencji z blogerami w moim wieku. Wszędzie powtarzają się propozycje niezwiązane z treścią bloga. Nie kryję się ze swoim wiekiem – jestem po sześćdziesiątce i to niektórym firmom wystarczy. Sugerują na przykład, żebym napisała post z nowym środkiem na wzdęcia. Mogłam pożyczyć spodnie od tęgiego kolegi i zrobić zdjęcia przed i po. To znaczy, że ktoś tego w ogóle nie rozumie. Mnie tych ludzi jest żal, bo myślę, że ktoś im tak kazał.

Jak pani myśli, dlaczego to pokolenie jest tak upupiane?

Firmy modowe deklarują, że są skierowane do każdego pokolenia, podczas gdy nie mają odpowiedniej oferty! Po co to wciskać? Czy oni myślą, że nasze pokolenie jest głupie, przeczyta i już, załatwione? Mówiłam im, na co warto zwracać uwagę. Jako pokolenie jesteśmy postrzegani tendencyjnie. Uważa się, że skoro jesteśmy starsi, to na pewno nie zajmujemy się niczym poza chorowaniem. Trzeba przekonywać, by świadomość szła w parze z wiedzą, jak ją wykorzystać.

Jakie przykazania warto przekazać firmom?

W kontekście mody muszą wziąć pod uwagę to, że w pewnym wieku zmieniają się sylwetki. Nie można w każdym wieku ubierać się tak samo, a oferta sklepów dla osób starszych czy otyłych jest koszmarna. Ważna jest też kwestia tkanin – w okresie menopauzy nie wygląda się już tak dobrze w poliestrze. Tak w ogóle, to my nie chcemy sklepów dedykowanych 50+, takich jak dla otyłych czy żałobników. Wystarczy skupić się na stworzeniu oferty uniwersalnej, dodać większe rozmiary w ciekawym designie i szerokiej gamie kolorów.

Obecnie tego nie ma?

Istnieją klasycznie skrojone, stonowane stroje, które dobrze leżą zarówno na 30-, jak i 50-latce. Ale to wyjątki. Częściej zdarza się, że po przyjściu do sklepu stacjonarnego kobieta wpada w konsternację, bo rzecz wygląda na niej źle. Niestety na stronie była pokazana na 18-letniej kobiecie, a pani ma lat 58. Stąd konieczność pokazywania odzieży na wszystkich grupach wiekowych. Yamamoto posyła na wybieg osoby po pięćdziesiątce. To bardzo istotne, żeby modę pokazać również na osobach starszych. Ponadto zakupy online nie są dla nas najlepszym rozwiązaniem. Starsze pokolenie woli dotknąć, przymierzyć, obejrzeć i kupić rzecz dobrej jakości. Wzbraniamy się przed zakupem przez internet kilograma ubrań tylko po to, by je odesłać, tak jak to teraz się robi.

Tematem na oddzielną dyskusję jest obsługa w sklepach z ofertą dla osób 50+. Często zdarza się, że pracują tam jedynie bardzo młode kobiety. Byłam kiedyś świadkiem sceny w sklepie znanej polskiej projektantki. Bizneswoman koło 50–60 lat chciała kupić płaszcz. Ekspedientka z niepewnym wyrazem twarzy spojrzała na tę panią i skwitowała tylko: No chyba pani w tym dobrze. Tak być nie może. Brakuje fachowej obsługi, choćby takiej, która ma wiedzę z zakresu tkanin czy rzetelnego doradzania.

Nawiązując do reklam skierowanych do srebrnej generacji, muszę zapytać: czy po pięćdziesiątce chęć do życia mija?

Absolutnie nie! Chęci na życie nie mijają. Ile ja już miałam pytań co z miłością, co z seksem… Ja dopiero po pięćdziesiątce prawdziwie się zakochałam. Wiek nie ma żadnego znaczenia. Mamy takie same uczucia, chęci, tylko zmieniają się nam sylwetki. Granica 50 lat istnieje zwłaszcza u kobiet. Zmienia się gospodarka hormonalna. Kobiety wycofują się z życia. Brak ochoty do działania to jedno. Ale brak wsparcia w rodzinie, ze strony mężów, całe to gadanie: A po co? A gdzie ty idziesz? A po co to będziesz kupować? to drugie. Jeżeli nie mają one też wsparcia u dzieci, bo słyszą Mama, a gdzie ty się będziesz pchała w tym wieku, to naprawdę nie jest łatwo. To samo dzieje się w sytuacjach zawodowych. Ja zauważyłam w trakcie pracy na uniwersytecie (teraz jestem już oczywiście na emeryturze), jak koleżanki w moim wieku bardzo przeżywały, że młodzi ich tak traktują, uważają się za mądrzejszych od nich. Ale moim zdaniem należy im na to pozwolić. Przydałoby się tylko trochę wsparcia po przejściu na emeryturę, zarówno w rodzinie, jak i społeczeństwie w ogóle.

U pani z motywacją chyba nie ma problemów?

Uważam, że mam teraz najlepszy okres w życiu. Uwielbiam to, czym się zajmuję. Blog, który prowadzę, uważam z jednej strony za najlepszego przyjaciela, który nigdy się nie obrazi, jeśli nic nie opublikuję, z drugiej strony za mój ogródek, pracę, misję. Mam swoich czytelników, więc moją powinnością jest systematyczne publikowanie postów. Traktuję to jak normalną pracę. Kocham to, raduje mnie to, uwielbiam o tym opowiadać. A skąd to wynika? Nie wiem, może to jest rodzinne – moja mama też była zawsze pełna energii. Dziwię się ludziom, którzy twierdzą, że po przejściu na emeryturę nie mają co robić. 

Jaga Janik ogląda i czyta, obserwuje wszystko, co z modą związane. Obserwacjami dzieli się na blogu fashion50plus.pl.