Epidemia rozczarowań

Idą na studia nieprzygotowani i niedojrzali emocjonalnie. Obecnie najwięcej trudności przysparza studentom nie zaliczenie kolejnego kolokwium, a odpowiedź na pytanie: dlaczego właściwie studiuję?.

Słomiany ogień. Te słowa usłyszałam od mojego Padre, kiedy jako 11-latka przestałam uczyć się grać na gitarze po tygodniu. Nie szło, bo gitara była chyba poradziecka i nienastrojona, nastroić nie miał kto, w domu nikt nie umiał grać, ale przede wszystkim: miałam 11 lat i wytrwałość to nie była najbardziej wyćwiczona z moich cnót – zaczyna opowieść Ala. W gimnazjum chętnie i często bawiłam się w teatr. Uwielbiałam lekcje polskiego, a pewien wspaniały nauczyciel, przy pomocy Herberta i jego kolegów po fachu, miał – być może – zbyt duży wpływ na mój rozwój psychoemocjonalny. Szybko więc pojawił się cel – była to szkoła teatralna. Po lekcjach śpiewu, konsultacjach w Akademii Teatralnej i maturach przyszedł czas na aplikacje do wybranych uczelni. Tak Alicja opisuje ten czas: To było chyba najtwardsze lądowanie w moim króciutkim życiu, przepłakałam cały lipiec – w czterech szkołach nie przeszłam nawet pierwszego etapu. Czy byłam zbyt przestraszona, czy zęby miałam krzywe, czy po prostu nie umiałam zrobić wrażenia: nieważne.

Zapytana o oczekiwania względem szkoły teatralnej, Ala dodaje: Oczekiwałam chyba, patrząc na to z perspektywy czasu, że w tamtym magicznym miejscu, w szkole teatralnej, będę mogła robić coś… wyzwalającego? Że to jedyne miejsce, paradoksalnie, gdzie wolno mi być sobą, czuć po swojemu. I gdzie mogłabym jednocześnie wsiąknąć, zniknąć, przestać istnieć, a być widoczną jako nie-ja. Jak widać, teatr to była zawsze dla mnie taka, wówczas nieuświadomiona, autoterapia. W końcu Alicja znalazła się na anglistyce, gdzie uczyła się przez niewiele ponad jeden semestr. Obecnie jest studentką kierunku lekarskiego oraz psychologii.

Dlaczego nie poszłam po maturze do pracy, tylko na studia, które nie były moim pierwszym wyborem? Z tego samego powodu, dla którego nie poszłam do technikum: nie wiedziałam, że tak można. Rodzice są po studiach. Wydawało mi się, niesłusznie, że to jedyna droga. Teraz myślę o tym inaczej. Gdybym studiowała w tym momencie na innym kierunku niż lekarski, na pewno jednocześnie bym pracowała. Ala nie jest jednak osamotniona w swoim podejściu do studiów. Wielu studentów napotyka podobne problemy.

Marcin Czajkowski

Gdy życie woła

Na początku lat 90. w Polsce studiowało ok. 390 tys. osób. Dekadę później liczba studentów wzrosła do ponad 1,5 mln. Co jeszcze ciekawsze, współczynnik skolaryzacji (czyli odsetek osób kształcących się – w przypadku szkolnictwa wyższego między 19. a 24. rokiem życia) w ciągu 25 lat wzrósł prawie czterokrotnie i w roku akademickim 2015/2016 wynosił 47,6 proc. Był to najwyższy odsetek wśród wszystkich krajów OECD. Jednocześnie wśród młodych Polaków, którzy już zakończyli edukację szkolną, jedynie 46 proc. miało pracę – to najmniej spośród wszystkich krajów należących do tej organizacji (nie licząc Turcji).

Choć wiele osób podejmuje studia, nie wszyscy robią to z pełnym przekonaniem. Jak pokazują wyniki ankiety przeprowadzonej przez Magla wśród 700 studentów warszawskich uczelni, blisko 20 proc. z nich nie wie, czy ukończy rozpoczęte studia. Jednocześnie prawie 50 proc. ankietowanych ma wątpliwości, jaką pracę chce wykonywać w przyszłości. Można zatem wysnuć wniosek, że znaczna część młodych ludzi idzie na studia, bo nie wie, jaką ścieżkę kariery zawodowej powinna wybrać.

