Czas na Pjongczang

Organizatorzy zbliżających się zimowych igrzysk olimpijskich napotykają szereg problemów. Nie dość, że sprzedaż biletów idzie opornie, to jeszcze agresywna polityka Kim Dzong Una, lidera sąsiadującej Korei Północnej, stanowi dodatkowe zagrożenie. Czy w tej sytuacji uda się zachować olimpijski spokój?

Tekst: Anna Ślęzak

fot. Ourawesomeplanet

Coraz mniej czasu dzieli nas od zimowych igrzysk olimpijskich w Pjongczangu, które zostaną rozegrane w lutym 2018 r. Południowokoreańskie miasto będzie gospodarzem po raz pierwszy w historii, przez kilkanaście dni skupi na sobie uwagę niemal całego sportowego świata. Niejasne jednak pozostaje, czy dochody pozwolą na pokrycie ogromnych wydatków, przeznaczonych głównie na rozbudowę infrastruktury. Obecna promocja zawodów nie wydaje się gwarantować pełnych trybun. Jakie są przyczyny sygnalizowanej porażki marketingowej? Czy misja niemożliwa w wydaniu południowokoreańskim może się w ogóle powieść?

Na narty do Azji

Jednym z aspektów mogących wpłynąć na brak sukcesu komercyjnego jest lokalizacja i otoczenie kulturowe przyszłorocznych zawodów. Wielce prawdopodobne, że to właśnie tutaj leży przyczyna niewielkiego zainteresowania biletami na areny w Pjongczangu i Gangneungu. Z perspektywy Europejczyków – największej grupy entuzjastów sportów zimowych – gospodarz nadchodzących igrzysk jest dość egzotyczny i niewielu pasjonatów zdecyduje się na tak daleką podróż, by na żywo móc wspierać swoich idoli. Problemem wydają się w dużej mierze wysokie koszty podróży oraz pobytu w Korei Południowej. Co prawda staje się ona coraz popularniejszym kierunkiem turystycznym, jednak głównie dla ludzi młodych, pasjonatów tamtejszej kultury. Sportowe tradycje mieszkańców tych terenów nie opierają się natomiast na dyscyplinach zimowych. Na dodatek podczas igrzysk ceny w otoczeniu wioski olimpijskiej i sportowych aren z pewnością wzrosną, co stanie się przeszkodą nie do przejścia dla wielu potencjalnych turystów. Z tego powodu z wyjazdu do Pjongczangu zrezygnuje większość kibiców z Europy Środkowo-Wschodniej, w tym choćby Polacy – naród zakochany w skokach narciarskich, stanowiący najliczniejszą grupę fanów na niemal każdych europejskich zawodach w tej dyscyplinie. Przeciętnie sytuowanego Polaka nie stać na taką eskapadę, dlatego ograniczy się do wspierania naszych rodaków sprzed ekranu telewizora. Tacy kibice z kolei generują o wiele mniejsze zyski dla organizatorów. Sami Koreańczycy skupiają swoją uwagę głównie na rywalizacji w łyżwiarstwie szybkim i figurowym. Dlatego akurat te konkurencje nie narzekają na brak zainteresowania, a bilety wyprzedają się w bardzo szybkim tempie. Jeśli organizatorzy nie znajdą remedium na puste trybuny podczas pozostałych zawodów, igrzyska mogą stać się finansową porażką.

Problematyczny sąsiad

Pjongczang nie wydaje się dziś najlepszym wyborem również z innego powodu: zagrożenia ze strony najbliższego sąsiada – Korei Północnej. Kim Dzong Un usilnie stara się pokazać światu siłę militarną swojego państwa. Przywódca kraju sąsiadującego z gospodarzem igrzysk nie szczędzi środków, by udowodnić, że jest w stanie zniszczyć dowolny region świata. Jak dotąd na dogadzaniu jego manii wielkości, czyli testowaniu nowych rodzajów broni masowego rażenia, cierpią głównie inne państwa Dalekiego Wschodu – wśród nich właśnie Korea Południowa. Region znajduje się w stanie permanentnego zagrożenia, co nie sprzyja sukcesowi marketingowemu igrzysk. Dodatkowo komunistyczny reżim odrzuca wszelkie oferty „zawieszenia broni” – nie chce korzystać z dzikich kart czy środków, które MKOl jest gotowy przeznaczyć na występ jego sportowców. Oznacza to, że na igrzyskach nie zobaczymy zawodników z tego kraju – poza jedną parą łyżwiarską, która jednak trenuje w Ameryce Północnej i zdecydowanie odcina się od wpływu własnego państwa. Ani organizatorzy, ani MKOl nie są w stanie zagwarantować, że igrzyska przebiegną w pokojowej atmosferze, a niewielu kibiców chce wystawiać się na ryzyko. Choć Korea Południowa ze swojej strony mistrzowsko dba o bezpieczeństwo aren, to nie może przewidzieć, co zaplanuje Kim Dzong Un. Jeżeli w krótkim czasie Koreańczycy nie zaprezentują nam naprawdę dobrej strategii marketingowej, która skutecznie odwróci uwagę od niebezpieczeństwa, podczas igrzysk zobaczymy doskonałe pojedynki przy pustych trybunach. Można się zastanawiać, czy polityczne rozgrywki i puste trybuny nie odbierają sportowej rywalizacji dreszczyku emocji.

