Węże brać będą

Jedna wiadomość w lokalnej prasie doprowadziła do powstania opowieści o zagubieniu, rozpadzie, ale i odnajdywaniu mistycznego tego czegoś. A także do napisania osobliwego, a zarazem prywatnego reportażu.

W 1993 r. Dennis Covington skończył pisać Zbawienie na Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach, w 2016 r. wydawnictwo Czarne postanowiło wydać tę publikację w Serii Amerykańskiej. Zdecydowanie był to dobry ruch, reportaż ten wymyka się bowiem rozsądkowi, a już na pewno wychodzi poza schematy przypisywane religii chrześcijańskiej w Polsce. W kraju nad Wisłą niezaprzeczalną większość stanowią wierni Kościoła rzymskokatolickiego, potem są prawosławni, świadkowie Jehowy i dalej wyznawcy różnych odłamów protestantyzmu. Zróżnicowanie jest niewielkie, a działalności kilku Kościołów ewangelickich nie można porównywać do sytuacji w Stanach Zjednoczonych, trudno ją sobie nawet wyobrazić. W USA istnieją bowiem zbory, w których w trakcie nabożeństw bierze się do rąk węże, zgodnie ze słowami Jezusa z Ewangelii św. Marka 16, 17–18: A takie znaki będą towarzyszyły tym, którzy uwierzyli: w imieniu moim demony wyganiać będą, nowymi językami mówić będą,| węże brać będą, a choćby coś trującego wypili, nie zaszkodzi im. Na chorych ręce kłaść będą, a ci wyzdrowieją [cyt. za Biblią Warszawską]. Kościoły wężowników (snake handling churches) praktykują ponadto picie trucizn, mówienie językami i wypędzanie demonów. Covington w swoim reportażu skupia się jednak przede wszystkim na akcie brania węży do rąk.

 

Sprawy potoczyły się jednak inaczej. Z czasem dołączyłem do ludzi, których chciałem opisywać, i stałem się jednym z nich – patrząc wstecz, dostrzegam, jak łatwo było to przewidzieć. Przecież sam tak bardzo ich przypominałem: biedny młodociany łowca węży z Południa, lubiący ryzyko i tęskniący za doświadczeniem religijnej ekstazy.

 

Impulsem do zainteresowania się tym tematem był proces Glenna Summerforda – kaznodziei i pastora jednego z kościołów wężowników. W pijackim amoku próbował on zabić swoją żonę, a wcześniej sprawił, że ugryzł ją jadowity wąż. To właśnie rozprawa jest początkiem drogi Covingtona. A ta, jak na reportaż, wydaje się dość osobliwa. Autor zaczyna od obserwacji nabożeństw, zresztą pierwsze, na które trafia, odbywa się bez brania węży do rąk. Poznaje ludzi ze wspólnot, podróżuje po kolejnych kościołach, bierze udział w nabożeństwach, nie zauważa, gdy sam staje się częścią zboru i postanawia nie tylko wygłosić kazanie, lecz także wziąć do ręki węża. Przy okazji tej podróży zarówno metaforycznej, jak i geograficznej po kolejnych kościołach na południu Stanów odkrywa swoje rodzinne powiązania z ludźmi od węży (snake handlers).

 

Zacząłem nawet modlić się o to, bym został namaszczony do brania węży do rąk. Mniej więcej w tym czasie zapomniałem, że miałem napisać książkę.

– Cofnij się – poradził mi Don Fehr [wydawca]. – Jesteś zbyt blisko swych bohaterów.

 

Zbawienie na Sand Mountain to reportaż prowadzony z osobistej perspektywy, nie zaburza ona jednak odbioru. Nie jest to banalny zapis pamiętnikarski, ale raczej połączenie reporterskiego warsztatu z prywatnymi przemyśleniami i odczuciami, które mimo swojego intymnego charakteru – autor pisze przecież o wierze – nie są nachalnie moralizatorskie czy sentymentalne. W tym tkwi siła publikacji. Pisanie o religii mogłoby się wydawać czymś nazbyt prywatnym, a zarazem w kręgu polskiego katolicyzmu – nazbyt umoralniającym. U Covingtona pojawiają się oczywiście kazania wygłaszane podczas nabożeństw – to akurat słabsze fragmenty książki – ale są to tylko cytaty. Przedstawiają one kolejne części układanki, a z niej wyłania się obraz wspólnot wężowników. Niemniej autor nie próbuje nikogo nawrócić czy przekonać do dość oryginalnych praktyk. Mimo że sam odnajduje się w tym świecie, nie staje się jego orędownikiem.

