Światła małego miasta

Małomiasteczkowość i jej definicja w kulturze często spotykają się z pogardą wykształconych z wielkich ośrodków. O oddalonych od wszystkiego, najmniejszych miejscowościach opowiada Agata Grabowska, pomysłodawczyni i współtwórczyni projektu badawczo-reportażowego Światła Małego Miasta.

MAGIEL: Co to znaczy być z małego miasta?

Agata Grabowska: Tak naprawdę to nie znaczy nic. Byłam przekonana, że będzie to pewnego rodzaju obciążenie, że dla ludzi, którzy nadal tam mieszkają, okaże się to ważnym elementem tożsamości. Spodziewałam się, że w dużej mierze to będzie opowieść o wielkości miast. Nie do końca tak jest. Oczywiście, silny patriotyzm lokalny istnieje – jestem wyśmierzaninem, jestem krotoszynianinem, ale nie jestem z małego miasta. Ja jestem z Krotoszyna, a nie z małego miasta! Rozmiar nie stanowi elementu tożsamości.

Czy pochodzić z jakiegoś miejsca to znaczy pamiętać o historii, często niełatwej?

Niestety to w ogóle tego nie oznacza. To znaczy, że moi rodzice i dziadkowie tu mieszkali. Kompletnie nie ma znaczenia to, że wcześniej mieszkali tu Żydzi, było tu coś większego niż ja, był wielki majątek albo zakład przemysłowy. Opowieści o takiej historii w ogóle nie stanowiły spontanicznego elementu narracji. Jestem tu, bo moja matka się tu urodziła, tu chodziła do szkoły. Ta pamięć jest krótka. Kiedy podczas projektu rozmawialiśmy z dwudziestolatkami, okazało się, że oni często nie do końca pamiętają nawet, czy dziadkowie urodzili się w tej samej miejscowości. Jak zatem mówić o czterech pokoleniach wstecz? Często do dwóch pokoleń wstecz należeli ci przejmujący pożydowskie lub poniemieckie mienie. Stąd brak rodzinnych opowieści pod tytułem Duma i Chwała. Bywało tak, że przed odwiedzinami małych miejscowości odrabialiśmy lekcję z ich historii i pytaliśmy: A co jest teraz w tym zakładzie?. Odpowiedź brzmiała często: Ale w jakim zakładzie? Jakiej papierni?. Mieszkańcy Połczyna Zdroju nie wiedzieli, że kiedyś było tam sanatorium zatrudniające 1300 osób, czyli połowę liczby mieszkańców. Było dla mnie ogromnym zaskoczeniem, że przechodząc codziennie obok tego wielkiego basenu, który zieje pustką, nie zadali pytania, co to jest.

Próbowaliście wkupić się w ich łaski. Czy to jest możliwe w małych miasteczkach?

Ludzie mają ogromną potrzebę opowiadania o sobie. W końcu przyjeżdża ktoś, kto nie ma nic innego do roboty, tylko słuchać o twoim mieście, ale tak naprawdę o tobie. Czasem trudno te wywiady zakończyć, zwłaszcza w okolicznościach sprzyjających rozmowie. Nasi badacze dostali zalecenie, żeby raczej nie umawiać się na rozmowę, która potrwa godzinę w kawiarni, tylko znaleźć naturalne środowisko, w którym ludzie mają czas – na placu zabaw, w parku, na straganie, za ladą w sklepie. Dawaliśmy ludziom przestrzeń na opowieści biograficzne. W efekcie trudno było się rozstać. Do tego ciągłe: A kiedy to będzie? Czy ja wystąpię?. Ludzie chcieli być fotografowani, opisywani. Dziś, po publikacji książki, spędzam godziny tygodniowo na odpisywanie na wiadomości typu: Dlaczego nie napisaliście o OSP w Koźminie, przecież mamy tu tyle ciekawych działań?!. Myślę, że to nie jest typowo małomiasteczkowe.

Wspomniałaś o czasie. Co go dla tych ludzi definiuje i jak on płynie?