Można wskazać wiele przyczyn tego zagubienia. Kinga Strzelecka, doradca zawodowy, sugeruje, że być może wynika to z niewystarczającego wsparcia i preorientacji zawodowej na etapie szkolnictwa średniego. Trudno się z tym nie zgodzić. Nie sposób bowiem oprzeć się wrażeniu, że z każdą kolejną reformą edukacji marginalizuje się rolę szkoły w nabywaniu kompetencji do radzenia sobie na początku dorosłego życia, a pielęgnuje umiejętności zupełnie bezużyteczne. W 2012 r. weszła w życie reforma systemu edukacji autorstwa Krystyny Szumilas, która nie dość, że znacznie ograniczyła materiał w programie nauczania gimnazjów, to praktycznie zrezygnowała z liceum ogólnokształcącego, zastępując je szkołą mocno profilowaną. Od tego roku bowiem uczniowie klas humanistycznych (z wyjątkiem zajęć w pierwszej klasie) nie uczyli się już biologii, chemii, geografii i fizyki, a zamiast tego przyrody, i to w wymiarze godzin niepozwalającym na zrealizowanie całego materiału poprzedniego programu. Odpowiednio z klas o profilu ścisłym kompletnie zniknęły historia i wiedza o społeczeństwie, a przedmioty przyrodnicze zostały zastąpione jednym – kierunkowym.

W efekcie gimnazjaliści, którzy decydują się pójść do liceum, muszą wybrać ścieżkę swojej kariery w wieku 16 lat – alternatywnie mogą przygotowywać się do rekrutacji na studia we własnym zakresie, pisząc matury z przedmiotów, których nie mają w planie zajęć. Praktycznie zanikło też szkolnictwo zawodowe. Panuje również przekonanie, że uczniami techników zostają ci, którzy nie dostali się do liceum.

Marcin Czajkowski

Po tym będzie praca

Nie jest zatem dziwne, że uczniowie szukają wsparcia – blisko 30 proc. studentów warszawskich uczelni korzystało z pomocy doradcy zawodowego. Co jednak bardziej niepokojące – aż 82 proc. ankietowanych jest z tej decyzji niezadowolonych. Mgr Kinga Strzelecka tak komentuje ten wynik: w dużej mierze uważam, że chodzi o niewłaściwe i nierealistyczne cele, które są stawiane przez klienta przed takim spotkaniem – lub wręcz ich brak. Znaczna część osób korzystających z usług doradcy zawodowego oczekuje, że wskaże im on gotowy pomysł na ścieżkę kariery. Zdejmie z nich odpowiedzialność i wysiłek związany w poszukiwaniem własnej drogi zawodowej. Można z tego wywnioskować, że osoby te nie mają żadnego pomysłu na siebie.

Dlaczego więc, zamiast zrobić rok czy dwa przerwy na znalezienie swojej drogi, idą na studia? Powodów jest kilka, a system edukacji w Polsce to tylko jeden z nich. Dużą rolę odgrywa tu również presja społeczeństwa, które nie akceptuje tego, że po szkole średniej na studia można nie iść. Idea studiów jest narzucona jako coś obowiązkowego dla każdego, kto chce poczuć się mądry (mimo że mądrość nic wspólnego ze studiami nie ma) czy akceptowany (przede wszystkim przez rodziców). Aktualnie studia stały się w pewnym sensie „obowiązkiem”, który sprawił, że wszyscy po liceum idą na studia – czy chcą czy nie, czy ich interesuje kierunek czy nie, tak po prostu – bo wypada, bo rodzice chcieli, żebym poszedł – komentuje student Politechniki Warszawskiej. Młodzi ludzie często decydują się na dalszą edukację pod wpływem nacisku znajomych i rodziny lub aby odsunąć wkroczenie w dorosłe życie i związane z nim decyzje w bliżej nieokreśloną przyszłość – wtedy pięcioletni „inkubator” w postaci uczelni wydaje się świetnym pomysłem.

