Gdzie sięga off

W ich przypadku zaczęło się zabawnie i poważnie jednocześnie: od stanu świadomości zwanego offem teatralnym. Miało to związek z lakierem do paznokci, magicznym kamieniem ze słowiańskiej mitologii, dublerską rolą prostytutki i apokaliptyczną scenografią ze skupu złomu. Alatyr i Teraz Poliż to dwa teatry, których członków łączy niepewność co do tego, czym off w rzeczywistości jest.

Teatr Alatyr, spektakl Trzej Muszkieterowie w Teatrze Rozrywki w Chorzowie, fot. Artur Wacławek

Marta pamięta, że lakier, owszem, wystąpił w tej historii, lecz ważniejszy okazał się ciąg skojarzeń: Teraz my, „Teraz Polska”, więc czemu nie: Teraz Poliż?. Ani ona, ani Dorota nie słyszą już prowokacji w nazwie zespołu, ale obserwują, że ona wciąż niektórych zawstydza. Jako przykład Marta podaje panie w urzędzie, które dłonią zasłaniają cisnący się na usta uśmieszek. Ostatecznie jednak to nie nazwa stała się przyczyną kłopotów dziewczyn. Pewnego dnia otrzymały zawiadomienie od Fundacji zarządzającej logo „Teraz Polska”: jeśli go nie zmienią, sprawa trafi do sądu. Musiały pożegnać się z własną wersją tego znaku, w którym flaga przyjęła szarą barwę. Stworzyły nowy, czarno-różowy wzór na białym tle. Nazwę zachowały.

Inna historia wiąże się z zespołem Kuby. Nazwanie teatru to straszliwy wysiłek. Wszystkie nazwy wydawały się śmieszne i głupie. Debatowaliśmy. W końcu zwołaliśmy czteroosobowe konklawe. […] Pojawiały się różne propozycje. Od patetycznych po głupie i absurdalne. Nie wiedzieliśmy, co wybrać. Skończyło się kompromisem, który się nikomu nie podobał – wspomina lider. Przyznaje, że Alatyr brzmi trochę jak nazwa syropu na kaszel, ale za to wiąże się z piękną tradycją znaczeniową i ładną grafiką. Ośmioramienna gwiazda, oznaczenie alatyru, wpisana w wiecznie obserwującą tęczówkę oka stała się logo teatru.

Ninja i kunoichi

W obu przypadkach wybór nazwy był dosyć zawiłym procesem, ale zanim się rozpoczął, członkowie zespołów musieli pokonać jeszcze inne trudności.

Założycielska czwórka Alatyru pracowała na strychu Wydziału Sztuki Lalkarskiej w Bytomiu jako koło naukowe. Tworzyli spektakl o końcu świata Skończyły nam się dni, który wkrótce miał stać się dla nich początkiem bardziej sformalizowanego etapu działalności. Na skupach złomu znajdowali nie tylko elementy scenografii, lecz także inspiracje do przyszłych postaci-lalek, do dziś naznaczonych rysami napotkanych bezdomnych. Kończąc studia, postanowili się uniezależnić, stworzyć własny szyld. Kierowały nimi dwa nadrzędne cele. Pierwszy z nich polegał na stworzeniu sobie samym rynku do wykonywania pracy w sytuacji, gdy rynek oficjalnego obiegu raczej nas nie chce. To był czas, kiedy wszyscy rzeczywiście zarabialiśmy w zupełnie przypadkowy sposób, a pragnęliśmy robić teatr. […] Drugi cel stanowiło stworzenie zespołu artystycznego, który będzie gotów na wszystko. Powołanie aktorów-ninja, którzy nie mają żadnych blokad, sztamp i wchodzą w przedziwne projekty – wyjaśnia Karol.

Z kolei dziewczyny z Teraz Poliż zaczynały w Warszawie. Brakowało im dramatów pisanych z myślą o kobietach. Dorota, absolwentka Szkoły Aktorskiej Machulskich, wspomina, że miała już dosyć dublerskich ról prostytutek. Dla mnie mocne było to, że w tych wszystkich sytuacjach nie było nawet jednej porządnej dublury. […] Wchodzę na scenę, mówię chłopakowi, że go kocham. Oczywiście była to prostytutka o dobrym sercu, przecież to bardzo ważne. Aktorkę denerwowało, że na scenie o problemach egzystencjalnych mówią głównie mężczyźni.

