Nowa seksmisja

O kobietach dawno nie było tak głośno jak w minionym roku. W 2017 r. na szczyty władz dotarło wreszcie, że kobiety mają prawa obywatelskie, chętnie z nich korzystają i jeszcze gorliwiej ich bronią. Pytanie tylko, czy to wszystko wystarczy, aby wprowadzić nowy porządek?

 

graf.: Magdalena Kosewska

Zaczęło się od wielkich protestów przeciwko władzy. Czarne Marsze organizowane w całej Polsce i Marsz Kobiet na Waszyngton pokazały, że kobiety czują się grupą dyskryminowaną, zagrożoną oraz pomijaną. Prawdopodobnie żaden z organizatorów nie spodziewał się, jak głośny będzie to sprzeciw – prawie trzy miliony osób manifestowało. Jednocześnie w 50 amerykańskich stanach. Demonstracja zaktywizowała kobiety na całym świecie – od Australii, przez Portugalię, po Meksyk. Na ulicach największych polskich miast pojawiło się niemal 100 tysięcy protestujących. I choć wydarzenia te miały kontekst polityczny i docelowo były wymierzone przeciwko władzy, to ujawniły także coś więcej – głęboki problem społeczny i kulturowy.

W październiku 2017 r. „New York Times” i „New Yorker” przedstawiły efekty dziennikarskiego śledztwa w sprawie Harveya Weinsteina, oskarżając go o molestowanie aktorek i podwładnych. Afera Weinsteina dodała odwagi innym ofiarom seksualnych skandali. W mediach wciąż pojawiały się nowe nazwiska, z hukiem łamały się kariery największych sław. Chwilę potem na portalach społecznościowych spadła lawina traum i urazów, świadectw zachowań seksistowskich, przekraczających granice na rozmaite sposoby. Pierwszego dnia akcji #MeToo hasztag pojawił się na Twitterze pół miliona razy, na Facebooku – 12 milionów. Kampania zaczęła przenikać do mediów i stała się przedmiotem żywych dyskusji. Sprawa kobiet zamieniła się w problem ogólny, a feminizm przerodził się w ruch powszechny, który przeniknął także do życia codziennego.

Więzienie kompetencji

Kobiety bardzo często same się dyskryminują. Pomimo dużych ambicji wciąż brakuje nam pewności siebie, która pozwoliłaby obejmować wysokie stanowiska, przez co to właśnie mężczyźni dominują na tychże pozycjach.

Z tego powodu bardzo ważnym elementem walki o równouprawnienie jest nie tylko edukowanie panów o naszej wartości, lecz także uświadamianie kobiet, że mogą aspirować równie wysoko co koledzy z pracy – mówi Anna Wietrzyk, odpowiedzialna za organizację projektu Tydzień Kobiet Sukcesu. Trudno się nie zgodzić – życie zawodowe kobiet jest zablokowane między innymi przez ich brak wiary we własne kompetencje. Niepewność, strach przed porażką powodują, że nie dają sobie szansy na sprawdzenie siebie. Łatwiej niż mężczyźni rezygnują.

Reporterka ABC News Claire Shipman oraz Katty Kay, jedna z najważniejszych dziennikarek amerykańskiej sekcji BBC World News, przez lata rozmawiały z najbardziej wpływowymi kobietami sukcesu w Ameryce. Bohaterki wywiadów reprezentowały rozmaite dziedziny – naukę, sport, biznes – ale połączył je jeden fakt: mimo tego, że ich sukces zawodowy był oczywisty, miały poczucie, że nie należały im się żadne zasługi.

Kariera – jak to się robi?

Według danych GUS-u, mimo wciąż zmniejszającego się bezrobocia, wśród osób z wyższym wykształceniem kobiety reprezentowały dwa razy większą grupę bezrobotnych niż mężczyźni. Ta dysproporcja jest niezmienna od 2000 r. Wzrost gospodarczy Polski oraz rosnące kwalifikacje pań wciąż nie zmieniają ich sytuacji na rynku pracy. Na takie statystyki mają oczywiście wpływ kwestie reprodukcyjne. Łatwo zauważyć jednak, że od dziecka kobiety są socjalizowane jako te mające stanowić tło. W szkołach i w domach nietrudno usłyszeć, że dziewczynce czegoś nie wypada, wszelkie wychodzenie przed szereg jest natychmiast tłumione. Dziewczęca łobuzeria jest potępiana, ale chłopięca wciąż mieści się w granicach normy.

