U stóp wulkanu

Niezbadana kraina, zlodowaciała ziemia, czarna skała. Nie gdzie indziej, jak właśnie na Islandii, podczas samotnego spaceru, można natknąć się na krater aktywnego wulkanu czy istoty o nadludzkich mocach.

fot. Hanna Górczyńska

Docieramy na parking w pobliżu lotniska w Keflavíku, gdzie odbieramy kamper od islandzkiego małżeństwa. Nawiązujemy rozmowę z panią domu: My również jeździmy na wakacje z całą najbliższą rodziną. Pakujemy się do kampera, ja szykuję jedzenie na kilka dni. Jeszcze kilka lat temu na Islandii trudno było o restaurację, przyzwyczaiłam się do przygotowywania obiadów w domu i zabierania ze sobą. Dzieci bardzo lubiły te wyjazdy. Kiedy były małe, opowiadałam im sagi o trollach i elfach, tak jak każdy rodzic swojemu islandzkiemu dziecku. Czy wierzymy w istoty o niezwykłych mocach? Oczywiście. Nasza wiara jest unikatowa. Choć jesteśmy chrześcijanami, nie wykluczamy istnienia elfów, trolli. One istnieją, sama widziałam je kilkukrotnie.

Południe pełne życia

Ruszamy, podczas gdy poranna mgła nadal przykrywa niewielki kemping niedaleko Reykjavíku. Droga numer 36, odnoga głównej trasy – jedynki – prowadzi w kierunku Parku Narodowego Thingvellir. Mimo że lipiec to jeden z najbardziej turystycznych miesięcy dla wyspiarzy, niewiele samochodów sunie jednopasmową szosą. Głodnych wrażeń i emocji przyjezdnych otaczają połacie czarnej gleby porośniętej ostro zielonym mchem – charakterystyczny krajobraz południa. Ich zaciekawionym oczom ukazują się grupy owiec, koni i bydła, skubiące niewysokie, świeże od wilgoci źdźbła trawy. Od czasu do czasu pojedyncze zwierzęta odłączają się od stada i samotnie przemierzają błyszczące pola, poszukując bardziej bujnej kępy.

Na północy jeziora Thingvallavatn – głównego zbiornika wodnego w tym regionie – spotykają się dwie płyty tektoniczne. Eurazjatycka i północnoamerykańska płyta litosfery oddalają się od siebie, a powiększająca się między nimi szczelina tworzy wgłębienie o nazwie Przepaść Każdego Człowieka. W pobliżu zetknięcia dwóch ziemskich masywów ponad 1000 lat temu miało miejsce pierwsze spotkanie Althingu – islandzkiego republikańskiego parlamentu. Nadaje to krainie historycznego znaczenia. Kilka małych białych szeregowców, w których obradowali posłowie, tworzy teraz letnią rezydencję premiera wyspiarskiego państwa. Co roku to miejsce odwiedza więcej turystów niż samych Islandczyków żyje na Ziemi.

Słońce tego dnia jeszcze nie wyjrzało zza ciężkich chmur. Powietrze jest przejrzyste. Dzięki czemu można dokładnie zobaczyć Gullfoss – wodospad wpadający do szerokiego, pokrytego mchem wąwozu. Skalną ścieżką docieramy do jego górnej części. Kropelki wody padają na twarz, a smagający chłodny wiatr przypomina, na czyim terenie stanęła stopa turysty. Gullfoss jest szeroki, a jego nurt wzburzony. Hałas wody uderzającej o ciemnoszare skały słychać jeszcze, gdy odjeżdża się z parkingu. Jedziemy dalej, zahaczając o niewielki teren aktywny geotermalnie, gdzie co kilka minut wybucha gejzer Strokkur, a dookoła z błotnych wgłębień sączy się delikatna para o intensywnym zapachu siarki. Najstarszy Geysir już od dawna nie dał o sobie znać. Gdy spaceruje się dookoła można nawet nie zauważyć jego obecności.

Podróżujemy dalej na południe.