To, że czas płynie wolniej jest oczywiste, tego się spodziewaliśmy. Myślałam jednak, że biegnie inaczej, że punktem granicznym jest godzina 16.00. W rzeczywistości większość życia toczy się do 15.00. Potem urzędy są zamknięte. Po 15.00 przeprowadzenie wywiadu z włodarzem miasta czy proboszczem graniczy z cudem. Im mniejsze miasto, tym bardziej rytm życia jest związany z naturą. Granica ze wsią się zaciera w większości najmniejszych miast. Tam, gdzie są szklarnie, w sierpniu o 4.30 trzeba rozsiać pierwsze nawozy. W większych miasteczkach widzimy większą sezonowość. Wprawdzie nie odwiedzają ich turyści, ale latem tam się po prostu dzieje. Festyny, odpusty, gale disco polo. Zimą za to nie dzieje się nic. Słychać narzekania, że pod koniec września to właściwie się usypia i śpi do marca (oprócz tego, że jeśli rynek jest oblodzony, to można kręcić autem kółka). My badanie przeprowadzaliśmy z kolei w lecie – w 35 miasteczkach, które odwiedziliśmy, miało wtedy miejsce w sumie 100 dużych wydarzeń. To sporo. Cosuhovia Dance w Kożuchowie zgromadziła 12 tys. ludzi choć Kożuchów ma 9 tys. mieszkańców.

A potem przychodzi październik, wracasz z pracy o 15.00. Co można robić, kiedy nie ma co robić?

Ja na pewno nie kończę pracy o 15.00, przecież to jest środek dnia. Nawet teraz oderwałeś mnie od pisania raportu [rozmawiamy o 21.00 – przyp. red.]. Często robiliśmy wywiad w pracy, ale jeśli się udawało, to szliśmy do domów z ludźmi. Wtedy zaczyna się krzątanie. A to tu coś zrobić, a to kompot nastawić, a to coś obejrzeć, a to odebrać dzieci ze szkoły… Trzeba pamiętać, że 65 proc. mieszkańców małych miast mieszka w domach, a przy domu jest zawsze coś do zrobienia. Dopiero o 18.00 zaczyna się konsumpcja mediów, głównie telewizji. W opozycji istnieje wielkomiejskie podejście do czasu wolnego – jest czas na zajmowanie się domem, ale każdy ma też me time. W małych miasteczkach to w ogóle nie występowało. Co więcej, ludzie nie mieli takiej potrzeby. Kiedy pytaliśmy, co robią tylko dla siebie, patrzyli na nas jak na kosmitów. Odpowiadali: No ale jak dla siebie? Ja się nie czuję na tyle przytłoczony, żebym (czytaj: ucieczkowo) musiał robić coś tylko dla siebie.

Czyli z jednej strony jest czas, ale z drugiej strony ciągle ktoś patrzy.

Z perspektywy socjologa to najciekawszy element badania. Najbardziej mnie zdziwił i zainteresował. Oczywiste jest, że im mniejsza społeczność, tym większa kontrola społeczna, ale stopień tej kontroli był dla mnie zaskakujący. Nauczycielka z tatuażami była tak szykanowana, że w końcu dyrekcja powiedziała, że albo to sobie usunie, albo musi się wynieść ze szkoły. Nie była inked girl, miała tylko tatuaż na przedramieniu. Każda najmniejsza odmienność jest piętnowana. W Koźminie Wielkopolskim odwiedzałam panią prowadzącą sklep jubilerski. Przez cały dzień sprzedawałyśmy okolicznościowe wytłoczki ze srebra. W pewnym momencie ściszyła głos i powiedziała: A wie pani, że u nas to jest jeden asfalt?. Okeej… – myślę – a ona: Tak! – mówi – Całkiem afrykański! Mieszka już pięć lat!. W Koźminie jest taka blaszana, kryta sidingiem budka z lodami. Ta buda jest tam najważniejszym miejscem. Jako że stoi w samym środku rynku, to zawsze są do niej kolejki – nawet w czwartek o 13.00. Tam dokonują się decyzje, kto jest kim. Dawniej, kiedy afrykański bohater tylko zbliżał się do budki, to mówili mu, że lody się skończyli, rozumiesz? Potem udało mu się wżenić w znamienitą Koźmińską rodzinę, która ma największą farbiarnię w okolicy. Juras, miejscowy przedsiębiorca, największy bonzo, przekonał się do niego. Pojechał do tego afrykańskiego kraju i okazało się, że ma do czynienia z najstarszym synem, który odziedziczy ziemię. Zrobił zdjęcia, wrócił i powiedział w Koźminie, że można mu lody dawać. I kiedy teraz zięć Jurasa odwiedza lodziarnię, to zawsze dostaje Maxi Rożka.

