Scena za ekranem

Nie ma kurtyny ani dzwonków przywołujących widzów. Numerowane miejsca zamieniają się w domowy fotel, kanapę czy krzesło biurowe. Scena Teatru Telewizji nie tylko zagościła na stałe w telewizji, lecz także wchodzi do internetu.

graf. Ewa Enfer

Jeżeli chciałoby się znaleźć choć trochę dobrej zmiany w dobrej zmianie, warto zajrzeć do… TVP, a dokładniej – Agencji Kreacji Teatru Telewizji Polskiej. Może się to wydawać podejrzane, ale trzeba przyznać, że od ponad pół roku oferta spektakli telewizji publicznej jest regularna i bogata. Oczywiście pojawiają się produkcje nader patriotyczne, narodowe, zgodne z ideologią partii rządzącej (np. Marszałek w reż. Wojciech Tomczyka), ale w repertuarze są też inscenizacje nie tylko znanych reżyserów (np. Spiskowcy w reż. Jana Englerta), lecz także debiutantów (np. Żabusia w reż. Anny Wieczur-Bluszcz). Oferta jest różnorodna, a więc adekwatna do teoretycznej misji mediów publicznych?

Umowa teatralna

Przeniesienie sceny teatralnej do telewizji nie miało na celu tylko dotarcia pod strzechy, chociaż to również stanowiło istotną misję społeczną. W szarej, socjalistycznej rzeczywistości ta misja okazała się bardzo istotnym czynnikiem, który sprawił, że Teatr Telewizji funkcjonuje do dziś. Nowe medium narodziło się z połączenia filmu i teatru – nosiło cechy obu, ale było oryginalnym sposobem przekazu opowieści i dotarcia do widzów. Teatr telewizyjny korzysta bowiem z jednej strony z rozwiązań filmowych – kamera, oświetlenie, przekaźnik, z drugiej – pozostaje spektaklem, nawet jeśli jest wyświetlany w przestrzeni domowej, a nie oglądany bezpośrednio w teatrze.

Oprócz umowności, że teraz widz ogląda teatr w telewizji, a nie film, jest kilka innych czynników, które wpływają na rozróżnienie tych gatunków. Jerzy Limon, wybitny znawca teatru, autor książki Obroty przestrzeni. Teatr Telewizji. Próba ujęcia teoretycznego, pisze: [reżyser – przyp. red.], nasycając dzieło regułami i konwencjami teatru, sygnalizuje, że chce, byśmy czytali je jako teatr. Jedną z tych reguł jest czas – w spektaklu telewizyjnym zostaje on przeniesiony do umownej teraźniejszości, tworzy niejako swoiste praesens historicum – natomiast w przypadku większości filmów akcja w odbiorze widza dzieje się w przeszłości. Spektakl – uznajemy jako widzowie – odbywa się w tym samym momencie, w którym go oglądamy. Ponadto w Teatrze Telewizji można się doszukiwać przerysowanych gestów, strojów, dekoracji, sposobu mówienia – specyficznych dla teatru i jego „sztuczności”. Równie ważna jest relacja przestrzenna – komunikacja między aktorami a widzami. Artyści grają dla publiczności, nawet jeżeli tej nie ma w studiu nagrań. Kontakt międzyludzki zostaje silnie zaznaczony i znów umownie przyjęty przez obie strony ekranu. Limon zauważa jeszcze, że występuje ciągłość ujęć, połączona z „delikatnym” montażem, pozbawionym elipsy czasowej, czyli brak nagłych przeskoków akcji, czasu – niemal zachowanie zasady trójjedności, niespotykane w filmach.

Kto tu rządzi?

Ponadto nie jest to teatr – ze strefy scenicznego sacrum przenosimy się gdziekolwiek, a więc zdecydowanie do profanum. Widz może w każdym momencie zatrzymać obraz, aby zrobić sobie herbatę, czy nawet wyłączyć przedstawienie w połowie i wrócić do oglądania tydzień później. Nowe medium dało sporą władzę zarówno odbiorcy, jak i reżyserowi. To operator kamery wskazuje obraz istotny dla danej akcji, nakierowuje widza na konkretnego aktora, ważny rekwizyt. Prowadzi za rękę – to jest istotne w tej scenie, ten gest jest znaczący. W teatrze widz ma pełną kontrolę; może obserwować to, co chce, nie musi skupiać uwagi na wygłaszającym kwestie aktorze, jego wzrok może powędrować gdziekolwiek. W teatrze telewizyjnym ta wolność została ograniczona. Reżyser natomiast zyskuje pewność, że odbiorca zobaczy to, co według jego zamysłu powinien. W zamian widz dzierży największe insygnium władzy – pilota, a od niedawna – mysz i klawiaturę. Od pierwszych, często nieudanych, prób do wejścia w strefę online minęło jednak wiele burzliwych lat.