Lodowiec, ostatni punkt na mapie zachodniego południa, zachwyca swą różnorodnością. Śnieżnobiałe czoło pokryte czarnym pyłem wulkanicznym wyrasta tuż obok zielonego od mchu zbocza. Ostre powietrze smaga podmokłe ścieżki. Niedaleko lodowca, na brzegu oceanu, leży Dakota – samolot, który wylądował tu awaryjnie w 1973 r. Wszyscy pasażerowie ocaleli, a zniszczony osamotniony wrak pozostał na czarnej ziemi. Dziś oblegany jest przez turystów, którzy pragną pospacerować wewnątrz szkieletu powietrznej maszyny.

fot. Hanna Górczyńska

Wschodnia pustka

Dzień nadal trwa. Południowy wschód Islandii od progu wita mroźnym charakterem. Powierzchnię tego obszaru wyspy w dużej części pokrywa największy lodowiec w Europie – Vatnajökull. Języki lodowej czapy, do których wiedzie ścieżka w leśnej, górskiej scenerii, można podziwiać w Parku Narodowym Skaftafell. Zaraz po pokonaniu kilkusetmetrowej drogi, obserwując niewielkie wodospady i zielone zbocza góry, zbliżamy się do małego jeziorka, nad którym góruje lodowiec. Chmury zniżają się nisko nad ziemię, dotykając lodowych wgłębień i spuszczają na zimną glebę i równie zmrożonych obserwatorów kropelki mżawki. Woda obmywa całe twarze i wnika za kołnierze kurtek – nadchodzi czas powrotu na przejrzystą, leśną drogę.

Dziś pogoda jest przygnębiająca. Pod zasłoną deszczu i mgły odkrywamy kolejny kaprys natury – oderwane od lodowca kawałki lodu, które spoczęły w jeziorze Jökulsárlón. W odległości krótkiego spaceru znajduje się czarna plaża. Piasek nad brzegiem oceanu, w kolorze gęstej smoły, kontrastuje ze śnieżnobiałą pianą wzburzonych fal. Woda okrywa krystaliczne kawałki pozostawione samotnie przez lodowiec.

Aby dostać się na wschód Islandii, ponownie wybieramy krajową jedynkę. Trasa okala Höfn, miasteczko z portem liczące niewiele ponad dwa tysiące mieszkańców. Dalej biegnie wzdłuż wybrzeża fiordów, tuż nad oceanem. Trudno znaleźć tu ślady cywilizacji, a samochody turystów rzadko zapuszczają się w te rejony. Pustkę przerywają pojawiające się od czasu do czasu domostwa, budynki przemysłowe i opuszczone lokale mieszkalne.

Perły północy

Dzień jest krystalicznie słoneczny. Po obu stronach jedynki, która prowadzi na zachód od miasta Egilsstaðir położonego na wschodnim wybrzeżu, roztacza się widok na płaskie, piaszczyste, bazaltowe pola nieskalane zielenią i kaniony wypełnione wodą. Wodospady przecinają skały i pagórki, między którymi wije się niezmiennie ta sama droga. Zatrzymujemy się na moment, żeby uwiecznić na zdjęciu niewielki strumień na tle ognistej góry. Wzniesienia mają kolor głębokiego pomarańczu, który zaraz płynnie przechodzi w czerwień. Marsjański krajobraz towarzyszy kierowcom i pasażerom niemalże do końca kilkugodzinnej drogi. Wodospady Selfoss i Dettifoss leżą po prawej stronie asfaltówki. Ścieżka do obu wodnych olbrzymów jest sucha od rażącego słońca, naokoło otoczona czarnymi skałami. Dettifoss płynie z ogromną siłą i niesie ze sobą materiał skalny, przez co strumień przybiera ciemnoszarą barwę.

Kilkanaście kilometrów dalej czuć wyraźny zapach siarki. Kociołki błotne Hverarönd bulgoczą i rozsiewają swąd, który drażni nozdrza i męczy obserwatora. Gleba, podobnie jak przy drodze, jest pomarańczowa, tym razem z brunatnymi plamami błota. Niedaleko znajduje się krater. Wulkan Krafla, choć ostatni raz wybuchł w 1984 r., nadal może wyrzucić lawę ze swojego mrocznego wnętrza. Podziwiamy lazurowo błękitne jeziorko, które przykrywa wulkaniczną głębinę.