Jak wygląda podział na swoich i obcych?

Ktoś o innym kolorze skóry, innej etniczności stanowi ekstremalny przykład, ale samo zjawisko dotyczy wszystkich. Istnieje bardzo konserwatywny mechanizm wykluczenia – czy jesteś nasz, czy obcy i jakie przewiny o tym decydują. Wystarczy, że nie karmisz piersią albo jesteś gejem – tego ludzie nie akceptują bardziej niż niechodzenia do kościoła. Brak aprobaty wyrasta z lęku. Mówi się, że wielka polityka nie obchodzi małych miast, ale pewne tematy są powielane i w wybiórczy sposób bolesne. Jest ogromna obawa, ogromny lęk przed uchodźcami w miejscach, w których szansa na zawitanie jakiegokolwiek z nich jest żadna. W Czempinie, maleńkiej miejscowości w okolicach Poznania, jest 9 zakładów fryzjerskich – 9 zakładów na trzytysięczny Czempin to dosyć dużo. Odniosłam tam wrażenie, że celem ich istnienia nie jest zysk – często znajdują się na parterach domów i wiele z nich przędzie cienko. Jedna z właścicielek zapytana, czy nie boi się konkurencji innych zakładów odparła, że tak naprawdę to ona się boi ciapatych i tego, że przyjdą i podłożą bombę pod jej zakład. W związku z tym mąż śpi teraz na zapleczu, bo jak będzie trzeba, to pogoni.

Po całym projekcie zaczęłaś śledzić relacje masowych mediów właśnie z takich miejsc. Jakie są największe różnice między tym, co relacjonują, a tym co zaobserwowałaś sama?

Ludzie są bardzo konformistyczni i konserwatywni. Z kolei w mainstreamowych mediach pojawiają się wyłącznie kontrowersyjne wydarzenia. Kiedy widzę nazwę, która brzmi jak małe miasteczko, to w dziewięciu na dziesięć przypadków relacjonowana jest dziwaczna historia typu: pani w Rawie Wyżnej ukradła psujące się mięso i robiła sobie z niego okłady. To mnie strasznie denerwuje, ale co zrobić? Z małych miasteczek robi się bestiarium, podczas gdy w rzeczywistości wszyscy starają się równać do średniej. Kiedy w Czempinie modna jest jakaś fryzura, to po prostu wszystkie panie strzygą się tak samo. Można też zaobserwować silną rytualizację zachowań – jak się idzie na mszę, to się idzie zawsze na dwunastą do kościoła w parku, a na lody do tej, a nie innej budy. Wszyscy wiedzą, że właśnie tak należy się zachowywać.

Czy ten konformizm może wypływać z mało licznej grupy? Napięcia związane z władzą i chęcią przypodobania się tej władzy są wtedy duże.

Tak, oczywiście. Tam wszystko zależy od tego, czy ksiądz proboszcz krzywo na ciebie spojrzy i nie ochrzci ci dziecka. W miejscach takich jak Raciąż, gdzie jest bardzo biednie, jak się będziesz wychylać, to nie dostaniesz mieszkania komunalnego. W związku z czym starasz się nie wychylać, prawda? Nie masz innej opcji. Nie kupisz na kredyt, nie przeniesiesz się do innej dzielnicy… Spodziewałam się, że konserwatyzm jest proporcjonalny do wieku, bo generalnie tak to jest. Tam nie. Bardzo młodzi ludzie byli bardzo konserwatywni i prezentowali konformistyczne postawy wobec życia. Zaskoczyło mnie to, bo spodziewałam się, że młodzi raczej ciągną do otwartości. 

