W chaosie giną słowa

Śmierć Dantona Georga Büchnera jest ważną opowieścią o rozpadzie nie tylko rewolucji, lecz także człowieka. Rzeczywiście egzystencjalne czy filozoficzne frazy padają podczas spektaklu w Teatrze Narodowym; niestety zamiast angażować, nużą widza.

fot. Krzysztof Bieliński

Śmierć Dantona – debiut Büchnera z 1835 r. – porusza wiele złożonych zagadnień, rozlicza rewolucję, a zarazem sięga do zakamarków ludzkiej psychiki. Ukazuje człowieka, który stoi na granicy – pomiędzy świadomością swojej przyszłej śmierci a zaprzeczeniem kontynuowaniem dotychczasowego życia. Dramat mogłoby się wydawać odpowiedni na nasze czasy. Żeby tak się jednak stało, trzeba poznać utwór – nie tylko go przeczytać, lecz także zrozumieć, interpretować. Niestety właśnie tego zabrakło inscenizacji w reżyserii Barbary Wysockiej.

Gdyby ktoś mógł uwierzyć w unicestwienie*

Büchner obrazuje upadek rewolucji, rozpustę, której oddają się elity, i nędzę, która wciąż ogarnia ubogich. Rewolucjoniści używają życia, bo obalili króla, dla biednych zmieniła się tylko forma władzy. Nowy porządek, a właściwie bałagan, zaczyna przypominać stary. W pewnym momencie pochód się zatrzymuje, bo dochodzi do momentu niemożliwego. Niemożliwe dla Dantona jest wyniesienie się poza swoją warstwę społeczną, niemożliwe dla ulicy jest wzniesienie się do poziomu elit. Śmierć Dantona zaczyna się ich zabawą, w prywatnym, zamkniętym gronie; czasem przywódcy rewolucji spotykają się z kobietami z ludu, ale wyłącznie po to, żeby oddać się uciechom cielesnym. Zdaje się, że na tej niemoralności sztuki Büchnera (za którą często go krytykowano) Wysocka chciała osnuć swoją opowieść.

Spektakl zaczyna się, jeszcze w trakcie wchodzenia widzów, burżujskim świętowaniem, obżarstwem, zabawą, czyli tym, za co potępiano poprzednią władzę. Co ciekawe – tak samo się kończy, nawet dla martwych bohaterów. Reżyserka tworzy więc kompozycję zamkniętą, która uwydatnia przekaz, że mimo rewolucji świat pozostaje taki sam. Nawet po śmierci. Widz na wstępie dostaje więc pewnego rodzaju teatralny konspekt całej idei sztuki. Będzie zabawa, będzie bezwstydnie, będą obrazy – ale nie słowa.

Z jednej strony na scenie widzimy rusztowanie nadające surowości spektaklowi, a z drugiej – bałagan, rozrzucono: ubrania, rekwizyty, akta, książki, ale i aktorów. Na parterze obradują organy nowej władzy, chcące porządku publicznego, moralności na ulicy, triumfu cnoty, wzmocnienia wiary w rewolucję; na drugim poziomie Danton oddaje się rozkoszom cielesnym ze swoją kochanką, mało moralnym i zdecydowanie niecnotliwym. Trzeba przyznać, że wygląda to efektownie, niestety takie zamieszanie i jednoczesne granie na kilku planach odciąga uwagę od głównej akcji; w tym ferworze uciekają słowa.

Zawsze jesteśmy w teatrze, choć nas w końcu zarzynają całkiem na serio

Koncepcja z pozoru zachowuje spójność – skupienie się na elementach otaczających głównych bohaterów, stworzenie chaosu, oddanie wrzenia paryskiej ulicy tworzą całość. Dlatego pojawiają się panowie z obsługi technicznej, którzy obracają skrzypiącą prostokątną scenę (wraca ona jednak do punktu wyjścia), akcja toczy się jednocześnie na kilku poziomach – wykorzystanie wielopiętrowej konstrukcji to ciekawy zabieg. Można obronić niezbyt estetyczną zmianę strojów u członków trybunału – ze stylizowanych na ubiór z epoki na współczesne garnitury – i odczytać to jako nawiązanie do współczesności. Niestety używanie telefonu w celu przywołania czy ostrzeżenia Dantona pozostaje chwytem tandetnym. O ileż prostsze byłyby przeszłe rewolucje i powstania, gdyby tylko mieć przy sobie telefon! – chciałoby się zażartować. I może ta ironia nawet pasowałaby do konwencji spektaklu. Wszystko to byłoby znośne, a czasem nawet poprawne, gdyby nie to, że Śmierć Dantona jest utworem bogatym w kluczowe monologi.

Potraficie sprawić, że kochamy się nawet w kłamstwie

Nie pomagają nawet aktorzy, którzy wkładają cały swój warsztat w granie. Widać to przede wszystkim u Oskara Hamerskiego, Przemysława Stippy, Patrycji Soliman i Wiktorii Gorodeckiej. Problem polega na tym, że wszyscy oni, grając z największym kunsztem, grają samotnie. Czasem pojawia się interakcja między ich postaciami i są to niewątpliwie momenty budzące widownię. Danton prowokujący Robespierre’a i Robespierre starający się odeprzeć jego ataki to niebanalny pojedynek nie tylko dwóch osobowości scenicznych, lecz także aktorów. Wydaje się jednak, że to pomysł i charaktery Stippy i Hamerskiego, a nie dopracowany zamysł reżyserski. Natomiast Soliman opowiadająca życie Marion pozwala zapomnieć o panującym wokół chaosie; jest przyciągająca i jak mało kto angażująca. Na chwilę pozwala odetchnąć, odpocząć od zgiełku, nie odbierając jednak bezpruderyjnej nonszalancji swojej postaci.

