Pop art okiem Warhola

Człowiek, który w swej twórczości przeplatał sfery sacrum i profanum. Postać barwna, a zarazem introwertyczna, oryginał wśród twórców będący orędownikiem masowej produkcji – w taki sposób w kilku słowach można opisać Andy’ego Warhola, ikonę światowego pop artu.

Tekst: Ada Eichert

W ostatnich miesiącach Warszawa gościła Andy’ego Warhola podczas wystawy Dali kontra Warhol. Można powiedzieć, że to swoisty powrót artysty do korzeni. Andy Warhol, a w zasadzie Andriej Warhola, urodził się w 1928 r. w Pittsburghu w USA – jego rodzina pochodziła jednak z Europy. Artysta był potomkiem prostych imigrantów ze słowackiej wsi Mikova położonej ok. 10 km od granicy z Polską. Ojciec Andy’ego zmarł, gdy ten miał 13 lat. Znawcy dopatrują się w tym powodów jego patologicznego przywiązania do matki i ułomności emocjonalnej, która skutkowała niemożnością identyfikowania poprawnych granic społecznych przez artystę. Jednakże, co najważniejsze, to właśnie matka zaszczepiła w nim zamiłowanie do sztuki.

Zupa, pieniądze i coca-cola

W 1949 r. artysta wylądował w Nowym Jorku z dyplomem Carnegie Institute of Technology, teczką projektów i zamiarem rozpoczęcia swojej kariery w świecie mody. Na początku niepozornym wyglądem nie przykuwał niczyjej uwagi. W końcu został zauważony przez jedną z dziennikarek modowych, która poleciła Warhola jako projektanta do ekskluzywnego salonu z butami. Od tego momentu jego kariera nabrała tempa. Po kilku miesiącach projekty artysty regularnie pojawiały się w magazynach i reklamach, a jego styl stawał się rozpoznawalny. Sam artysta już na stałe zaczął być wzmiankowany jako „Andy Warhol”, po tym jak pewna znana gazeta przez pomyłkę skróciła jego nazwisko o jedną literę.

Przez następnych kilka lat próbował swoich sił w wielu branżach artystycznych, niemniej bez większych efektów. Ciągłe angażowanie się w świecie biznesu przyniosło jednak doświadczenie, które umożliwiło mu w 1961 r. założenie z sukcesem atelier The Factory. To właśnie tam spod jego ręki wychodziły najznamienitsze dzieła, np. słynna adaptacja Marilyn Monroe (Dyptyk Marilyn). Wchodząc do sali muzealnej stylizowanej na nowojorską pracownię, można było poczuć tamtejsze klimaty – obklejone metalową folią ściany rzucające fantazyjne cienie i spoglądające zewsząd postacie z powielanych sitodrukiem obrazów.

Nazwa „The Factory” też jest nieprzypadkowa. Andy Warhol fascynował się bowiem nie tylko sztuką, lecz także i samym procesem twórczym. W jednym z wywiadów powiedział: Wspaniałe w tym kraju jest to, że Ameryka zaczęła tę tradycję, w której najbogatsi konsumenci kupują zasadniczo te same rzeczy co najbiedniejsi. Możesz oglądać telewizję i zobaczyć coca-colę i wiesz, że prezydent pije colę, Liz Taylor pije colę i pomyśl, że ty też możesz pić colę. Artysta fascynował się równością, konsumpcjonizmem i masową produkcją. To ostatnie wpłynęło bezpośrednio na wybór technik artystycznych stosowanych w pracowni – powielania prac przez sitodruk. Nie jest żadną tajemnicą, że zdecydowana większość prac Warhola replikowana była przez jego uczniów, a tylko podpis umieszczany na każdej z nich wychodził bezpośrednio spod ręki artysty.

Nie taki znowu dandys

Takie działania spotykały się ze sprzeciwem ze strony krytyków – w jednym z artykułów został on posądzony o podnoszenie zwykłych przedmiotów do rangi sztuki oraz profanację artystyczną, gdyż dzieło powinno być niepowtarzalne, a także stanowić dowód wytężonej pracy twórczej. Andy Warhol za nic miał takie komentarze, gdyż to właśnie żyłka biznesmena i kontrowersyjne poglądy umożliwiły mu wspięcie się na szczyt. Według jego słów zarabianie jest sztuką i praca jest sztuką, a dobry biznes jest najlepsza sztuką.

Andy Warhol nie umiał jednak identyfikować granic społecznych, lubił za to na nich balansować, co w efekcie przyniosło mu spory rozgłos. Jego zainteresowanie masową produkcją i uwiecznianie takich przedmiotów jak banan, coca-cola czy unieśmiertelniona przez niego puszka zupy marki Campbell przyniosły mu większą popularność niż ktokolwiek mógł się spodziewać. W ten sposób zyskał potrzebne mu znajomości, które owocowały intratnymi kontraktami. Takim przykładem mogą być Stonsi, dla których miał okazję projektować kilka okładek płyt, np. wzbudzającą liczne kontrowersje okładkę krążka Sticky Fingers – znajdowały się na niej jeansy z rozporkiem, który można było samodzielnie rozpiąć.

Dzieła nieśmiertelne

Niecodzienny wizerunek na pewno dodatkowo podkreśliły metody praktykowane przez Warhola. Jedną z nich była urynizacja obrazów, która ma źródło w pewnym nietypowym zdarzeniu. Otóż kiedyś w obecności artysty jeden z jego rozmówców rozjuszył się, cisnął prezentowany obraz na ziemię i oddał na niego mocz. Ta demonstracja zrodziła nowy pomysł w głowie szalonego twórcy. Zawarte w moczu związki przereagowały ze składnikami farby, tworząc fantasmagoryczne wzory. Praktyki te nie przyjęły się jednak i nawet przez najbardziej zagorzałych fanów były traktowane jako „odrażające”.

Warhol zapewnił nieśmiertelność wielu produktom towarzyszącym ludziom w ich codziennym życiu, ale samego siebie nie mógł ochronić przed śmiercią. Zmarł w 1987 r. w wieku 58 lat po rutynowym usunięciu wyrostka żółciowego. Uważa się, że tak naprawdę zabił go lęk przed szpitalami, gdyż gdyby zgłosił się na operację wcześniej, prawdopodobnie zostałby wyleczony.

Niektórzy krytycy ryzykują porównanie pop-artowego artysty z wielkimi mistrzami. Rzeczywiście nie można zaprzeczyć, że łączy ich wiele, np. otaczające ich zazwyczaj kontrowersje, wybitny talent, łamanie konwenansów czy też społeczna ułomność. Także tak, jak w przypadku wielkich artystów obrazy Warhola zyskały znacząco na wartości już po jego śmierci. 30 lat później Green Car Crash sprzedano za rekordowe 71,7 mln dolarów. Sprawdziło się zatem stwierdzenie artysty, że biznes jest najlepszą sztuką.

No votes yet.
Please wait...