Wracając do władzy: kto rządzi tymi małymi miasteczkami? Jak władze wpływają na codzienność tych miejscowości?

Pleban, wójt i pan, czyli przedsiębiorca. W większości miejsc jest jeden taki przedsiębiorca. Istnieją takie miasta, w których najważniejszą rolę odgrywa burmistrz. W Czarnem burmistrz rządzi już kolejną kadencję. Żyje w symbiozie z proboszczem, który też tam mieszka już od dwudziestu trzech lat. I jeśli do tego dołączy jeszcze przedsiębiorca, to wszystko odbywa się w triumwiracie. Spodziewałam się, że zjawiska typu święcenie samochodów istnieją, ale ich skala… Tam wszystko musi być poświęcone. Żłobek w Czarnem był święcony przez sześciu księży, w tym dwóch biskupów. Czarne nie jest zbyt wielkie. Nie wystarczyłby może jeden ksiądz?

Skąd to wynika? Myślisz, że ci ludzie tego chcą czy po prostu potrafią to przemilczeć?

Ja tak trochę myślałam, że się zgadzają dla świętego spokoju, ale w wielu miejscach tego chcą. To im daje poczucie trwałości i bezpieczeństwa. Bo jak coś, to ksiądz z burmistrzem obronią nas przed uchodźcami, obcymi, kimś, kto mógłby przyjść do tej sielskiej rzeczywistości i narozrabiać. Ludzie oczywiście deklarują, że są układy, konszachty, ale z drugiej strony to swoje, więc lepsze układy. W związku z tym lepiej, żeby oni rządzili nami niż gdybyśmy na przykład musieli się rządzić sami i decydować w procesie współrządzenia, współodpowiedzialności, konsultacji społecznych. Lepiej, że mamy tego samego burmistrza czwartą kadencję, a najlepiej to syna poprzedniego burmistrza, bo on jest swój, a to stanowi najważniejsze kryterium. W związku z tym czasem pojawia się problem w przypadku przysyłanych z zewnątrz księży – żeby ten ksiądz się wkupił. Musi zacząć bywać u wójta i u pana. Straszny problem jest, jak są młodzi księża, którzy mają 28 lat i nie chcą imprezować z sześćdziesięciotrzyletnim burmistrzem. Ale jak ksiądz zacznie bywać, to jest zaakceptowany.

Pan to ktoś, kto ma przedsiębiorstwo, więcej pieniędzy. Do jakich zabiegów panowie ograniczają swój wpływ na losy tych miasteczek? Czy są przez ludzi akceptowani?

Z jednej strony ludzie są dumni, bo to jest nasz, a z drugiej strony pojawia się ogromna zawiść, o to, że mury budują, jeżdżą na wakacje… Miałam poczucie, że sukces nie jest dobrze odbierany. Zauważyliśmy w Krasnogrodzie, że ludzie jeżdżą do samego Zamościa kupić sobie wycieczkę tak, żeby nikt nie wiedział. Jadą na te Seszele, udając, że nad polskie morze. Wracają, mówiąc, że była beznadziejna pogoda, a opalenizna jest z solarium.

To dotyczy tylko zamożnych?

Podobnie jest z tymi, którzy pieniędzy mają mniej – powinni wydać je na rzeczy godne, a nie na bluzkę. Występuje bardzo niska akceptacja dla wydawania pieniędzy na przyjemności, poddaje się to ocenie społecznej, jest widoczne i komentowane. Nawet w Wyśmierzycach jest Magdalenka, osiedle paru domków, które należą do majętnych. To ludzie, którzy dystans 500 metrów pokonują samochodem, stanowiącym wyznacznik statusu.

Tam się chyba nie jeździ rowerem ze względu na life style?