Pomimo przeszkód

Telewizyjne pasmo teatralne jest polskim fenomenem na skalę światową. Stanowi rezerwat dla klasycznej obecności spektaklu w przestrzeni ekranu. Jan Englert – jeden z najwybitniejszych polskich reżyserów, również Teatru Telewizji – powiedział w latach 90. o tej konwencji: to zupełnie nowy gatunek sztuki, odrębny wobec filmu i teatru […]. Polski Teatr TV jest na pewno fenomenem i to w skali światowej, choćby dlatego, że premiery daje co tydzień, a większość z nich to klasyka. Dlaczego akurat w Polsce udało się rozwinąć tę gałąź sztuki?

Historia tego zjawiska sięga roku 1952 – wtedy zaczęto transmitować fragmenty przedstawień teatralnych. Pierwszym spektaklem Teatru Telewizji, wyświetlonym w całości 6 listopada 1953 r., było Okno w lesie w reżyserii Józefa Słotwińskiego. Początkowe próby wprowadzania nowego formatu nie obyły się bez potknięć. Po pierwsze spektakle były grane na żywo, a z tym zawsze wiąże się większe ryzyko – spóźnienia aktorów, problemy ze sprzętem (wtedy jeszcze dość słabej jakości), przerwy w nadawaniu. Po drugie artystom towarzyszyła niepewność – czy ktoś w ogóle to ogląda?, ile osób ma rzeczywiście dostęp do odbiornika?. Pytania wydawały się zasadne, w latach 50. mało kto miał w domu własny telewizor. Niemniej po wojnie społeczeństwo zaczynało wracać do stabilnego życia i potrzebowało rozrywki.

Niechęć świata aktorskiego do nowej formy przełamał Adam Hanuszkiewicz – wybitny aktor i reżyser. Dla niego kamera dawała przede wszystkim możliwość pokazania emocji wypisanych na twarzy aktora, zobaczenie prawdziwego człowieka z bliska, co nie zawsze było możliwe na widowni teatralnej – im dalsze miejsce, tym gorszy widok. Przed telewizorem wszyscy jesteśmy równi. Zdaje się, że misja Teatru Telewizji odzwierciedlała ówczesne ideały socjalistyczne.

Rozkwitające błędy

Lata 60. przyniosły nowe możliwości techniczne – nagrywano spektakle na taśmę, a później je odtwarzano, chociaż kontynuowano również transmisje na żywo. Zaczęto też organizować spotkania, pojawił się konkurs Złote i Srebrne Maski, pierwsze międzynarodowe sympozjum i inne wydarzenia branżowe. Oznaczało to, że lud spragniony jest wysokiej sztuki podanej jednak w przystępny sposób. Zawitanie do domu przeciętnego Kowalskiego, który po pracy nie miał już ochoty szykować się do teatru, spełniło w socjalistycznej rzeczywistości misję szerzenia kultury, udostępniania jej każdemu zainteresowanemu bez względu na jego zawód czy możliwości finansowe.

W latach 70. na deski teatru coraz śmielej wkraczały nowe gatunki i nowi autorzy, m.in. Norwid, Iwaszkiewicz, Witkacy, Camus. Oprócz tego istniały również przedsięwzięcia o bardziej rozrywkowym charakterze. Znów – widzem był nie tylko intelektualista, lecz także przedstawiciel każdej grupy społecznej. Olga Lipińska stworzyła kabaret telewizyjny łączący twórczość m.in. Gałczyńskiego i Osieckiej. Po latach wspominała: programy robiło się na żywo i zdumionej, niewielkiej widowni serwowało się nie tylko trzaski obiektywów, ale i głosy suflera, i rozmowy ekipy technicznej. I nieprzygotowany plan, przez pomyłkę wrzucony na wizję. To był naprawdę wspaniały okres. Może te mankamenty również przyciągały widzów, którzy zobaczyli, że świat wysokiej kultury jest w rzeczywistości taki jak oni sami – niedopracowany, spontaniczny, po prostu: ludzki.

Wojna więc?

O ile podczas stanu wojennego Teatr Telewizji nadawał normalnie, co tydzień, o tyle jedność środowiska aktorów okazała się tak silna, że zaprzestano nagrywania nowych spektakli. Wydaje się, że był to jeden z niewielu tak poważnych objawów wkraczania polityki do tego medium. Artyści odmawiali nie tylko grania, lecz także przychodzenia do studia na wywiady. Sprzeciwiali się również kamerom obecnym podczas przedstawień na deskach teatrów. Bunt był spontanicznym wyrazem sprzeciwu środowiska. Joanna Szczepkowska powiedziała kiedyś: Jak po kilku latach oceniam bojkot? Przede wszystkim jako coś całkowicie naturalnego. Zrodził on jednak wiele problemów, bo aż do kwietnia 1982 r. telewizja musiała puszczać wyłącznie powtórki. Program Drugi natomiast całkowicie zaprzestał nadawania spektakli. Utrzymało się za to pasmo dla dzieci – artyści nie chcieli ich krzywdzić przez polityczne decyzje, ponadto wierzyli w misję edukacji najmłodszego pokolenia.

