Zdarzyło się w kinie. Rozdział III

W poprzednich rozdziałach zaprezentowane zostały początki kina i narodziny gramatyki filmowego języka. Dziś dzięki zdolnościom teleportacyjnym X Muzy przenosimy się w czasie o kolejne dziesiątki lat. Odwiedzamy przestępczy światek Nowego Jorku i poznajemy Aniołów o brudnych twarzach, w Polsce śpiewamy Zapomnianą melodię, usiłujemy schwytać rzymskich Złodziei rowerów, by ostatecznie zakochać się w Czerwonych trzewikach.

Tekst: Agnieszka Wojtukiewicz, Zuzanna Nyc

Obrazy stworzone 80 i 70 lat temu są dosyć bliskie tym znanym współcześnie z ekranów kin. W latach 1938–1948 ramy pierwszych gatunków filmowych – horrorów, musicali, filmów gangsterskich czy przygodowych – były już wyraźnie zarysowane, zwłaszcza we wchodzącej w  swoją złotą erę kinematografii amerykańskiej. Natomiast w  powojennej Europie istniała silna potrzeba rozrachunku ze zbrodniczymi ideologiami – faszyzmem, nazizmem i totalitaryzmem. W tych nowych warunkach ukształtował się jeden z najważniejszych nurtów w historii kinematografii, czyli włoski neorealizm. Jego twórcy skupiali się na wiernym odwzorowaniu życia codziennego przy użyciu niemal dokumentalnej formy.

Aniołowie o brudnych twarzach (1938)

Opowieść o bardzo dziwnej przyjaźni. Rocky (James Cagney) i Jerry (Pat O’Brien) wychowywali się w biednej dzielnicy Nowego Jorku. Kradli razem, ale to Rocky biegał wolniej. Podczas jednej ze złodziejskich wypraw dał się schwytać policji, co rozdzieliło przyjaciół. Po latach spotykają się znowu – Jerry jest teraz księdzem, Rocky słynnym gangsterem. Obaj próbują wychować następne pokolenie zdeprawowanych nastolatków na swój sposób.

Film Michaela Curtiza ma wszystko, czego potrzebuje klasyk kina gangsterskiego – bohatera pełnego wad, w którego wciela się aktor wzbudzający sympatię (Cagney), mistrzowsko utrzymane tempo i tę niepokojącą cichą urazę, którą emanują postacie, zwiastuje to nieuchronny cios w plecy mimo deklarowanych wspólnych interesów. Dodajmy do tego jeszcze mocne zakończenie z postawionym przed Rockym trudnym wyborem i Humphreya Bogarta na drugim planie, cztery lata przed – również reżyserowaną przez Curtiza – Casablancą. Kino, które nie zawodzi oczekiwań i jest równocześnie przykładem naprawdę solidnego rzemiosła.

Zapomniana melodia (1938)

Słoneczny dzień, kilkanaście dziewcząt w kajakach radośnie śpiewa Ach, jak przyjemnie kołysać się wśród fal… – ten sielankowy obraz stał się bazą jednego z najlepszych polskich musicali okresu międzywojennego. W filmie pojawiają się fatalne pomyłki, szalone zbiegi okoliczności, zakazana miłość, uratowany z wodnej kipieli przystojny mężczyzna, szczebioczące uczennice szkoły z internatem i wielkie pieniądze. Wszystko to utrzymane jest w konwencji musicalu i okraszone znakomitą, lekką muzyką autorstwa Henryka Warsa. Trzeba przyznać, że dziś niektóre sceny z pewnością nie miałyby szans zaistnieć; za przykład posłużyć może choćby karmienie sponsora szkoły zupą groszkową przez uczennice.

Pomysłowa, choć nieskomplikowana fabuła, dowcipne dialogi i  wesołe piosenki mimo upływu lat pozostają świeże i pełne polotu obcego współczesnym polskim komediom romantycznym. Do obejrzenia z babcią, mamą lub młodszą siostrą. Wiek nie gra tu roli.

Złodzieje rowerów (1948)

W ostatnich latach kino, a szczególnie oscarowe produkcje takie jak Tamte dni, tamte noce czy Wielkie piękno, przyzwyczaiło nas do wizerunku Włoch jako kraju słońca i artystów. Złodzieje rowerów to jednak zupełnie inny, gorzki obraz powojennej Italii, pogrążonej w kryzysie. Reżyser Vittorio De Sica funduje widzom emocjonalny rollercoaster – film jednocześnie drażni, smuci, wzrusza, skłania do refleksji i wzbudza silne pragnienie sprawiedliwości (porównywalne z uczuciami wywoływanymi przez Tańcząc w ciemnościach Larsa von Triera).

Złodziejach rowerów życie pogrążone jest w szarości nie tylko ze względu na barwy taśmy filmowej. Tutaj w Rzymie pada deszcz, a bohaterowie filmu wcale nie są stereotypowo głośni i pogodni. Oddają w zastaw kolejne sprzęty, by móc kupić chleb. Za pieniądze ze sprzedaży ostatnich prześcieradeł Antonio Ricci kupuje rower i podejmuje się z trudem zdobytej pracy przy rozwieszaniu plakatów. Niestety jego nowo nabyty pojazd zostaje skradziony, a on i jego rodzina znów są w dramatycznej sytuacji.

Fabuła jest bardzo spójna i  dynamiczna, toczy się od jednego wydarzenia do kolejnego. Poezja tego obrazu polega na perfekcyjnym odwzorowaniu prozy życia – emocje, dialogi, działania są tu do bólu realistyczne. Za historią opowiedzianą w filmie kryje się dużo więcej. Dzięki skromnym środkom wyrazu opowieść o kradzieży rowerów staje się pretekstem do przedstawienia wciąż aktualnej, uniwersalnej prawdy o życiu człowieka.

Czerwone trzewiki (1948)

Trwający ponad dwie godziny melodramat z lat 40. przedstawiający historię baletnicy z bogatego domu – ten opis może zniechęcić nawet najbardziej zapalonego kinomana.

Jednak Martin Scorsese niezmiennie wymienia Czerwone trzewiki jako jedno z dzieł, które wywarły na nim największe wrażenie. Faktycznie niektóre sceny filmu są genialne, a zwłaszcza jedna – słynna sekwencja tańca. Piętnastominutowy fragment jest jak film w filmie, sen, teledysk. To prawdopodobnie najlepsze przedstawienie baletu, jakie osiągnięto w kinie do dziś.

Co więcej duet Pressburger–Powell, idąc za przykładem twórców powstałego w  latach 30. Czarnoksiężnika z  Oz, umiejętnie skorzystał z  możliwości kręcenia filmu muzycznego w  kolorze. Choć warstwa wizualna Czerwonych trzewików aż kipi od barw niczym podlany absyntem XIX-wieczny obraz pod pozornym chaosem skrywa się tu tak naprawdę bardzo przemyślana i skrupulatnie przygotowana kompozycja.

Uczta dla fanów musicali, teatru i  pięknych, baśniowych zdjęć o  lekko surrealistycznym zabarwieniu (wybitny operator Jack Cardiff za kamerą i Oscar za scenografię).

No votes yet.
Please wait...