Tyle tylko, że wcale nie jest. W 2017 r. 258 tys. maturzystów przystąpiło do egzaminu dojrzałości, a połowa z nich właśnie rozpoczęła studia. Zdumiewa to, że znaczna część świeżo upieczonych studentów nie wie w zasadzie, po co. Niektórzy zrekrutowali się dla samej przyjemności studiowania, inni z braku alternatyw. Uczelnia odgrywa trochę rolę przechowalni. Studia wymagają niewielkiego zaangażowania i wszyscy wpadają w wir projektów – w nawale „pozanaukowych” wyzwań nie ma nawet czasu zastanowić się, czy człowieka faktycznie interesuje to, co studiuje – komentuje studentka pierwszego roku studiów magisterskich w SGH.

Teoria bez praktyki

Niektórzy studenci mają jednak jasno postawione cele: rozwój osobisty, uzyskanie kwalifikacji potrzebnych do zapewnienia sobie i bliskim odpowiednich środków na dostatnie życie w bliższej i dalszej przyszłości. Zapomina się jednak, że studia to nie szkoła zawodowa, a pewna praca po ich ukończeniu jest tylko efektem ubocznym. To nie jest tak, że studiujemy coś i potem na pewno to będzie ten zawód i będziemy w nim pracować przez 20 lat – tylko właśnie może trzeba być elastycznym i dostosowywać się do zmieniających się warunków – komentuje dr hab. Katarzyna Górak-Sosnowska, Prodziekan Studium Magisterskiego SGH. Oczywiście nie można też generalizować – studia to jedyne rozwiązanie dla tych, którzy chcą zostać lekarzami, prawnikami, nauczycielami i wszystkich, którzy bez przygotowania teoretycznego nie mogą rozpocząć pracy.

W rzeczywistości jednak takie kierunki nie stanowią nawet połowy wszystkich, reszta to tzw. studia interdyscyplinarne, gdzie student decyduje, w jaki sposób je wykorzysta. Lepsze jest dobre wykształcenie zawodowe nawet na poziomie technikum czy zawodówki niż lipne wykształcenie na prowincjonalnym wydziale zarządzania. Nie wszyscy są zdolni do studiów. Nie ma sensu otwieranie wydziałów tylko po to, by ludziom, którzy ledwo zdali matury i z trudem sylabizują, dać szansę uzyskania tzw. wyższego wykształcenia. Lepiej, żeby nauczyli się montować wtyczki i rury – mówi w rozmowie z „Newsweekiem” filozofka Agata Bielik-Robson. W podobnym tonie wypowiadał się również Donald Tusk, który w 2012 r. powiedział, że lepiej być pracującym, dobrym spawaczem niż kiepskim politologiem bez pracy. I właśnie tutaj leży sedno sprawy – studia nie są dla każdego.

Kalejdoskop perspektyw

 

 

Szczególnie dzisiaj, w dobie wielu możliwości, rozpoczynanie studiów bez pełnego przekonania o słuszności tej decyzji jest zwykle ograniczaniem się. Wykształcenie wyższe nie jest niezbędne w świecie, gdzie internet pozwala dotrzeć do ludzi znajdujących się tysiące kilometrów dalej, za darmo brać udział w seminariach, szkoleniach, a bilet lotniczy do niektórych stolic europejskich kupić można taniej niż bilet na Pendolino relacji Warszawa–Kraków. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zamiast iść na studia, lecieć do Londynu, Berlina i zdobywać doświadczenie zawodowe. Albo uczyć się wymarzonego zawodu w szkole policealnej. Albo przez crowdfunding czy pomoc inwestorów zrealizować swój pomysł na biznes. Lub zapisać się na roczny wolontariat w Kambodży.

Możliwości jest tak wiele, że często nie wiemy, co wybrać, więc próbujemy chwytać się wszystkiego. Takie rozwiązanie ma swoje wady i zalety, jednak niezaprzeczalnie więcej można dostrzec tych drugich. Po pierwsze – różnorodność to istotny czynnik w kontekście rozwoju. Albert Einstein powiedział kiedyś, że szaleństwem jest postępować ciągle tak samo i spodziewać się innych rezultatów. Mimo oczywistego odniesienia do fizyki, prawdę tę możemy zastosować również w „prawdziwym życiu”. Po drugie – próbowanie nowych rzeczy powoduje powstawanie kreatywnych pomysłów. Pozwala to spojrzeć na świat z innej perspektywy i sprawić, aby umysł zaczął się zastanawiać i analizować. Odwrotny proces zachodzi, gdy popadamy w rutynę – skutkuje to bowiem wprowadzeniem mózgu w stan uśpienia. Pewne rzeczy znane są nam tylko z teorii, trudno sobie wyobrazić, trzeba próbować, konfrontować się z rzeczywistością, podejmować ryzyko, doświadczać, wyrabiać sobie własne stanowisko. Jedynie wychodząc ze swojej strefy komfortu, jesteśmy w stanie tworzyć nową jakość w naszym życiu, choć oczywiście bywa to trudne i wymaga odwagi – komentuje Kinga Strzelecka.

