Projektowa bańka mydlana

O „niesamowitych” wydarzeniach cieszących się „ogromnym” zainteresowaniem usłyszysz przy każdym standzie w Auli Spadochronowej. Mniej udane projekty zdają się znikać ze zbiorowej pamięci – nierzadko wraz z koordynatorem.

Nigdy wcześniej nie słyszałam o tym SKN-ie, ale postanowiłam wybrać się na organizowane przez nich spotkanie z ekspertem. Było kameralnie, w sali siedziało około 20 osób, prelegent mówił w miarę ciekawie. Dopiero na sam koniec dowiedziałam się, że jestem jedyną osobą spoza grona członków koła, a wykład wygłosił jego opiekun, bo ekspert wycofał się w ostatniej chwili – opowiada Magda. Takie sytuacje, choć przypuszczalnie dość częste, przechodzą bez większego echa. Czasem niepowodzenia są jednak dużo trudniejsze do zatuszowania.

Pusto wszędzie, głucho wszędzie

Pamiętam jeden projekt, który zakończył się spektakularną klapą – wspomina Katarzyna. Wtedy na topie były wszelkie coachingi, psychologia biznesu. Zaprosiliśmy kilku ekspertów i zrobiliśmy jakąś krótką ankietę wśród studentów. Był niesamowity odzew, więc przenieśliśmy event do Auli Głównej – zapowiadało się 200 osób, a zainteresowanych ponad 1000. Mieliśmy też mnóstwo próśb o streaming, relacje, wiadomości z pytaniami o szczegóły, a później 5 minut przed wykładem było pusto. Aula Główna z 20 osobami wyglądała naprawdę marnie – dodaje. Choć źródło niepowodzenia tej inicjatywy pozostaje zagadką, w wielu innych przypadkach wyjaśnienie jest bardziej oczywiste.

Z perspektywy czasu organizatorzy zazwyczaj przyznają, że zawiniły słaba promocja i zbyt entuzjastyczne szacunki, jeśli chodzi o frekwencję. Mniejszą salę w razie kryzysu zawsze można zapełnić członkami własnej organizacji (kto nigdy nie był błagany przez znajomego o przyjście na wydarzenie, niech pierwszy rzuci krówką). Chwila konsternacji zapada jedynie, gdy prelegent zada kłopotliwe pytanie: Co skłoniło państwa do przyjścia na konferencję?. Sytuacja staje się trudniejsza, gdy wydarzenie ma się odbyć w jednej z auli. Do pustych rzędów krzeseł zdarzyło się już mówić czołowym przedstawicielom świata polityki, biznesu i mediów. Osoba, która znajdzie się w takiej sytuacji, z pewnością zastanowi się trzy razy, zanim po raz kolejny przyjmie propozycję jakiejkolwiek organizacji studenckiej.

Mój jest ten kawałek podłogi

Choć zbyt obszerna aula może być problematyczna, jeszcze większą trudność stanowi jej brak – szczególnie jeśli mowa o Auli Spadochronowej. Co zrobić, kiedy targi pracodawców są dopięte niemal na ostatni guzik, umowy z wystawcami podpisane, a „jedyne” czego brakuje to rezerwacji miejsca w kluczowym punkcie budynku G? Organizatorów wydarzenia nie zawiodła kreatywność i targi zostały przeniesione do… Ogrodów Rektorskich. Okazało się jednak, że łatwiej przekonać przedstawicieli banku do rozstawienia stoiska w namiocie na świeżym powietrzu niż ściągnąć tam studentów. W efekcie wioska targowa świeciła pustkami nawet w przerwie między lektoratami. Sytuacji nie poprawiało także to, że znaczna część wystawców reprezentowała branżę luźno związaną ze studiami w SGH.

Organizatorzy targów w Ogrodach Rektorskich nie byli jednak prekursorami takiego rozwiązania. Kilka lat temu organizowaliśmy spotkanie ze znaną satyryczką. Coś wtedy nie wyszło z salą, więc skombinowaliśmy na szybko przenośne nagłośnienie i zrobiliśmy spotkanie w Ogrodach Rektorskich. Ludzie siedzieli na trawce na kocach albo na pufach i było naprawdę super – opowiada Robert. Co zadecydowało o porażce jednego wydarzenia i sukcesie drugiego? Tam tak naprawdę wszystko poszło nie tak: zaczynając od małego teamu organizatorów, a kończąc na nieprzestrzeganiu harmonogramu – relacjonuje Ewa, która z bliska obserwowała przygotowanie targów. Studentka zwraca też uwagę, że zawiódł brak wzajemnej pomocy członków koła – zupełnie inaczej niż w przypadku zespołowego działania organizacji, która ratowała spotkanie kilka lat wcześniej.

Pomoc? Nie, dziękuję

Jeśli problematyczne bywają nawet tak „ograne” projekty jak wykład czy targi, trudno dziwić się przeszkodom, na które natykają się te bardziej innowacyjne przedsięwzięcia. Mało kto pamięta pewnie platformę crowdfundingową, która miała wspierać ciekawe inicjatywy studentów Wielkiej Różowej. Mimo ciekawej kampanii promocyjnej (w aulach pojawiły się setki ulotek w kształcie okrętów), licznik zgłoszonych projektów zatrzymał się na cyfrze „2”. Żaden z nich nie osiągnął też oczekiwanej sumy wpłat. To była skomplikowana rzecz, jeśli chodzi o implementację – wyjaśnia Michał, jeden z twórców platformy. Nie zbudowaliśmy odpowiedniego ruchu na stronie i żaden ze zgłoszonych projektów nie zebrał pełnej wnioskowanej kwoty. W efekcie ludziom trudno było uwierzyć, że to się może udać. Wraz z platformą upadł m.in. pomysł wydania książki z ciekawymi historiami z SGH, a jedyny ślad po tej inicjatywie stanowią filmiki zamieszczone na YouTubie. Dzięki nim można dotrzeć do opowieści o studencie, który zjechał na nartach po schodach w budynku G – ona również miała znaleźć się w publikacji.