Jednak w życiu zawodowym bycie ulubioną i przykładną uczennicą wcale nie popłaca. Brak wiary kobiet we własne możliwości w dużej mierze wynika z wychowania. Dziewczynki mają być grzeczne i miłe. Chłopcy – pewni siebie i silni. Kulturowo panie, które osiągają sukces zawodowy są przedstawiane jako mało kobiece, zbyt pochłonięte karierą i pozbawione życia osobistego. Negatywny obraz promowany przez kulturę wpędza panie w nieuzasadniony lęk i odbiera wiarę w możliwość poradzenia sobie z życiowymi wyzwaniami – mówi Anna Czajka, koordynatorka Projektu Busola, zajmującego się monitorowaniem życia zawodowego kobiet. To społeczeństwo kreuje przecież modele zachowań, wzorce, stereotypy i konwenanse, których naprawdę trudno się pozbyć.

Śladem stereotypowego myślenia o kobiecie idą oczywiście niektórzy pracodawcy. Lęk przed zatrudnieniem młodej kobiety, hipotetycznej młodej matki, prowadzi do obustronnego obłędu. Przyjęcie pracownika mogącego wkrótce zniknąć na dłuższy okres i perspektywa ponownej rekrutacji oraz szkolenia skutecznie odstraszają zatrudniających. Z drugiej strony panie niejednokrotnie rezygnują z pracy ze względu na sytuację rodzinną bądź odkładają upragnione macierzyństwo do czasu całkowitej stabilizacji finansowej. Często słyszy się też, że kobieta wybrała karierę zamiast założenia rodziny, a przecież jedno drugiego nie musi wykluczać. Potrzeba nam więcej obrazów kobiet, które są kobietami sukcesu i szczęśliwymi matkami. Negatywny obraz promowany przez kulturę wpędza panie w nieuzasadniony lęk i odbiera wiarę w możliwość poradzenia sobie z życiowymi wyzwaniami – zwraca uwagę Anna Czajka.

Zaniedbania feminizmu

Co paradoksalne – ogromną winę za taki stan rzeczy ponosi feminizm. Działania na rzecz emancypacji kobiet długo nie obejmowały jednej z fundamentalnych kwestii w życiu wielu, jeśli nie większości, kobiet. W sprawie macierzyństwa został zachowany status quo – problem długo nie był wyprowadzony do dyskusji o pozycji kobiet w społeczeństwie. Agnieszka Graff – jedna z czołowych polskich działaczek feministycznych – mówi, że miejscem, gdzie czuła się najbardziej dyskryminowana jako matka był właśnie feminizm. Dalej dodaje: Dziwiło mnie, że macierzyństwo jako temat budziło w środowisku zniecierpliwienie. Chciałam o tym mówić, ale moje znajome niespecjalnie chciały tego słuchać – wspomina. Bycie matką bardzo długo kojarzyło się ze społecznym przymusem, pozbawieniem autonomii.

A przecież aby sytuacja na rynku pracy uległa radykalnej zmianie, potrzebne jest społeczeństwo, w którym macierzyństwo nie będzie dla kobiety kresem aspiracji, zawodową śmiercią.

Zmiana kulturowa dokonuje się coraz intensywniej – ojcowie częściej pojawiają się z dziećmi na placach zabaw, u lekarza, uczestniczą w porodach i opiece. Przysługuje im również specjalny dwutygodniowy urlop ojcowski, który mogą wykorzystać w ciągu dwóch lat od narodzin dziecka. Rośnie też liczba mężczyzn, którzy decydują się na urlop tacierzyński. Mimo wszystko wciąż jest to niewielki odsetek. Od stycznia do kwietnia 2017 r. na urlop rodzicielski przeszło tylko 2 tysiące ojców i prawie 230 tysięcy matek. Osobiście spotkałem tylko jednego mężczyznę, który wykorzystał taką możliwość. Przyczyna była czysto pragmatyczna – jego żona miała większe zarobki, więc szybciej też wróciła do pracy – przyznaje Łukasz, pracownik korporacji i ojciec dwojga dzieci.