Dorota i Marta postanowiły działać. Zawalczyłyśmy o to, żeby wziąć pieniądze przeznaczone na poszczególne spektakle dyplomowe, poszukać swoich reżyserów lub reżyserek i zrobić coś na podstawie tekstu, w którym jest dużo kobiet – wspomina Marta. Natrafiły na inne inspirujące studentki, z którymi zaczęły tworzyć przedstawienia. Ze spektaklem Osiem obroniły dyplomy. Po zakończeniu studiów nie chciały kończyć współpracy, lecz dalej wymieniać się pozytywną energią. W siódemkę założyły zespół – bez struktury, bez miejsca prób, bez perspektyw pokazów, za to z silnym przekonaniem, że chcą zmieniać rzeczywistość społeczną. Je także można by porównać do ninja, czy raczej kunoichi, kobiet-ninja.

Nie patriarchat, nie matriarchat

Początkowo chciały jedynie mówić o sprawach kobiecych. Dopiero później wszystkie członkinie Teraz Poliż zrozumiały, że są feministkami, więc powinny również działać. Nieraz wzbudzało (i nadal wzbudza) to kontrowersje. Dorota w show Tak czy nie toczyła z Januszem Korwin-Mikkem spór o prawa kobiet. Potem natrafiała w sieci na fragmenty wystąpienia z podpisem: Janusz Korwin-Mikke i głupia feministka. Z głosami sceptycyzmu spotyka się także w relacjach prywatnych. Zdarza jej się słyszeć pełne zawodu pytanie: Jesteś feministką. Ale… ale dlaczego?.

Nie tylko działalność feministyczna członkiń zespołu bywa nierozumiana czy atakowana. Podczas spektaklu Sukienka z dziurką ktoś wykonał aktorkom zdjęcia w czasie sceny nagości, po czym zamieścił je w sieci bez wiedzy i zgody dziewczyn. Na szczęście członkinie zespołu znacznie częściej spotykają się z pozytywnym odzewem. Wiele osób, także mężczyzn, przyznaje, że dzięki poliżankom nareszcie rozumieją, czym jest feminizm. Członkinie grupy tworzą wystawy, prowadzą warsztaty, współpracują z Amnesty International oraz gruzińskim ruchem feministek. Docierają do zapomnianych kobiecych dramatów, a potem adaptują je na słuchowiska. To było dla nas odkrycie, gdy zaczęłyśmy czytać wybrane teksty, że one zawierają część historii, której mnie osobiście brakowało w tej wielkiej narracji historycznej, jaką pamiętam ze szkolnych zajęć. Te kobiety otworzyły przede mną spektrum rzeczywistości społecznej, o której nikt mi nigdy nie opowiadał – ekscytuje się Marta. Dziewczyny w swoich spektaklach często starają się burzyć czwartą ścianę, angażować widza, wciągać do dyskusji. Działanie ze społeczeństwem daje im satysfakcję, ale czasem tęsknią za większą stabilizacją.

Pracują jako kolektyw. Sprzeciwiają się nie tylko strukturze patriarchalnej, lecz także wszelkiej hierarchiczności we własnych szeregach. Nie wybrały lidera, chociaż mają zarząd. Doszły jednak do wniosku, że ta komórka nie służy rządzeniu, lecz dopinaniu spraw organizacyjnych. Obowiązki związane z księgowością, rozliczaniem starają się równo dzielić między siebie. Nieraz zdarzało im się spotkać z głosami zdziwienia: Skoro nie macie żadnego mężczyzny w grupie, to kto wam wszystko liczy?, lekceważenia: W takim babińcu pewnie są same kłótnie, sugestiami: Przydałby się wam jednak mężczyzna, który by to wyreżyserował.

Tymczasem spory są rozwiązywane całkiem sprawnie, reżyserki zyskują głosy uznania, a finansowo dziewczyny też radzą sobie całkiem nieźle – przynajmniej w ostatnich latach. Mimo to większość członkiń Teraz Poliż ma jeszcze drugą pracę.

Przekraczanie granic

 Z kolei alatyrowcy są grupą mieszaną z bardziej hierarchiczną strukturą: wybierają dyrektorów, mają lidera. Praca w zespole pozwoliła im wybić się na rynku artystycznym. Twórcy sięgają po utwory autorskie, ale również do klasyki literatury, wykorzystują lalki, pieśni, obrzędy.

„Soup city” było kryminałem noir dla dzieci. Bardzo brutalnym i wulgarnym, ale wszystkie wulgaryzmy i brutalizmy zmieniliśmy na słowa związane z ciastkarstwem. W „Camelocie” próbowaliśmy transowych, rytualnych form.
Mieliśmy nawet szkolenia z białego śpiewu. W „Rockym” pierwszy miesiąc prób opierał się na treningu bokserskim, z którego wyrastała choreografia
– opowiada Karol.

Artyści wciąż chcą próbować nowych dróg, a Alatyr stanowi dla nich bardzo chłonną płaszczyznę eksperymentów, których prawdopodobnie nie mogliby przeprowadzić gdzie indziej. To ważny argument w dyskusji o tym, czy grupa jest swoim członkom dalej potrzebna w sytuacji, gdy większość z nich w pracuje na etatach w teatrach instytucjonalnych lub w innych jednostkach artystycznych.