Eksplorowanie rzeczywistości i doświadczanie nowych rzeczy jest dla ludzi stanem naturalnym, a mimo to zawężając krąg zainteresowań i popadając w rutynę, sprawiamy, że rośnie w nas poczucie frustracji i ograniczenia. Godzimy się na to, mimo że o przekraczaniu własnych granic słyszymy na każdym kroku. Jesteś ponad lękiem, pokonaj demona! Dasz radę! – grzmi Mateusz Grzesiak w jednym ze swoich filmików motywacyjnych na YouTubie. Tymczasem ze strefy komfortu często wychodzi się po trochu, a nie wystrzela z prędkością bolidu Formuły 1. Dla wielu osób lepsze jest powolne jej rozszerzanie niż rzucenie się od razu na głęboką wodę.

Droga wyjścia

Warto próbować. Nie tylko pozwala to zdobyć nowe doświadczenia, ale – co jeszcze cenniejsze – przybliża nas do odpowiedzi na pytanie, które każdy na pewnym etapie życia sobie zadaje – Co chcę w życiu robić? Jaka jest moja pasja?. Chociaż z pasją wcale nie jest tak łatwo – dziś mówi się, że każdy ją ma, nawet jeśli o tym nie wie, że to świadczy o wartości człowieczeństwa. To tak, jakbyśmy poświęcali naprawdę dużo uwagi węzłom chłonnym. Okej, być może ciężko je od razu wymacać, ale zapewniam cię, gdzieś są – pisze na swoim blogu Andrzej Tucholski. Właściwie trudno znaleźć lepsze podsumowanie studenckich rozterek.

Czy moje obecne studia są związane z pasją? Ciekawe słowo, ta pasja. Moje studia nr 1, czyli medycyna, wiążą się z ciekawością. (…) Ale lekarski daje mi perspektywę rozwoju i pewność, że zawsze będę miała co robić, zawsze będę potrzebna – porusza ten temat Ala. Według niej pasja nie istnieje – lubię biegać, ale czasem bolą mnie nogi. Lubię jeździć konno, ale od trzech lat nie stać mnie na jazdy. Lubię jeździć, ale nie jestem ani podróżniczką, ani turystką. Nie można jednak poświęcać życia na poszukiwanie pasji, bo to działanie z góry skazane na porażkę. Niemożliwe jest spróbowanie wszystkiego, co świat ma do zaoferowania. Obserwuję swoich byłych studentów, chociażby na Facebooku – ten poleciał na Madagaskar, ten działa w NGO, inny w strukturach unijnych, ten wyjechał na projekt, a ten dostał nagrodę. To są bardzo fajne możliwości, których, jak myślę, za moich czasów nie było aż tak wiele. Przez to, że ich przybyło, trzeba się chyba zacząć klonować albo bilokować – komentuje dr hab. Katarzyna Górak-Sosnowska.

Na koniec rozmowy Ala dzieli się ostatnią refleksją: bardzo lubię filmy o wampirach. Trochę się tego wstydzę. Tak, te nowe, z ładnymi wampirami. Dlaczego? W tonach badziewia i kiczu jest tam wyrażone bardzo współczesne pragnienie: pragnienie czasu. Czy nie byłoby wspaniale mieć czas, żeby przeczytać te wszystkie książki, w oryginale też, i jeszcze żeby grać na pianinie, i zwiedzić Sankt Petersburg… To jest coś, na co bym poszła. Poznać więcej, wiedzieć więcej. Wiadomo, nie wiązałoby się to ze szczęściem. Ale i tak bym brała.