Ojcowie tłumnie wracają jednak na łono rodziny, co jest efektem promowania nowego modelu związków opartych na partnerstwie i wzajemnej wymianie obowiązków. Nasi rodzice żyli w chorym systemie. Nie mieli czasu skupiać się na innych elementach życia – musieli walczyć o przetrwanie. Teraz wszystko jest na wyciągnięcie ręki, dlatego mamy szansę zorganizowania sobie czasu w inny sposób – dodaje Łukasz. Mimo tego, że patriarchalny model rodziny powoli się wyczerpuje, to dyskryminacja wciąż pozostaje tematem aktualnym i bardzo gorącym.

Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet

Wszystkie wydarzenia minionego roku pokazały, że w XXI w. seksizm wciąż jest żywy na tyle, żeby prezydent Stanów Zjednoczonych bez skrępowania chwalił się swoim dorobkiem w dziedzinie molestowania. Natomiast polski Minister Spraw Zagranicznych mógł pozwolić sobie na podsumowanie Czarnego Marszu wymownym, choć lakonicznym zdaniem: No niech się bawią. Bolesław Piecha, poseł PiS, stwierdził, że w Polsce problem molestowania nie istnieje, bo Polacy nie są tak frywolni jak Francuzi, a kobiety traktują z należną im estymą.

O ile postawa kobiet porusza, o tyle reakcja na nią pokazuje skalę problemu. Bo jeśli język przemocy przeniknął tak wysoko, to znaczy, że wcześniej dawano na niego ciche przyzwolenie. Ktoś nie zareagował w odpowiednim momencie, zamiast wyznaczyć granicę – zachichotał, zamiast powiedzieć „dyskryminacja”, powiedział – „żart, taka konwencja”. Tymczasem wszystko zaczyna się od słowa. Na podstawie języka budujemy naszą świadomość – tego faktu nie można ignorować.

Te wszystkie wydarzenia pokazały, że dyskryminacja szerzy się na ogromną skalę i to, że zjawisko nie było werbalizowane, nie znaczy, że nie istniało, ale wydawało się normą. I tu jest ten punkt – większość kobiet nie czuła, że jest o czym mówić. Obawiały się, że nie zostaną potraktowane poważnie, bo wiadomo, „wkurzasz się – nie masz dystansu, poczucia humoru”; ale zaraz – ktoś ma wyznaczać granice mojego dystansu? – mówi Karolina, działaczka Amnesty International zajmująca się prawami kobiet. Okazuje się, że to nie jest problem ludzi z małych miasteczek, gdzie nie mówi się o dyskryminacji. Granice przekraczają także ludzie po studiach humanistycznych, co cały czas opowiadają o człowieku, społeczeństwie, antropologii i innych mądrych rzeczach… – i podaje przykład swojego prowadzącego, polonisty, który stwierdził, że „on też przecież może sobie powiedzieć, że czuje się molestowany przez studentkę, która przyjdzie w zbyt skąpym stroju”. Jesteśmy o krok od tego, żeby powiedzieć miała spódnicę, sama się prosiła.

Problem macho

Nasza kultura została uwięziona w stereotypie macho. Społeczeństwo uwierzyło we wzorzec męskości oparty na dominującym charakterze i nieprzeciętnej sile. Ciekawe, że kobieta piastująca wysokie stanowiska i dobrze wykonująca swoje zadanie zawsze jest porównywana do faceta. Mówi się – „baba z jajami” – zauważa Łukasz.

Trudno pozbyć się czegoś, co jest tak mocno osadzone w zbiorowej wyobraźni. Jedna z felietonistek największego pisma katolickiego w Polsce, Ludwika Kopytowska, pisze w swoim tekście: Kobieta nigdy nie będzie wzbudzała takiego autorytetu jak mężczyzna, nie dlatego, że na niego nie zasługuje, ale dlatego, że nie taka jest jej rola! Kobieta jest stworzona do bycia piękną, do bycia ozdobą rodziny, o którą troszczy się mężczyzna, który o nią walczy i za nią umiera. Doskonale dualistyczna rzeczywistość nie istnieje, a kobieta i mężczyzna nie są idealnie dopełniającymi się puzzlami. Sprawa tożsamości jest dużo bardziej skomplikowana, a narzucanie tego rodzaju norm to forma opresji.