Pomoc i książki – te dwa elementy opisują też inną inicjatywę. Dzięki sprzedaży cegiełek charytatywnych biblioteczne zbiory SGH miały zostać zaopatrzone w brakujące woluminy i podręczniki, które cieszą się największym zainteresowaniem studentów podczas sesji. Choć i w tym przypadku zdążyła ruszyć akcja promocyjna, projekt – wielokrotnie odsuwany w czasie – ostatecznie przepadł wraz z końcem roku akademickiego. Zapał organizatorów ostudziła także Biblioteka CNJO, informując, że nie jest zainteresowana wzbogaceniem księgozbioru, gdyż… nie ma gdzie przechowywać książek. O tym, że przekazanie czegokolwiek na rzecz SGH jest nie lada wyzwaniem, przekonał się też niedawno doktorant, który chciał ofiarować flipchart do pokoju pracy zespołowej. Odpowiedź dyrekcji Biblioteki SGH była jednoznaczna: dziękuję, nie potrzebujemy.

Poszukiwany, poszukiwana

Przyczyn projektowych trudności można też szukać we wnętrzu samej organizacji. Pamiętam konferencję za mojej kadencji, którą musieliśmy przekładać, bo okazało się, że tydzień przed wydarzeniem koordynator nie ma nic. To był też mój błąd, bo nadzór był nieodpowiedni – wspomina Robert. Trudne doświadczenia w organizacji studenckiej przydają mu się jednak w nieco innych okolicznościach. Nadal wspominam o tym przypadku na każdej rozmowie kwalifikacyjnej, kiedy dostaję pytanie o moje porażki – dodaje absolwent SGH. Przesunięcie czy odwołanie projektu nie zawsze wchodzi jednak w grę. Najtrudniejszym przypadkiem był dla mnie projekt odziedziczony wraz z grantem po pewnym studencie, który nie umiał go zrealizować. Gdyby nie było osoby, która doprowadzi inicjatywę do końca, SGH nie mogłaby ubiegać się przez następne kilka lat o podobny grant. Z perspektywy czasu nie zgodziłabym się na objęcie tego projektu, gdyż w mojej ocenie nie miał on sensu – opowiada Patrycja.

Zdarza się również, że koordynator wydarzenia znika zaraz po zakończeniu projektu – a wtedy nieraz pojawia się problem w postaci zapomnianych czy zagubionych faktur. O mało co nie miałem problemów finansowych, bo nie dopełniono terminów płatności, a nowy zarząd miał to w zasadzie gdzieś – opisuje Marek, który koordynował jedną z działek w projekcie. Beztroska koordynatorów rzutuje na relacje z firmami – nie tylko poszczególnych organizacji, lecz także szerzej rozumianej społeczności akademickiej.

Projekt za jeden uśmiech

Niektóre niepowodzenia są z pewnością nieuniknione – nieraz przyczyny porażki pozostają niezależne od organizatorów, często zawodzi też czynnik ludzki. Nie można jednak pominąć faktu, że winny jest także system. Więcej projektów to więcej punktów – a te decydują, czy organizacji uda się uzyskać na kolejny rok własne pomieszczenie w murach Uczelni. Przygotowywaliśmy 2–3 projekty, które już miały jakąś markę, a jednocześnie wraz ze wzrostem koła zwiększała się presja, by wymyślać nowe inicjatywy. Pojawiały się przy tym argumenty typu: punkty, kanciapa, FRS, seks, kasa, rock’n’roll – zauważa Katarzyna. Nie jest to jednak „przypadłość” wyłącznie dużych organizacji. Także w mniejszych kołach często króluje przekonanie, że kluczowym celem działalności jest przeprowadzenie projektu i zdobycie rozpoznawalności. Wewnętrzna aktywność i rozwój członków grupy (w innym zakresie niż organizacja wydarzeń) schodzi przy tym na dalszy plan.

Jak pokazują wyniki oceny projektów w edycji Jesień 2017, organizacje i koła działające w SGH zgłosiły do oceny około 600 projektów, które zakończyły się między 1 kwietnia a 30 września. Liczba ta obejmuje także pozycje, które nie są de facto projektami: działania zarządów czy niektóre aktywności Samorządu Studentów, takie jak reprezentowanie Uczelni na zewnętrznych wydarzeniach. Jednocześnie warto mieć jednak świadomość, że nie jest to kompletna lista. Samych zgłoszonych wykładów i konferencji było w tym okresie 117. To imponujący wynik, biorąc pod uwagę, że jesienna ocena projektów obejmuje mniej niż trzy miesiące, które studenci spędzają na uczelni. Trudno się dziwić, że coraz częściej nawet koła postrzegane jako prestiżowe mają problem z zapełnieniem sali. Oznaką projektowej porażki jest każde „przedłużamy zapisy z powodu licznych próśb” – komentuje Karol.

Problem ujawnia się też na innej płaszczyźnie. Choć można naiwnie wierzyć, że rekrutacje do organizacji w semestrze letnim są podyktowane otwartością ich członków i chęcią poszerzenia grona przyjaciół, nierzadko kryją się za tym braki kadrowe. Projektowa machina nie może przecież działać bez zaangażowania odpowiedniej liczby trybików. Kiedy te zabiegi zawiodą, organizacja staje przed trudnym wyborem. W obliczu niechęci do zmniejszania liczby inicjatyw, jedynym wyjściem wydaje się obniżanie ich jakości – a stąd już tylko krok do projektowej porażki.

No votes yet.
Please wait...