 

Ludzie od węży przygarnęli mnie, ale niczego nie narzucili.[…] Ja zacząłem o nich myśleć jako o prawdziwych chrześcijańskich mistykach, legitymujących się dziedzictwem tak rewolucyjnym, głębokim i nie z tego świata, że oficjalna religia nie miała innego wyboru i musiała je odrzucić.

 

Covington nie ma ambicji kaznodziejskich, pokazuje za to pewną mistyczną wspólnotę zarówno z jej dobrodziejstwami, jak i przewinieniami; ta wspólnota zarazem fascynuje i przeraża. Trzymanie w domu jadowitych, dzikich węży i branie ich do rąk wydaje się bardzo lekkomyślne, szczególnie że nierzadko uczestniczą w tym dzieci. Notabene przez wiele lat kościoły wężowników były ścigane prawnie – w niektórych stanach wprost zakazywano brania tych gadów do rąk. Z drugiej strony jest to praktyka religijna – czy więc musi ona być racjonalna, zdroworozsądkowa? Tych pytań nie zadaje Covington, niemniej dzięki lekturze jego reportażu można zdobyć inne spojrzenie na religijność, mistycyzm kultów religijnych. Skoro katolicy wierzą, że chleb zmienia się w ciało i co niedzielę spożywają ciało swojego Zbawiciela, to dlaczego inna wspólnota nie miałaby słuchać słów tego samego Zbawiciela i brać węży do rąk? Wydaje się więc, że refleksje, które towarzyszą lekturze Zbawienia na Sand Mountain, są równie cenne jak sam reportaż.

 

Nie zgadzam się z Edgarem Allanem Poem. Nie uważam, że autor musi znać koniec historii, zanim ją w ogóle zacznie pisać. Moim zdaniem taka wiedza zdarza się rzadko, a pisarz, który ją posiada, musi być wyjątkowy i mieć dar boży. Dla większości zakończenie przychodzi znacznie później, w naturalnym procesie odkrywania.

 

Finalnie Covington oddaje w ręce czytelnika historię, która opowiedziana z prywatnego, wewnętrznego punktu widzenia przedstawia osobliwy obraz wiary konkretnej wspólnoty. Nie jest to reportaż intelektualny ani dogłębna socjologiczna analiza. Perspektywa przyjęta przez autora-narratora staje się bliska czytelnikowi, zarazem cechuje się dojrzałością pisarską. Covington zaprasza w podróż odbytą jego oczami i jego zmysłami. Przybliża pewne mistyczne zjawisko i ludzi biorących w nim udział według dawnej szkoły – żeby coś opisać, trzeba najpierw to przeżyć; jednocześnie sam reportaż pozostaje dopracowany i wartościowy, zgodny z wymogami swojego gatunku. I mimo że nie da się wszystkiego odtworzyć słowami, Covington tak sprawnie opanował warsztat dziennikarski, że Zbawienie na Sand Mountain obrazowo i dogłębnie prowadzi czytelnika przez kolejne niepojęte zmysłowo zdarzenia (a polska wersja językowa nie zniekształca oryginalnego tekstu). A przygoda nie tylko reporterska, lecz także duchowa samego autora zdaje się podpowiadać, że może ostatecznie nie chodziło w niej tylko o węże.

Ocena: 5/5
Zbawienie na Sand Mountain. Nabożeństwa z wężami w południowych Appalachach (Salvation on Sand Mountain: Snake Handling and Redemption in Southern Appalachia)
Dennis Covington
Tłumacz: Bartosz Hlebowicz
Czarne (Seria Amerykańska)
Premiera: 30.03.2016

No votes yet.
Please wait...