Absolutnie nie. W niektórych miastach pobudowano ścieżki rowerowe, z których nikt nie korzysta. Jeśli się na rowerze jeździ to znaczy, że się jest biednym. W Wyśmierzycach jeden woził rowerem siano i grabie, bo gdzieś tam się najmował do pracy, a drugi za niewielką opłatą woził pielgrzymom walizki i zarabiał w ten sposób na tanie piwo.

Wspomniany brak zrozumienia to chyba niejedyny deficyt, z którym borykają się małe miasta.

Z jednej strony są nowe ronda i wszechobecna kostka Bauma, są te wszystkie orliki. Władze starają się, żeby było ładnie, choć zazwyczaj niestety jest brzydko. Myśleliśmy, że tam rzeczy dzieją się powoli, ale jednak do przodu. Tymczasem to są bardzo często narracje o utracie. Nawet mieszkańcy koło czterdziestki mówią o rzeczach, które za czasów dzieciństwa były, a teraz już ich nie ma. Po pierwsze – dworce kolejowe. Utrata dworca kolejowego jest przejmującym doświadczeniem. I wcale nie dlatego, że ludzie chcą gdzieś dojechać, bo ludzie generalnie mają samochody (w ogóle w małych miasteczkach samochodów jest średnio najwięcej). Tak naprawdę chodzi tylko o to, że to jest swego rodzaju degradacja, że dworca nie ma. Został tylko budynek, nie ma pociągów i nie ma stacji. O tym wszyscy mówią z wielkim żalem. Po drugie domy kultury, kina.

I to kino jest tak ważne?

Z jakichś powodów to bagatelizowałam. Wydawało mi się że skoro jest Internet i VOD, to nie ma za czym tęsknić. Tymczasem w ogóle nie o to chodzi, chodzi o chodzenie do kina. Chodzi o to, żeby być widzianym, móc się z kimś umówić. Co więcej w wielu miejscach sala po starym kinie nie jest w ogóle wynajęta i straszy pustką. Domy kultury w niektórych miastach wciąż istnieją. Jeśli nie, to w ich gmachu jest Żabka. Kolejną rzeczą, której dziś często nie ma, a w niektórych miejscowościach była, to dom zdrojowy, publiczna jadłodajnia – miejsce, które istniało niezależnie od tego, jak przędło. Potem przyszła epoka kapitalizmu i takie lokale zniknęły. Można to podsumować tak: jest Biedronka i jest coś jeszcze, ale nie ma miejsca, do którego można pójść i po prostu pobyć, spotkać się na kawę albo na wódeczkę.

Z tej tęsknoty muszą chyba wypływać jakieś inicjatywy?

Są tacy, którzy wracają do swoich miast i próbują otworzyć lokal, kawiarnię, ale niestety to się często nie udaje – ciągłość korzystania z usług tego typu została zerwana. Nawet jak coś się otwiera, to ludzie nie chodzą tam na tyle często, żeby te miejsca mogły się utrzymać. Jednocześnie ci, którzy je prowadzą, nie mają na tyle środków i cierpliwości, żeby przez rok dokładać do interesu. Rezygnują, więc zanim przyzwyczajenia się zmienią, to lokal znika. Tak to wygląda – można się spotykać po domach, ale jeśli chce się wyjść na kawę, trzeba gdzieś jechać. To stanowi dużą barierę – dziesięć kilometrów do trochę większego miasteczka na jedną kawę (i to koniecznie samochodem, bo po 16.00 nigdzie nie dojedziesz PKS-em). Dlatego festyny w sezonie wywołują tak wielką radość – powstały właśnie w wyniku potrzeby bycia razem, świętowania w przestrzeni publicznej – potrzeby, której przez większą część w roku nie da się zaspokoić.

Lato w małym miasteczku… Skąd wam na to wszystko przyszedł pomysł?

