Najlepsze albumy 2017

1. Blanck Mass – World Eater

Tekst: Piotr Chęciński

Napisać notkę o najlepszej płycie roku to nie lada odpowiedzialność. Warto zatem zwrócić uwagę na odpowiedni dobór słów, ale paradoksalnie wszystkie użyte tu muzyczne terminy nie do końca będą odpowiadać rzeczywistości. Wszystko dlatego, że Blanck Mass na swoim trzecim albumie przedstawił muzykę niezwykle złożoną i wielowymiarową. Stwierdzenie, że słuchacz ma do czynienia z ciężką elektroniką nie odbiega od prawdy, ale jest jednocześnie dużym niedopowiedzeniem. Artysta z lekkością i niezwykłym wyczuciem żongluje gatunkami, od brutalnego power noise’u, przez melodyjny electro-industrial czy poszatkowany footwork, aż po melancholijny vaporwave. Z pozoru to album radykalny i trudny do przyswojenia, jednak przesłuchanie i próba zrozumienia tego materiału może być wyjątkową muzyczną przygodą.

 

 

2. Slowdive – Slowdive

Tekst: Maciej Kondraciuk

Pionierzy shoegaze’u powracają po ponad dwóch dekadach z nie lada albumem. Slowdive nie jest przesadnie ambitne, przynajmniej jak na standardy zespołu. Ale to właśnie łatwość w przyswojeniu wyróżnia ten krążek. Nie oznacza to wcale, że Brytyjczycy zdecydowali się na same utwory o typowo popowej konstrukcji. Nie można też powiedzieć, że stonowali swoje brzmienie, chociaż slow burnerów tu nie brakuje (chociażby finałowe Falling Ashes). Zespół gra z tą samą pasją co za młodu i kawałkami takimi jak eksplodujące gitarami No Longer Making Time, przepięknie rozkwitające Don’t Know Why czy słodziutkie Everyone Knows udowadnia, że wciąż jest w stanie dostarczyć najlepszy materiał w swojej karierze. Między członkami Slowdive czuć taką chemię, że aż trudno uwierzyć w to, na ile lat rozeszły się ich drogi.

 

 

3. Mount Eerie – A Crow Looked At Me

Tekst: Maciej Kierkla

Phil Elverum to legenda w świecie muzyki niezależnej, jednak w obliczu tragedii każdy staje się najzwyklejszym człowiekiem na ziemi. W maju 2015 r. u jego żony Geneviève zdiagnozowano złośliwy nowotwór. Zmarła rok później w swoim pokoju w ramionach męża. A Crow Looked at Me nie jest pierwszym albumem traktującym o śmierci, ale jest na pewno jednym z najbardziej osobistych. Elverum przedstawia nam strumień świadomości o nowej codzienności. Jest to o tyle druzgocące, że brak tu jakiejkolwiek poetyckości – jesteśmy świadkami niewyobrażalnie intymnego dialogu ze zmarłą żoną, sobą czy całym światem. Phil chce, aby echo jego miłości rozległo się w nieskończoność i pomogło zagoić ranę spowodowaną tym, że… śmierć jest prawdziwa.

 

 

4. Idles – Brutalism

Tekst: Piotr Chęciński

Dawno nie było na Wyspach takiego debiutu. Panowie z Idles nie mają litości i bezpardonowo wyważają drzwi do świata rządzonego przez hipokrytów, złodziei oraz egoistów. W oszczędnych, ale jednocześnie dosadnych tekstach dostaje się zarówno politykom, jak i zwykłym ludziom. Lider grupy, Joe Talbot, często wykrzykuje słowa z niewypowiedzianym obrzydzeniem. Muzycznie można w tych utworach usłyszeć klasykę brytyjskiego punk rocka, ale wzbogaconą o inspiracje amerykańskim hardcore’em spod znaku Fugazi albo Hüsker Dü. Idles udało się wskrzesić punk i ponownie wykorzystać go jako formę buntowniczej ekspresji, a przy tym nie popaść w prostacki banał.

 

 

 

5. Brockhampton – SATURATION II

Tekst: Alex Makowski

Drugi longplay rap-ekipy buja i to solidnie. BROCKHAMPTON odrobiło swoją lekcję od czasu debiutanckiej płyty, która, choć bardzo dobra, była dość mocno poszatkowana. Bardziej wydawała się kompilacją niż albumem z krwi i kości.W przypadku dwójki słowo-klucz to balans – płyta jest o wiele bardziej spójna, chłopaki postanowili zdecydowanie silniej postawić na swoją popową stronę, ale bez straty po stronie eksperymentów i kreatywności. Agresywne kawałki przeplatają się z poruszającymi, ostre zwroty gładko mieszają się z boysbandowymi refrenami, produkcja jest przejrzysta, uderzająca, przy okazji pokazująca westcoastowe korzenie grupy. Nawet skity (przepraszam, „sceny”) są ciekawe i dodają płycie klimatu. Palce lizać.