Mężczyznom trudno natomiast sprostać wymogom tego wzorca, co sprawia, że coraz częściej czują się przytłoczeni, obciążeni i sfrustrowani, o czym wspomina Agnieszka Mrozik, opisując kryzys męskości po roku 1989. Bardzo łatwo psują sobie relacje z najbliższym otoczeniem, popadają w nałogi, ale także, jak wykazują niektóre badania (pisze o tym m.in. Anna Kubiak w książce Płeć. Między ciałem, umysłem i społeczeństwem), samookaleczają się – nie mogąc sprostać wymogom wzorca, a często chcą również w ten sposób pokazać swoją siłę.

Model macho skutkuje też dyskryminacją. Opresja rodzi opresję. Mężczyźni coraz rzadziej są w stanie dopasować się do wypracowanych przez społeczeństwo norm – w czasach pokoju trudno jest im wykazać się w sztuce wojennej, a ich wybranki serca z reguły są niezależne i zdolne do tego, by samodzielnie o siebie zadbać. Reakcją na kryzys męskości staje się antyfeminizm, czyli obwinianie kobiet, szczególnie tych silnych i niezależnych, o problemy mężczyzn z ich własną tożsamością. Co więcej – rozpowszechnianie i promowanie takiej wizji świata doprowadza do tego, że z czasem jego treść się wyjaławia. Cmoknięcie, gwizdnięcie, poklepanie, niesmaczny żart – z całej skomplikowanej i bogatej w szlachetne ideały struktury wzorca ostaje się tylko tyle. Bo mężczyzna ma przecież nad kobietą dominować, ma ją adorować i zdobywać – do tego został stworzony.

Dyskryminacja, seksizm, szowinizm czy wreszcie przemoc domowa nie są zatem winą mężczyzn. Nie są też winą kobiet. Są winą społeczeństwa, wciąż nie potrafiącego zrezygnować z szufladek, organizujących zespół cech właściwych dla obu płci. Podstawowym zadaniem jest przebudowanie sposobu myślenia opartego na paradygmacie kobieta/mężczyzna. Największy problem, gdy urodzisz się niedelikatną kobietą albo subtelnym mężczyzną – zwraca uwagę Zuzanna Radzik, działaczka feministyczna i teolożka. Naszym zadaniem nie jest jednak wpasowywanie się w role płciowe, ale funkcjonowanie w społeczeństwie opartym na dyskusji i logice.

Siła bezsilnych

Przerwać milczenie nie jest łatwo. Kobiety, które doświadczyły jakiejkolwiek przemocy seksualnej muszą zmierzyć się nie tylko z oprawcami, lecz także z własnym lękiem, wstydem i wahaniem. Ale przede wszystkim z powszechnym niezrozumieniem. I to nie tylko mężczyzn, lecz także przedstawicielek swojej płci. Doskonale pokazuje to fala reakcji na akcję #MeToo, sprowokowaną przez aktorkę Alyssę Milano tuż po ujawnieniu afery Weinsteina: Jeżeli wszystkie kobiety, które były w jakikolwiek sposób molestowane seksualnie, napisałyby „ja też”, mogłybyśmy dać ludziom poczucie, jak wielki to problem. Media społecznościowe, dotychczas służące raczej przede wszystkim rozrywce, zalały wyznania straumatyzowanych kobiet.