Zupełnie inną aurę tworzy Gorodeckaja, która nawet mimo grania w jednej scenie z innymi jawi się jako odrębne, nieprzystające do porządku spektaklu zjawisko. Rzadko się wypowiada, ale kiedy to robi, cały zgiełk cichnie, blednie. Tylko jej pocieszenie jest w stanie na chwilę ukoić Dantona; w kreacji Gorodeckiej nietrudno w to uwierzyć. Aktorka tworzy swoją postać na podstawie słów wypowiedzianych do Julii przez jej męża w akcie I. Deklaruje on, że jego żona jest dla niego grobem – ale nie w negatywnym sensie, wręcz przeciwnie – daje mu ukojenie, spokój: Ludzie mówią, że w grobie jest spokój, a grób i spokój to jedno. Jeśli tak, to na twoim łonie leżę już jak pod ziemią. Ty grobie słodki, twoje wargi to dzwony za umarłych, twój głos to pieśń pogrzebowa, twoja pierś to moja mogiła, a twe serce moją trumną – brzmiąca mało romantycznie deklaracja w rzeczywistości nabiera sensu, jeżeli spojrzy się na pomysł Gorodeckiej. Również sama śmierć Julii w spokojny i łagodny sposób wieńczy cały spektakl. Na koniec przyciąga całkowicie uwagę widza, mówi: teraz wszystko już ucichło. Staje się swoistym zadośćuczynieniem za nużące ponad dwie godziny. Ukojenie odchodzi jednak wraz z jej śmiercią, w momencie refleksji nad całością.

Rewolucja nie uznaje żadnych relikwii

Niestety mimo usilnych prób aktorskich spektakl pozostaje tylko obrazami, mechanizmami, trikami, które mają zapełnić całą inscenizację. Problem z tym przedstawieniem polega na tym, że Büchner napisał tragedię Dantona i jego najbliższych, jak również przeciwników i zwykłych ludzi. Słowa, frazy stworzone przez autora podają w wątpliwość oczywiste kwestie, angażują, wzburzają i dają ukojenie. Sam dramat uznawany jest za silnie ateistyczny, padają nihilistyczne i negujące Boga zarzuty. Ich inscenizacja powinna więc mocno oddziaływać na widza. Jeżeli nie powodować w nim refleksji, to chociaż bunt czy przychylność. U Wysockiej tego zabrakło. Oczywiście Hamerski i Stippa wygłaszają nawet więcej niż poprawnie swoje monologi, ale przepadają one w bałaganie scenicznym. Nie wybrzmiewają na tyle wyraźnie, na ile powinny. Można mieć wrażenie, że aktorzy jeszcze w trakcie spektaklu próbują odkryć ich sens i zinterpretować je na bieżąco, tak jakby nie zostało to wcześniej dogłębnie omówione podczas prób. Nie ma więc sprzymierzenia z bohaterami czy wrogości wobec nich, pojawia się znudzenie.

Danton jest świadom swojej tragicznej sytuacji, a zarazem próbuje kontynuować swoje dotychczasowe hedonistyczne życie, w tym Hamerski wypada przekonująco. Jego zabawa zarówno postacią, jak i sytuacjami wybrzmiewa szczerze, w formie gestów i czynów, a nie – słów. Kiedy już nie ma odwrotu, siedzi w więzieniu czy staje przed trybunałem i ma wygłosić ostatnie słowa ratunku, po prostu je wygłasza. Ale taka mowa obronna nie porywa, nie sprawia, że chce się stanąć po jego stronie, zrozumieć, finalnie wręcz nie dziwi, że kończy na gilotynie.

Życie to ladacznica; uprawia nierząd z całym światem

Inscenizacja Wysockiej miała być obrazem chaosu i upadku idei rewolucji. Niemoralnym, brudnym przekazem. Niestety nie wiadomo do końca – czego. Zestawienie trudnego i złożonego dramatu z prostym odczytaniem, strojów stylizowanych na te z epoki z kontrastującymi współczesnymi garniturami, a wszystko zwieńczone kilkupiętrowym rusztowaniem staje się właśnie tym, co miał ukazać spektakl – upadkiem idei i przeobrażeniem się ich w to, z czym walczyły. Miało być odważnie, współcześnie z zachowaniem odrobiny klasyki. Tymczasem ten mariaż nie wyszedł, pozostał na dwóch płaszczyznach – niepełnych zamysłach reżyserskich i klasycznej grze ratującej niedopracowany pomysł. Danton i Marion jako dwie osoby z różnych światów mogą ze sobą spędzać miłe chwile, ale tylko chwile. Ostatecznie główny bohater szuka ukojenia w objęciach żony, która przynależy do tego samego porządku co on; Marion zostaje samotna. I jest to trafna metafora Śmierci Dantona Wysockiej. Mezalians pomiędzy Büchnerem, aktorami a reżyserką zrodził bękarta wizualnie ładnego, ale z pustym wnętrzem.

 

*tytuły śródtytułów i cytaty pochodzą z utworu Georga Büchnera w tłumaczeniu Wilama Horzycy.

 

3/5

 

Śmierć Dantona
Barbara Wysocka
Teatr Narodowy
Rating: 3.7. From 3 votes.
Please wait...