Idą nowe czasy

W latach 90. Teatr Telewizji wyświetlano aż cztery razy w tygodniu! Były to nie tylko klasyki literatury. Przypominano także najlepsze spektakle, wprowadzono komedie, przedstawienia psychologiczne i obyczajowe, także te na pograniczu dokumentu i publicystyki, również produkcje zagraniczne. Powiew nowoczesności dotarł też do odbiorników. Społeczeństwo w trakcie przemian pozostało wierne Teatrowi Telewizji, on w zamian urozmaicał swoje programy, starając się iść z duchem czasu. Zaczęło przychodzić coraz więcej twórców filmowych, przez co samemu przedsięwzięciu zarzucano zbyt bliski mariaż z filmem. Z jednej strony było to odświeżenie dla już dość starego modelu, z drugiej – teatr przestawał być teatrem, jak twierdzili niektórzy twórcy.
Niestety rynek szybko zweryfikował działalność Teatru Telewizji – z roku na rok malał budżet na spektakle. Wywołało to oburzenie świata kultury, które nie przyniosło jednak oczekiwanych skutków. Powoli znikały kolejne pasma, a poniedziałkowy cykl został przesunięty na późniejszą godzinę. Po latach 90. Teatr Telewizji nie był już tak istotnym punktem programu zarówno dla władz telewizji, jak i samych odbiorców. Nowy. przyspieszony świat oferował inne rozrywki, misja szerzenia kultury przez publiczne środki przekazu schodziła na dalszy plan. Współczesny obywatel miał dostęp do różnorodnych teatrów, powstających multipleksów, a coraz rzadziej – do teatru w telewizji.

Przyszłość jest dziś

XXI w. to dla Teatru Telewizji czas zaników, powrotów, nowości, ale i powtórek, corocznego (od 2001 r.) Festiwalu „Dwa Teatry” w Sopocie i nagród przyznawanych za najlepsze realizacje spektakli. Ciekawą sztuką, szczególnie dla studentów, może być Juliusz Cezar Szekspira wyreżyserowany przez Jana Englerta w 2005 r. na… dachu BUW-u! Adaptacja ta zdobyła Grand Prix Festiwalu „Dwa Teatry”.
Zdaje się, że również ostatnio obserwujemy wzrost zainteresowania Teatrem Telewizji. Obecna władza pielęgnuje to, co narodowe, a dzięki temu powstają kolejne spektakle, są przyznawane dotacje. Co ciekawe również środowisko twórców zjednoczyło się, aby przywrócić Teatrowi Telewizji należyte miejsce w przestrzeni kulturalnej. Doczekaliśmy się przeniesienia Mroku w reżyserii Artura Tyszkiewicza, jednego z ważniejszych spektakli Teatru Narodowego (zadedykowano go Andrzejowi Blumenfeldowi). Ciekawym eksperymentem okazała się adaptacja przygód kryminalnych Eberharda Mocka z powieści Krajewskiego, dokonana przez Łukasza Palkowskiego. Teatr Telewizji znów się rozwija – stara się znaleźć złoty środek i pogodzić ideologiczną misję mediów narodowych z wysoką kulturą dobrej jakości. Na razie ten kompromis działa.

Od pierwszych – często nieudanych – prób przeniesienia teatru do telewizji, jeszcze w czasach kiedy ona sama nie była ani popularna, ani rozwinięta, do włączenia go do stałej ramówki telewizyjnej minęło ponad pół wieku. Mogłoby się zdawać, że skoro sama telewizja jest powoli wypierana przez internet, to również Teatr Telewizji w końcu doczeka swojego zmierzchu. Tak się jednak nie dzieje. Niedawno TVP uruchomiło transmisję inscenizacji za pomocą VOD, ponadto udostępnia popremierowo kolejne sztuki na swojej stronie. Również Ninateka upublicznia archiwalne spektakle. Wydaje się więc, że polski fenomen teatru przeniesionego na domowy ekran ma szansę przetrwać, a nawet rozwijać się w duchu postępu. Teatr Telewizji okazuje się jednym z ważniejszych kulturalnych projektów narodowych XX w., który – jak dotąd – łączy zarówno twórców i widzów niezależnie od sympatii politycznych czy wartości ideologicznych. Kurtyna Teatru Telewizji wciąż jest w górze i nie zamierza opadać, z pożytkiem dla odbiorców,. A co przyniesie przyszłość – zobaczymy, na ekranie telewizora lub komputera. 

Rating: 5.0. From 2 votes.
Please wait...