Wpisy spotkały się z różną reakcją. Od potępiania, przez prorokowanie fatalnych skutków, usprawiedliwianie się, aż do empatii i zrozumienia. Odczucia mężczyzn były co najmniej ambiwalentne: #MeToo raczej nie wzbudziło entuzjazmu, bo nagle okazało się, że wszyscy są ofiarami – mówi Michał, marketingowiec. Takie akcje oczywiście są potrzebne, ale ich jednorazowość sprawia, że pojutrze już nikt o tym nie będzie pamiętał. Nie wiem, czy to jest przebudzenie, czy rodzaj łańcuszka. Ale uważam, że to ciekawe, że kobiety nie boją się uzewnętrznić tak bardzo, co na pewno podnosi wagę akcji. Niezależnie od tego, z jakim oddźwiękiem spotkały się wpisy – ignorancją, potępieniem czy dyskredytacją – najważniejsza jest energia, jaką stworzyły kobiety przy okazji zdobycia się na tego typu zwierzenia. Opowiedzenie o problemie od nowa jest na pewno krokiem milowym w dyskusji na temat nadużyć seksualnych względem kobiet.

Ale granice trzeba zacząć wyznaczać także w życiu codziennym. Poruszenie w mediach społecznościowych jest znaczącym sygnałem, ale tylko sygnałem. Dyskusja odbywa się w niezbyt wiarygodnej i anonimowej przestrzeni internetu. Media społecznościowe sprawiają, że łatwiej poczuć się częścią jakiejś społeczności. Jeśli dziesięć twoich koleżanek dodało taki wpis, to się nie boisz być jedenastą – komentuje Michał. ­#MeToo czy Czarne Marsze na pewno zaspokoiły instynkty wspólnotowe kobiet – pierwszy warunek rewolucji został zatem spełniony. Ale tego rodzaju inicjatywy można rozumieć wyłącznie jako czas na zebranie sił i procedurę przygotowawczą, preludium przed procesem gruntownej przebudowy rzeczywistości.

Dyskusje niedokończone

Najbardziej wartościowy w tych akcjach jest dialog. Pod postami oznaczonymi hasztagiem #MeToo wywiązały się naprawdę ciekawe dyskusje – zauważa Michał. Sprowokowanie dyskusji w mediach społecznościowych spowodowało, że magazyn „Time” tytuł Człowieka Roku przyznał ruchowi #MeToo. Jednak reakcja na internetową kampanię pokazała również, jak wiele kwestii w społeczeństwie należałoby jeszcze omówić. Wrzenie pod postami udowodniło, że umiejętność prowadzenia dyskusji wciąż pozostaje lekcją do nadrobienia.

Reakcje mężczyzn dziwiły i straszyły. Byli oczywiście i tacy, którzy wykazywali się empatią. Jednak z całą pewnością akcja miała liczne grono przeciwników. Ilość agresji, zacietrzewienia i frustracji pod postami była zastraszająca. Ale trzeba zaznaczyć, że wśród wątpiących były również osoby dysponujące solidnymi argumentami merytorycznymi. Tymczasem niektóre próby polemiki z ideą akcji napotykały na atak, napiętnowanie i oskarżenia o szowinizm oraz seksizm. Warto jednak zwrócić uwagę, że na ławie oskarżonych posadzono przede wszystkim mężczyzn.

Kobiety rzadko uwzględniały męską perspektywę i utrwaliły tym samym dychotomię między płciami: on zawsze atakuje, ona zawsze jest bezsilną ofiarą. W ofiary godzić nie wypada – zamykano zatem możliwość otwartej debaty. Mimo emocjonalnego ładunku przekazu wciąż podlega on zasadom racjonalnej kontrargumentacji. Tym bardziej, że niektóre spośród wpisów mogły uchodzić za dyskusyjne. I choć bezdyskusyjnie były to doświadczenia bolesne i traumatyczne, to wyznanie nie wystarczy. Jednostronne eksponowanie przemocy i lekceważenie zdania drugiej strony nie służy ruchom sprzeciwiającym się dyskryminacji, na co zwracała uwagę jedna z czołowych działaczek feministycznych – bell hooks [właśc. Gloria Jean Watkins – przyp. red.]. Prawdziwa rewolucja zachodzi na drodze dyskusji i wymiany idei.

Przerwana lekcja edukacji seksualnej

Do tego, aby zaszły zmiany, potrzebna jest przede wszystkim szersza świadomość, która nigdy nie jest wynikiem wyłącznie społecznych kampanii czy jednorazowych inicjatyw. Najważniejszą drogą jest edukacja, w Polsce ostatnio dość lekceważona i traktowana jako narzędzie gry politycznej. Nasza szkoła jest bardzo tradycyjna – za mało odpowiedniej edukacji od najmłodszych lat, za mało pokazywania różnych perspektyw – zwraca uwagę Karolina związana z Amnesty International.