Wziął się z dyskusji z Oskarem Żyndulem. Doszliśmy do wniosku, że funkcjonuje dyskurs pogardy wobec ludzi z tej klasy społecznej. Zdaliśmy sobie sprawę, że nie wiemy, jak żyje pozostała część Polaków. Większość ludzi żyje inaczej niż my. A jednak my, jako badacze, jeździmy na badania najdalej do Radomia, do Puław albo Skarżyska Kamiennej. Nie jeździmy tam, gdzie nie ma fokusowni [miejsca do badań fokusowych – przyp. red.]. W związku z tym w Puławach wszyscy są już przebadani osiem razy. Mamy zatem strasznie przekłamany obraz tego, jaka jest Polska. W miejscowościach liczących poniżej 20 tys. żyje dwadzieścia milionów Polaków. To jest naprawdę ogromna liczba . A przecież wieś a małe miasto to jest zupełnie co innego.

A miasto też nie ma jednej homogenicznej definicji.

No nie ma! Uznaliśmy, że o tych maleńkich miastach to nikt nie pisze, i to jest coś, co nas interesuje. Prawda jest też taka, że to nie kosztowało mało. Wybraliśmy w końcu miasta, które są oddalone od wszystkiego. Na przykład z Krakowa do Józefowa jedzie się trzynaście godzin, a to jest 400 kilometrów.

Wasz projekt jest dopełnieniem Miasta Archipelagu Filipa Springera?

Ten projekt wziął się z Archipelagu. Dokładnie rok temu Filip Springer był gościem kongresu PTBRiO [Polskiego Towarzystwa Badań Rynku i Opinii – przyp. red.]. Część reakcji była krytyczna – mówiono, że gdyby w te miejsca pojechali badacze, to byłoby inaczej. Pomyślałam wówczas, że może warto tam posłać zarówno badaczy jak i reporterów i zobaczyć co dzieje się oczko niżej.

I jakie są twoje wrażenia? Moim zdaniem Springer opisuje byłe wojewódzkie miasta w sposób dość reprezentatywny.

Też mam takie wrażenie. Może reporterzy nie ogarniają wielu historii, ale bardziej się w nie wgłębiają, poświęcają im więcej czasu. Myślę, że badacz i reporter to osoby, które mają podobne okulary, widzą podobne rzeczy. Trochę inaczej je opisują – my mówimy o verbatimach [cytatach z badania jakościowego – przyp. red.], oni o bohaterach, ale to są bardzo podobne zagadnienia. Cieszę się, że to oczko poniżej Archipelagu zeszliśmy.

Warto było to przeżyć? Co cię najbardziej zaskoczyło?

Największym zdziwieniem był wspomniany już poziom kontroli społecznej. Kolejną rzeczą było to, jak mocno ludzie do tych miejsc są przywiązani. Są z nich naprawdę zadowoleni. Chcieliby pewne rzeczy zmienić i nie jest tak, że myślą tylko o tym, żeby uciec. Ja z kolei z początku jechałam do nich z wielkomiejskim przekonaniem, że tak właśnie jest. Inaczej spojrzałam też na swoje życie, na to, co dla mnie jest ważne, na to, że chcemy więcej, szybciej, bardziej. Pozazdrościłam mieszkańcom spokoju małych miast. 

Światła Małego Miasta

Projekt badawczo-reporterski, którego celem było zbadanie i opisanie życia codziennego w najmniejszych polskich miasteczkach, czyli takich, w których żyje mniej niż 20 tysięcy mieszkańców. Projekt prowadzi Instytut Reportażu i PTBRiO przy wsparciu Orange i PBS. Z 704 miast poniżej 20 tysięcy mieszkańców obejmuje te, które są oddalone przynajmniej 80 kilometrów od najbliższego miasta wojewódzkiego i nie mają charakteru turystycznego, konotacji historycznych ani innych specyficznych cech. swiatlamalegomiasta.pl

Agata Grabowska

Doktor socjologii. Dłuższy czas związana z IFiS PAN, a potem ze światem reklamy. Obecnie prowadzi własny butik koncepcyjny, gdzie zajmuje się zmianą zachowań za pomocą narzędzi wywodzących się z ekonomii behawioralnej, a także strategią marek. Pomysłodawczyni projektu Światła Małego Miasta. Absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu, założycielka Grupy Reporterskiej Głośniej. Prywatnie piecze pod marką Panna Kotta i zbiera torebki vintage.

No votes yet.
Please wait...