Jak pamięta teatr?

Dyskusja o historii już dawno wyszła poza mury uniwersytetów. Pamięć jest na ustach wszystkich – polityków, dziennikarzy i szarych obywateli. Odmieniono już ją przez wszystkie przypadki. Jak z opowieścią o przeszłości poradził sobie teatr?

fot. Krzysztof Bieliński

Historia zawsze ma swoich twórców i świadków. Teatr z kolei stoi przed poważnym dylematem, o czym właściwie powinien opowiadać. Może pójść drogą tzw. teatru dokumentalnego, adaptującego scenariusze, które jako materiał źródłowy wykorzystują prawdziwe dokumenty – wywiady, gazety, świadectwa, biografie. Jest jeszcze drugi sposób mówienia o minionym, wykorzystujący wydarzenia z przeszłości jako pretekst do opowieści o człowieku. W Polsce jednak z historią najlepiej rozlicza się wokół teatru, a nie na samej scenie.

Teatr non-fiction

Jeśli spojrzeć na mijający rok, wśród premier teatralnych znalazło się wiele spektakli, które chociaż nie rozliczają nas z przeszłością, wskazują, że nie pozostaje ona bez echa w teraźniejszości. Opowieść o Jacku Kuroniu w Teatrze Powszechnym, dzienniki Białoszewskiego w Dramatycznym, życie Krzysztofa Komedy w Teatrze Nowym w Łodzi czy musical o Karolu Wojtyle. Kilka lat temu szerokim echem odbił się spektakl Krystyny Jandy na podstawie autobiografii Danuty Wałęsowej.

W niemal każdym z tych spektakli wykorzystywane są media wizualne: filmy, autentyczne fotografie, nagrania audio. Takie rozwiązania stosuje się nie tylko ze względu na walory estetyczne – nowe media bardzo często wprowadzają kontekst współczesnych realiów. Skąd ta pogoń za dokumentalnością? Teoretyk teatru, Grzegorz Niziołek, mówi w wywiadzie do miesięcznika „Znak”: Niemal każdy teatr w Polsce czuje się teatrem narodowym. Oznacza to, że poczuwa się do obowiązku budowania ogólnego przekazu dotyczącego wspólnoty. Nawet częściowe doświadczenia stają się metaforą czegoś większego. Zostają automatycznie powiązane z szerszym horyzontem rzeczywistości.

Polska scena jest mocno zakorzeniona w tradycji przednowoczesnej. Nasz teatr, podobnie zresztą jak czeski czy rosyjski, wykazuje bardzo silne związki z kulturą mieszczańską. Nastawiony jest głównie na zaspokojenie estetycznych i emocjonalnych wymogów widza spragnionego kulturalnej oraz intelektualnej rozrywki. I w przeciwieństwie do niemieckiego czy amerykańskiego niechętnie angażuje się w sprawy społeczne w sposób bezpośredni. Niziołek zauważa: Teatr jest przestrzenią lękową – omija pewne obszary albo dotyka ich w sposób zawoalowany. Budzi emocje, ale nie pozwala artykułować, o co naprawdę chodzi w przedstawieniu, co jest jego właściwym tematem.

Idealnie byłoby, gdyby teatr dokumentalny zapraszał publiczność do dyskusji tak, jak dzieje się to na zachodnich scenach. Gdyby czerpał z faktycznego materiału źródłowego, aby tworzyć swoje dzieła i opowiadać angażujące historie w bezpośredniej rozmowie z naszą obecną rzeczywistością. Z definicji jego zadaniem jest trzymanie lustra przed twarzą społeczeństwa, które odnajduje więzi z konkretnymi wspólnotami i historiami. Tymczasem mimo swej niefikcjonalności wciąż jakby nie miał odwagi rozliczyć się z przeszłością. Polityka czy historia umyka scenie nawet w dokumencie. Sztuka znowu zostaje sam na sam z bohaterem.

Historia opowiedziana przy okazji

Pamięć indywidualna w teatrze jest czymś w rodzaju zabawki – interesujący, koniecznie bardzo młody bohater, outsider, osadzony w trudnej, ale ciekawej epoce staje się świetnym pretekstem do stworzenia zgrabnej opowieści. Historia może niekoniecznie łamie stereotypy lub przepracowuje wydarzenia, ale na pewno pielęgnuje nostalgiczny rys i wzmaga tęsknotę. W tych spektaklach obecny jest sentyment, pewien rodzaj melancholii, który każe twórcom odnajdywać w nawet najczarniejszej historii jakieś przebłyski dobra. Tęsknota za beztroską młodością okazuje się silniejsza niż resentymenty.

Świetnym przykładem tego rodzaju pamięci są chociażby teatralne adaptacje powieści Kazimierza Brandysa Pożegnania i Antoniego Libery Madame. O ile literackie pierwowzory rozliczają się z przeszłością, o tyle wersje teatralne przepracowują już tylko pamięć o niej. Świat nieestetycznej, smutnej i jednoznacznie złej, wedle słów bohaterów, Polski Ludowej jest wypełniony muzyką, tańcem, sztuką. W dodatku bohaterowie nie są oderwani od współczesności – świetnie się ubierają i podążają za trendami w  każdej dziedzinie. Orientują się w najnowszych modach literackich i muzycznych, wiedzą, co nowego w sztuce piszczy, mówią i czytają w językach obcych. A ich pamięć jest wybiórcza.