Na wczesnym etapie rozwoju inspiracją są rozmaite bodźce z różnych dziedzin życia, w tym wiedza przekazywana na lekcjach polskiego, historii, przyrody czy wychowania do życia w rodzinie. Wszystkie praktyczne umiejętności, jakie wówczas posiądziemy, będą wykorzystywane w późniejszym życiu. Dlatego też równie ważne, co nauka pisania czy liczenia, są lekcje edukacji seksualnej. W mojej szkole było z tym miernie. Wiedzy nie przekazano raczej w dobry i racjonalny sposób – wspomina Michał.

Potrzeba zmodernizowania nauczania seksualności jest wyraźnie dostrzegalna. W internecie nietrudno znaleźć niezależne inicjatywy, które z dużo większą subtelnością i przede wszystkim szczerością uświadamiają młodych ludzi. Wystarczy wymienić głośną ostatnio kampanię sex-ED zainicjowaną przez modelkę Anję Rubik czy filmy youtuberki PinkCandy, które swoją rzetelnością z pewnością przerastają typowe lekcje wychowania do życia w rodzinie. Nowy trend w dyskusji o seksie podchwyciła także katolicka część sieci. Coraz częściej pojawiają się vlogi dotyczące czystości, świadomego planowania rodziny, seksu bez antykoncepcji, uczulające na cielesność kobiety i mężczyzny i rozwiewające mity dotyczące pierwszego razu (m.in. na kanale FOR HER Polska pojawiła się seria Boskie Babki, chrześcijańską seksualnością zajmują się youtuberzy na kanale Początek Wieczności). Z całą pewnością jest to nowa jakość, ale także świadectwo głębokiego braku w polskiej edukacji.

Korepetycje z uświadamiania

Internet, mimo że jest siłą, której oddziaływania nie da się ignorować, nigdy nie zastąpi klasycznej edukacji. Nie zapominajmy, że w gruncie rzeczy takie wartościowe treści są chlubnymi wyjątkami, drobnymi kroplami w oceanie brutalności, seksualizacji i poniżenia. Nawet najlepiej przeprowadzone kampanie społeczne nie zmienią rzeczywistości – ich przekaz nie dotrze do ludzi, którzy najbardziej by go potrzebowali. Homofob, seksista, szowinista nie zmienią swoich poglądów po obejrzeniu świetnie zrealizowanego filmu z celebrytą czy influencerem. I choć takie inicjatywy napawają entuzjazmem i odbijają się szerokim echem w mediach, to z przykrością trzeba stwierdzić, że nie można spodziewać się po nich realnych zmian. Ich wielką zasługą jest zwrócenie uwagi na problem, wyartykułowanie go oraz obnażenie braków w nauczaniu o życiu seksualnym. Nie dysponują jednak właściwościami, dzięki którym ich treść mogłaby wypełnić tę lukę. A bez odpowiedniej edukacji seksualnej nie da się uświadomić społeczeństwa. Co więc pozostaje? Bazowanie na stereotypach i przestarzałych modelach, które na pewno nie pomagają w rekonstrukcji sposobu myślenia o płci i prowadzą jedynie do różnego rodzaju wypaczeń.

Projekty, kampanie, akcje mimo swoich niepodważalnych wartości mają jedną ogromną wadę – są tymczasowe. Społeczeństwa nie da się uzdrowić wyłącznie przez krótkotrwałą kurację. Potrzeba całego systemu reform, które niekoniecznie muszą być uprawomocnione przez ustawy. Powszechnie znana prawda głosi, że lepiej jest zapobiegać niż leczyć. Zanim dojdzie do przepychanek, rewolt i publicznego ostracyzmu, spróbujmy spokojnie i na nowo opowiedzieć historię o kobiecie i mężczyźnie. Świata nie można zmienić, ale zawsze można go uświadomić, a to daje lepsze efekty niż uporczywe próby zaprowadzenia w nim porządku.

Rating: 5.0. From 3 votes.
Please wait...