Spacer po Dimmuborgir – lesie formacji skalnych utworzonych przez wypływającą lawę – przypomina przygodę rodem z filmu o Indianie Jonesie. Jaskinie i dziury w skałach to dar nieposkromionej natury. Za moment podjeżdżamy do wodospadu bogów. Goðafoss nie jest ani najsilniejszym, ani największym pomnikiem przyrody. Kontrastując z czarną skałą, skąpany w złotym słońcu, przyciąga wzrok.

Wieczorem docieramy do Akureyri, próbujemy dorsza w cieście naleśnikowym z frytkami i oglądamy ogromny wycieczkowiec o wysokości kilkupiętrowego hotelu, który stoi w porcie. Podróżujący nim turyści najpewniej wyruszyli w głąb lądu podziwiać to, co i nam ukazała Islandia. Zapadamy w sen na kempingu pełnym gwaru dzieci i śmiechu dorosłych. To miejsce, w przeciwieństwie do samotnych przestrzeni i mrocznych zakamarków, zaraża pulsującą energią.

Cień sławy

Na północ od Akureyri leży kilka miejscowości niegdyś żyjących z połowu śledzi. Kierujemy się w stronę stolicy rybiego przemysłu – Siglufjörður – zahaczając o taras tuż nad fiordem, z którego roztacza się widok jak z malowanego plakatówkami obrazu. Wraz z nami podąża kilku kolegów pilnie szukających zapalniczki i dwójka emerytów. Dziś to jedni z niewielu podróżujących po dalekiej północy. Region nie należy do popularnych, ławice śledzi odpłynęły w kierunku Norwegii jeszcze w poprzednim wieku, a nad niewielkimi ośrodkami miejskimi unosi się tęsknota za dawnym bogactwem i sukcesem. Islandka sprzedająca bilety do Muzeum Śledzia w Siglufjörður z dumą opowiada o innowacyjnych metodach połowu. Ryby ze strachu przed ludźmi zbierały się razem. Wtedy łapano je w sieci. Żyło ich tu mnóstwo. Niestety biznes umarł, co spowodowali sami Islandczycy z Północy, ich pęd za pieniądzem i dostatnim życiem. Wyłowili prawie całe ławice, kolejne śledzie odpłynęły na wschód i wybrały nowe miejsce życia w zaułkach norweskich fiordów.

Dziś funkcjonuje tu kilka hoteli, jeszcze mniej restauracji i pojedyncze lokale usługowe. Miasteczko nadal urzeka swoim urokiem turystów, którzy spacerują dookoła portu wielkości warszawskiego rynku i chłoną woń ryb, aktualnie głównie dorsza.

Słońce przygrzewa jak wcześniej. Powoli żegnamy północ, ruszając na zachodni brzeg wyspy. Mijamy kilka miasteczek. Każde słynie z innego lokalu usługowego, jedno chwali się nowoczesnym warsztatem samochodowym, inne szpitalem lub basenem kąpielowym. Połączenie między północą a zachodem nie jest rozwinięte, droga od jedynej na trasie stacji paliw do kolejnego kempingu w większości nie została wyasfaltowana. Zanim uśpi nas szum płynącej nieopodal rzeki, odwiedzamy jeszcze położone kilka kilometrów na północ miasteczko Stykkishólmur na półwyspie Snæfellsnes. Wspinamy się na górę z latarnią morską po zdobyciu której, jak głosi jedna z sag, mogą spełnić się trzy życzenia, i rzucamy okiem na niewielkie kutry zacumowane w porcie.

fot. Hanna Górczyńska

Polska na Zachodzie

Kolejny słoneczny dzień. Na polu kempingowym stoją zaledwie dwa pojazdy. Dookoła nich majaczą góry, kilka kilometrów dalej delikatne oceaniczne fale przypominają o porannym połowie. Na zachodnich fiordach pełno jest miejscowości portowych, słynących z rybołówstwa. To również idealne miejsce na obserwację ptaków, szczególnie pomarańczowodziobych maskonurów. Wzdłuż północnej linii brzegowej zachodniego półwyspu zlokalizowanych jest kilka kolejnych rybackich wiosek. W Grundarfjörður natykamy się wyłącznie na dwie zamknięte knajpy i port, po którym kręci się trzech pracowników przetwórni rybnej. W Ólafsvík, następnej mieścinie, od dwóch miesięcy funkcjonuje lokalna knajpa, która serwuje islandzkie specjały. Zamawiamy rybę dnia, burgera i zupę, również rybną, podczas gdy kelnerka zagaja czy jesteśmy z Polski. Ma na imię Justyna, jest zarazem właścicielką restauracji. W prowadzeniu interesu pomaga jej córka. Mąż jest kucharzem w innej miejscowości na półwyspie. Pracował już w Norwegii i na Cyprze. Ta knajpa to spełnienie mojego małego marzenia o własnym lokalu – przyznaje. Nie jest jedyną Polką żyjącą w tym mieście. Należy do grupy emigrantów, która stanowi ponad 20 proc. całej ludności Ólafsvíku i w większości pracuje w przetwórni ryb.