Kuba niedawno został dyrektorem w Będzinie, ale po godzinach wciąż skręca podesty lub sprawdza bilety widzów Alatyru. Karol zasiada w komisji festiwalu offowego Bamberka w Gorzowie Wielkopolskim, a chwilę później montuje scenografię do spektaklu, klei lalki czy opiekuje się grupą obcokrajowców zaproszonych z pokazami gościnnymi do Polski. Zdarzyło mu się nawet podłączać instalację gazową na potrzeby zespołu.

Obaj artyści nie tęsknią za rutyną. Praca w offie to dla nich ogromna przygoda, wrażenie przekraczania czegoś niezwykłego. Tego poczucia nie znajdują w instytucjach. Obecnie Alatyr staje się czymś ucieczkowym. Nie trwa, ale bywa. Do życia powołuje grupę impuls artystyczny, okazja, grant, pragnienie szaleństwa – komentuje Kuba.

Co jakiś czas członkowie zespołu pakują samochód po brzegi i docierają tam, gdzie nie sięga mainstream. Można ich spotkać w Bieszczadach, na Dolnym Śląsku, Pomorzu Zachodnim, pod Wrocławiem… Nie tylko grają spektakle i koncerty, lecz także animują lokalną społeczność, prowadzą warsztaty, uczą tolerancji oraz otwartości. Zdarza im się pracować w plenerze, nieopodal chatki koło pola kukurydzy (czy innego zboża), chociaż natrafiają także na naprawdę dobrze zorganizowane domy kultury. Zżywają się z lokalnymi mieszkańcami, razem biesiadują. Tworzą wspólnotę, jakiej nie doświadczają w metropolitalnej Warszawie. W końcu jednak zawsze wracają do stolicy-bazy, gdzie mogą liczyć na gościnę Dzikiej Strony Wisły.

Status offu

Poliżanki i alatyrowcy zdają sobie sprawę z problemów kategoryzacji. Teatr offowy nie ma formalnego wyznacznika. Off, jak sama nazwa wskazuje, sytuuje się na obrzeżach. My jesteśmy na obrzeżach, więc jesteśmy teatrem offowym – deklaruje Marta, ale potrzebuje na to chwili zastanowienia. Także Karol klasyfikuje w ten sposób swój zespół. Oboje jednak dodają, że podział wcale nie jest jednoznaczny. Wolą nazywać się grupami niezależnymi, niezwiązanymi z żadną instytucją. Kolejnym problematycznym pojęciem jest alternatywa, często uważana za synonim offu. Jednak jej 1 rzeczywistą istotę stanowią poszukiwania innowacyjnych dróg, eksperymentowanie.

Oczywiście wszystkie te kategorie mieszają się ze sobą. Teatry niezależne, offowe, alternatywne często biorą udział w tych samych festiwalach i konkursach w jednej kategorii. Wspólnie z innymi strukturami o statusie NGO starają się o roczne dofinansowania. Mimo że oba zespoły wyrobiły już sobie pewną markę, terminy są nieubłagane. Niedopatrzenie formalności, od których nie mają przecież specjalnych księgowych, skutkuje brakiem finansowania. Co więcej, w wyścigu o dotacje często mierzą się ze znacznie silniejszymi teatrami prywatnymi, wspieranymi przez filmowych celebrytów. Takim najwybitniejszym przykładem jest coroczne oburzenie przy wynikach konkursów dotacyjnych, kiedy połowa polskiego szalenie wartościowego offu zostaje odrzucona, a „fundacja Krystyny Jandy na rzecz Krystyny Jandy” dostaje z odwołania zawsze grube setki tysięcy na działalność prywatnego teatru, który, zgodnie z informacjami płynącymi do mediów, finansuje się sam – ironicznie komentuje Karol.

Wnioski rozpatrywane są do marca, czasem nawet kwietnia, co skutkuje trzy- lub czteromiesięcznym martwym okresem. Nie możemy nic zaplanować, bo ze starego budżetu nie możemy korzystać, a nowego jeszcze nie ma – narzeka Marta.

Studnia bez dna

Słaba rozpoznawalność utrudnia pozyskanie partnerów finansowych czy reklamodawców dla działań offowych, ale problem dotyczy również widzów, działaczy teatru i zawodowych krytyków. Co rusz napotykamy jakieś zasłużone, nagradzane teatry niezależne, organizujące własne festiwale, o których wcześniej nie słyszeliśmy – wyznaje Karol.