Z dopingowiczami czy bez?

Wątpliwe na ten moment jest również, jak wielu kibiców i działaczy z Rosji pojawi się na igrzyskach. Naród słynący z wieloletnich tradycji w konkurencjach zimowych tym razem prawdopodobnie w bardzo małym stopniu zaangażuje się w kibicowanie przed ekranami telewizorów i na południowokoreańskich arenach zmagań. Co więcej, wciąż nie wiadomo, czy pojawią się na nich rosyjscy sportowcy. MKOl nie podjął jeszcze ostatecznej decyzji co do ich występu w związku z aferą dopingową, która ciągnie się za zawodnikami Sbornej od kilku lat. Pewne jest już natomiast, że na igrzyska nie pojadą dwaj przedstawiciele biegów narciarskich, w tym mistrz olimpijski Aleksander Legkow. Rosjanie nie zgadzają się z taką decyzją i wnieśli odwołanie od wyroku wykluczającego ich z występu na igrzyskach. W ogóle nie wzięto pod uwagę rozmaitych ekspertyz i dokumentów, wynajęty przez MKOl specjalista ds. medycyny sądowej uznał, że nie można jednoznacznie stwierdzić, że przy próbkach Legkowa ktokolwiek manipulował – komentował niemiecki adwokat biegaczy, Christof Wieschemann w rozmowie z redaktorem sports.ru. Jak na razie jednak wygląda na to, że dwóch rosyjskich zawodników w Pjongczangu nie zobaczymy. Z tego powodu liczba kibiców Sbornej może się zdecydowanie zmniejszyć w porównaniu z poprzednimi igrzyskami olimpijskimi. Natomiast sama afera dopingowa jest już o tyle powszechnym tematem, poruszanym od wielu miesięcy w mediach, że nie generuje dodatkowego zainteresowania imprezą sportową. W ten sposób bojkot rosyjskich zawodników staje się kolejną przyczyną kalkulacji, że igrzyska nie okażą się sukcesem dla Koreańczyków.

Szansa dla Korei

Co może być atutem nadchodzących igrzysk? Według serwisu Gracenote, który zajmuje się prognozowaniem wyników zawodów, przyszłoroczne zmagania zostaną zdominowane przez indywidualności, między innymi Niemkę Laurę Dahlmeier w biathlonie i Austriaka Stefana Krafta w skokach narciarskich. To tym sportowcom wróży się zdobycie kompletu krążków. Jeżeli prognozy okazałyby się trafne, większość indywidualnych konkurencji mogłaby przypominać teatr jednego aktora. A choć kibice kochają wyrównaną rywalizację, dominacja jednego sportowca – jak przed czterema laty Kamila Stocha – jest zazwyczaj szerzej komentowana przez media. Z pewnością rekordowe osiągnięcia indywidualne czy też drużynowe (jak wróżą sobie Norwegowie) zdecydowanie podniosłyby notowania tych zawodów. Na pierwszy plan wybija się również postać Marit Bjørgen, która w wieku 38 lat jest klasą sama dla siebie. Prawdopodobnie w kulminacyjnych momentach igrzysk rzesze widzów rzeczywiście będą gromadzić się przed telewizorami. Nie gwarantuje to jednak rekordowych zysków, a czy może w takim razie wypromować Koreę Południową jako kierunek zimowych wypraw? Wydaje się to zagadką nawet dla organizatorów.

Nowe horyzonty

graf. Jan Franciszek Adamski

Hasło nadchodzących igrzysk brzmi „Nowe horyzonty”. W związku z nim nasuwa się pytanie, co jego autorzy mieli na myśli? Jak dotąd bowiem pionierski wydaje się tylko gospodarz zawodów. Organizatorzy liczą na to, że igrzyska będą krokiem naprzód, m.in. dla branży turystycznej. Kibicom pozostaje oczekiwać dobrego widowiska sportowego bez elementów rozgrywek politycznych. Pozostaje czekać na zwycięskie posunięcie Koreańczyków i wielkie występy olimpijczyków – wtedy sportowy duch obroni się sam.

No votes yet.
Please wait...