 

 

 

6. Arca – Arca

Tekst: Mateusz Piotr Riabow

Trzeci album wenezuelskiego producenta już na samym początku zapowiada wielką zmianę. Otwierający go utwór Piel jest wręcz szokujący, nawet dla znających twórczość Alejandra Ghersiego, a to ze względu na wprowadzenie kluczowego dla tej płyty elementu – głosu Arci. Niepozbawiony niedoskonałości śpiew po hiszpańsku, na tle swoich mrocznych, połamanych beatów i sampli instrumentów klasycznych pozwolił na wprowadzenie do katalogu Arci nowego rodzaju wrażliwości, wręcz intymnej romantyczności. Arca jest bez wątpienia najlepszym z dotychczasowych wydawnictw Ghersiego. Artysta po raz pierwszy pozwala słuchaczowi aż tak bardzo zbliżyć się do siebie i spojrzeć wewnątrz skonstruowanego samodzielnie świata.

 

 

 

7. Perfume Genius – No Shape

Tekst: Maciej Kondraciuk

Wydane przed trzema laty Too Bright zaskoczyło z pewnością niejednego, kto znał Mike’a Hadreasa, artystę nagrywającego pod szyldem Perfume Genius, jako wrażliwego singer-songwritera. Album był krzykliwy, chwytliwy i bezpośredni. Z No Shape, swoim najspójniejszymi najpełniejszym wydawnictwem, Perfume Genius idzie o krok dalej. Od otwierającego Otherside aż po kończące Alan artysta hipnotyzuje swoim pięknym falsetem, co eksponuje lekka, ale jednocześnie bogata produkcja. No Shape łączy to, na czym Perfume Genius dobrze się już zna (w szczególności ballady), z czymś zupełnie dla niego nowym ‒ składaniem hołdu swoim muzycznym bohaterom. I mimo ewidentnych inspiracji Kate Bush, Sade czy Princem, to Hadreas gra tu główną rolę i nie da sobie powiedzieć, że jest inaczej.

 

 

8. Kelela – Take Me Apart

Tekst: Mateusz Piotr Riabow

Cztery lata minęły, odkąd postać Keleli wzbudziła zainteresowanie po wydaniu mixtape’u Cut 4 Me, dwa – odkąd spotęgowała rosnący apetyt epką Hallucinogen. Debiutancki album miał za zadanie ukazać pełny obraz artystki. W efekcie otrzymujemy rewelacyjnie wyważone 54 minuty zarówno bardzo klasycznego, jak i eksperymentalnego future R&B. Od tanecznych, chwytliwych utworów, które przywołują na myśl Janet Jackson, po emocjonalne ballady i przeplatające je miniaturowe kompozycje, które dają słuchaczowi odetchnąć i wprowadzają kolejne sekcje, dzieląc je na etapy: związku, zerwania, ponownego zejścia z partnerem. Pierwszy long-play Keleli to doskonała pozycja, która korzystając z dokonań poprzednich dekad, jednocześnie przesuwa granice gatunku.

 

 

9. Tzusing – 東方不敗

Tekst: Maciej Buńkowski

Pierwszy długograj Tzusinga nie zostawia jeńców. 東方不敗 to siedem pełnokrwistych, industrialowych techno-wariacji. Łącząc wojenne rytmy, metalowe piski a także wschodnioazjatyckie melodie, malezyjski producent stworzył jeden z najbardziej pociągających i porywających albumów tego roku. Dziwaczne, poskręcane sample, metaliczna perkusja i niepewność tego, co zaraz nadejdzie to kluczowe elementy. Artysta porzuca swój związek z acid techno na rzecz EBM, co zauważalnie zwalnia tempo piosenek, intensyfikuje jednak towarzyszące im uczucie niepokoju. To mechaniczny soundtrack, któremu nikt nie będzie w stanie się oprzeć.

 

 

 

10. Remo Drive – Greatest Hits

Tekst: Maciej Kierkla

Ostatnio w internecie krąży mem „best times to listen to album”. Faktycznie Greatest Hits jest idealnym soundtrackiem do obrzucania jajkami domu swojej byłej. Jednocześnie mimo tego, że ukazał się w marcu, to chyba najbardziej wakacyjny album tego roku, który przywodzi na myśl długie patrzenie na zachodzące słońce. Chłopaki przygotowali wspaniałą mieszankę indie rocka i emo. Czuć też klimat grunge’owych nagrań, a nawet hardcore’u czy shoegaze’u. W Strawberita lekki klimat zostaje zastąpiony bujającym basem, Summertime miejscami przypomina American Football, pojawiają się indie-bangery jak Hunting for Sport. Remo Drive uwielbiają chwytliwe refreny i niebanalne mostki – chwała im za to, bo każdy kawałek z płyty mógłby być singlem.

No votes yet.
Please wait...