Na końcu półwyspu znajdują się dwie plaże, obie piaszczyste, o różnych barwach. Złota, podobna do polskiej nad Bałtykiem, i czarna, typowa dla krajobrazu Islandii. Lodowata woda obmywa stopy, a wiatr porusza ziarenkami piasku. Wracamy na obrzeża Reykjavíku, na kemping, skąd zaczęliśmy podróż. Mimo że centrum miasta oddalone jest zaledwie dwadzieścia minut autobusem, a sam kemping leży tuż obok głównej trasy, wokoło panuje cisza. Rozgrywamy partię scrabble, pijemy wieczorną herbatę i dojadamy skyr – islandzki nabiał. Tym razem przed snem zakładam polar, wieczór jest wyjątkowo chłodny.

Rodzinne gniazdo

Słońce świeci niezmiennie od kiedy opuściliśmy wschodnie Egilsstaðir. Pogodny poranek, zapowiada idealny dzień w stolicy kraju dorsza i swetra z owczej wełny. Reykjavík, niewielkie miasto liczące sobie ponad 120 tysięcy mieszkańców, to największy na Islandii port, od którego odchodzi kilka głównych uliczek z rybnymi i amerykańskimi knajpami oraz muzeami poświęconymi głównie historii i naturze. Fascynujący dom wulkanów, artystyczny sklep z polską zastawą z Bolesławca, chętnie kupowaną przez bywających tu Amerykanów, mecz islandzkich piłkarek na głównym placu – to właśnie tworzy obraz niewielkiej stolicy. Niedaleko najwyższego tu kościoła ewangelicko-luterańskiego spotykamy się z Piotrem Mikołajczykiem. Autor książki Cisza pośród kamieni, miłośnik wyspy, wita nas szerokim uśmiechem. Wybrałem Islandię, bo fascynowały mnie widoki, natura. Wcześniej pracowałem i mieszkałem w Norwegii, jednak to nie to samo – przyznaje. Piotr jest na wyspie na stałe od ponad dwóch lat, tu też poznał Berenikę, współautorkę książkowego reportażu. Razem szykują się do przeprowadzki w Beskid Niski, na razie jako miejscowi prowadzą blog poświęcony Islandii. Nadal będziemy pisać na ten temat. Szykujemy się do stworzenia kolejnej książki, najpierw jednak czeka nas długi proces zbierania materiałów. Po przeprowadzce do Polski będziemy wracać na Islandię mniej więcej cztery razy do roku, aby spotykać się z ludźmi i dalej eksplorować.

Na Islandii mieszka około dziewięciu tysięcy Polaków, którzy stanowią najliczniejszą grupę imigrancką na wyspie. Bardzo lubię przyjezdnych z Polski. Są, podobnie jak my, bardzo pracowici i serdeczni – przyznaje Islandka poznana pierwszego dnia. Nasi rodacy najczęściej szukają tu lepiej płatnej posady, która pozwoli na zakup domu lub mieszkania w ojczyźnie, bądź po prostu spokojnego życia. Główną barierą może być pogoda, która trenuje przybyszy i nie daje im momentu wytchnienia. Islandia to teren wyjątkowo aktywny geotermalnie. Mieszkańcy żyją obok wulkanów gotowych do erupcji jutro bądź za dziesięć lat, tuż nad pulsującą pod powierzchnią ziemi lawą, pod zachmurzonym niebem, co chwila traktującym przechodniów mżawką lub jednym z ośmiu rodzajów smagającego wiatru. Aby wytrwać, Islandczycy jednają się z przyrodą, godzą z obezwładniającą ciszą i zbliżają do siebie nawzajem.

No votes yet.
Please wait...