Istnieją bowiem dwa rodzaje wspomnień: potrzebne i przyjemne. Trudno na pierwszy rzut oka stwierdzić, które są potrzebne. Ale łatwo wyciągnąć z archiwum pamięci to, co obiektywne, nieważne – radosny taniec dwudziestolatka, przyjazd ulubionego malarza do Polski, nocleg w domu ekscentrycznej gospodyni, szpiegowanie nauczycielki francuskiego. Wspomnienia, które niegdyś stanowiły jądro rzeczywistości, dzisiaj są jedynie średnio interesującą opowieścią. Znacznie atrakcyjniejsze wydaje się wyciąganie z przeszłości tego, co było jedynie tłem historii. Przedmioty mają krótką pamięć – nie pamiętają epok, do których należały. Z perspektywy współczesności są jedynie atrakcyjnym gadżetem z  przeszłości.

Poza teatrem

O przeszłości wciąż najchętniej dyskutuje się poza teatrem. Scena przemawia w sposób zawoalowany i niechętnie wprost przyznaje się do rozliczeń. W Polsce wciąż mamy potrzebę wyodrębnienia teatru jako medium osobnego. Nie chcę się zagalopować, ale za tym kryje się chęć obrony polskiej inności wobec zagrażającego nam imperializmu kulturowego – mówi Niziołek. Teatr, choć niewątpliwie prowokuje debatę, wciąż nie bierze za nią pełnej odpowiedzialności, jak zwraca uwagę teoretyk w swojej książce Polski teatr zagłady. Opisuje w niej fenomen spektaklu Nasza klasa, w którym scena przejęła język już przygotowany przez trwającą od lat publiczną debatę. Znane fakty uległy w niej uwzniośleniu i estetyzacji, dając wrażenie, że już uporaliśmy się z problemem, że żałoba została odbyta, krzywdy naprawione, a wspólnota – odbudowana. Tymczasem do mitycznej wspólnoty sprzed tragedii narodowych nie ma już powrotu.

Teatr wciąż nie wypracował własnego języka, który pozwoliłby na mówienie o trudnej historii Polski. Scena najczęściej wykorzystuje do rozliczeń warunki stworzone wcześniej przez wydarzenia sfery publicznej. Od tej reguły są oczywiście wyjątki, takie jak spektakl Umarła klasa Kantora sprzed ponad 40 lat czy Akropolis Grotowskiego. Przedstawienia historyczne głównie jednak kierują się strategią reprezentacji. Wciąż brak nowych głosów w debacie o historii. Trudno powiedzieć, skąd bierze się ten opór polskiego teatru, mającego przecież predyspozycje do stworzenia nowej jakości w sztuce. Pytanie, czy ta blokada nie istnieje w widowni, wciąż nieprzygotowanej na wypracowanie nowych sposobów patrzenia na historię.

Niemożliwe wspomnienie

Przed laty kwestią obcowania z przeszłością zajął się Samuel Beckett. Jego Ostatnia taśma jest odczytywana jako dramat poświęcony kwestii pamięci. Pisarz próbował dotknąć tego fenomenu i odgadnąć, według jakich mechanizmów wspomnienia żyją w człowieku. Krapp, (główny bohater), w adaptacji Antoniego Libery przygotowanej dla Teatru Telewizji grany przez Tadeusza Łomnickiego, to samotny starszy człowiek, który od kilkudziesięciu lat nagrywa swoje refleksje na magnetofonową taśmę. Fabuła, ruchy sceniczne, rekwizytorium – wszystko to zostało u Libery ograniczone do minimum. Podstarzały bohater przez cały spektakl właściwie tylko odsłuchuje taśmy magnetofonowe, na których przez całe życie zapisywał swoje wspomnienia. Minęło tyle czasu, że nagrania jemu samemu mówią już niewiele, mimo że proces archiwizacji wspomnień był na tyle czasochłonny, że zastąpił realne życie.

Beckett, Łomnicki i Libera w Ostatniej taśmie pozwalają doświadczyć fundamentalnej prawdy dotyczącej pamięci w teatrze i pamięci w ogóle. Ale co pozostaje z ich opiniotwórczych wypowiedzi po latach? Ich monologi giną pośród atrakcyjniejszych rekwizytów historii. Krapp nie mówi przecież o przeszłości we własnej osobie. Przemawia za niego przedmiot – to on reprezentuje przeszłość.

Pamięć indywidualną w teatrze przerobić jest bardzo łatwo. Ze wspomnienia nie ocala się zbyt wiele, istota ginie i pozostają tylko jakieś migawki przeszłości. Bo przedmioty mają krótką pamięć, ale w ostateczny rozrachunku łatwiej je ocalić od zapomnienia i stają się świadectwem życia, jedyną rzeczywistością przeszłości dostępną człowiekowi. Przeszłością nie możemy dowolnie rozporządzać, chociaż indywidualnie nie jesteśmy za nią odpowiedzialni. Jej przepracowanie i oczyszczenie wciąż jest dla sztuki czymś nowym. Twórcy ciągle stoją przed wyzwaniem, jak opowiadać o bolesnej przeszłości. Łatwo zaadaptować wspomnienia indywidualne, bo w nich materiałem zawsze jest człowiek z całą feerią emocji i przeżyć. Historia wspólnoty została ledwie tknięta. Żałoba w teatrze wciąż trwa i jeszcze długo pozostanie niezakończona.

No votes yet.
Please wait...