Jednocześnie wspomina czas, gdy jego znajoma próbowała stworzyć mapę teatrów offowych dla czasopisma „Nietakt” (ostatecznie doliczyła się ponad 800 jednostek w całej Polsce). Definicja dostarczała wielu problemów, ale okazała się dopiero wierzchołkiem góry lodowej. Działania wyjazdowe, brak jednej siedziby oraz granie w różnych zakątkach miasta sprawiają, że teatry offowe są słabo rozpoznawalne i często trudno je zlokalizować. Działanie akcyjne (bywanie, a nie bycie) prowadzi do tego, że czasami trudno jednoznacznie stwierdzić, czy dana grupa nadal jest aktywna, czy może zawiesiła już działalność. Zdarza się, że nawet sam zespół nie jest w stanie tego określić, a wtedy teatrolog musi rozstrzygnąć kwestię egzystencjalną. Jaki status nadać teatrowi, który nie wie, czy nadal istnieje?

We wszystkich województwach problemy się piętrzyły, ale największym wyzwaniem okazało się Mazowsze. Nikt nie chciał się za nie zabrać. To jakaś wielka studnia, w której nie wiadomo, jak łowić informacje – mówi Karol. Największą czarną dziurą jest zaś Warszawa. Bogata oferta wydarzeń artystycznych sprawia, że trudno nadać mniejszym, niezależnym działaniom zasięg ponadlokalny. Tutaj nic o sobie nie wiemy, nawet gdy mieszkamy w sąsiednich klatkach. Skoro potrafimy się nie spotkać jako sąsiedzi, to tym bardziej nie wiemy o swojej wzajemnej działalności – gorzko stwierdza artysta.

Czasem o tym, że w pobliżu występuje teatr offowy, może poinformować sygnał straży pożarnej, jadącej na spektakl z wykorzystaniem żywych ogni. Oczywiście żadnego zagrożenia nie ma, fałszywy alarm. Ktoś nie usłyszał o planowanym spektaklu – co przytrafiło się alatyrowcom.

Nieznajomi z sąsiedztwa

Niemainstreamowe festiwale w dużych miastach nie są w stanie wygenerować takiej wspólnotowości jak w mniejszych ośrodkach. Tworzą się kręgi, wśród których się znają, zapraszają na wydarzenia i trudno im wyjść poza nie.

Festiwal Teatrów Niezależnych Garderoba na Białołęce podejmuje takie próby. Artyści w założeniu mają razem przebywać, spożywać posiłki, oglądać własną pracę, dzielić się doświadczeniami, ale wychodzi, jak wychodzi – komentuje Karol. Każdy z uczestników ma własne zobowiązania, które, zwłaszcza w Warszawie, dają o sobie intensywnie znać. Alatyrowiec przyznaje, że na festiwalach w małych ośrodkach rzeczywiście poświęca się więcej czasu na budowanie wspólnoty, natomiast na Garderobę przyjeżdża się głównie na własny spektakl. Tak to przynajmniej wygląda w jego przypadku, chociaż teatr offowy i ludzie, którzy go tworzą, są wieczną niespodzianką i trudno powiedzieć o nich coś jednoznacznego.

Wraz z Kubą zauważa, że duże miasto jest zblazowane. Kolejne spektakle to często rutyna, obowiązek. Jest wiele spektakli, o których się mówi, więc trzeba je zobaczyć, bez względu na ich wartość artystyczną. Dla człowieka z małej miejscowości spektakl, zwłaszcza offowy, to nowość. Widz jest głodny, spragniony, by coś się działo. To święto, za którym idzie ogromna satysfakcja artystów i widowni – dodaje Kuba.

Artyści jednak wierzą, że tam, gdzie uda im się zaistnieć (bez względu na wielkość ośrodka), zostawiają trwały ślad: niezwykle silne emocje. Nieraz spotkali się z widzami, którzy pisali do nich, dopytywali, jeździli za nimi po różnych zakątkach. Zespoły wydzielają niezwykłą energię, biorącą się ze wspólnotowości, przyjaźni. Ekstremalne sytuacje i przygody bardzo zbliżają: cementują zespół, tworzą wspólną historię. Generuje to ogromne poczucie przywiązania, które oddziałuje również na widzów.

Wesele z dresami

Poliżanki i alatyrowcy, spytani o to, czy ich zdaniem off powinien działać społecznie, odpowiadają, że nie jest to wymogiem. Każdy teatr ma prawo wybrać swoją drogę, a społecznie można działać bez względu na to, czy jest się offem, czy instytucją. Przy podejmowaniu decyzji ważnym czynnikiem jest poczucie odpowiedzialności za kształt społeczeństwa oraz próba łamania barier komunikacyjnych.

Off zapewnia dużą bezpośredniość. Brak złożonych struktur umożliwia bliski kontakt z widzem. Artyści lepią lalki, chodzą na szczudłach, wykorzystują elementy pirotechniczne, tworzą zwariowane fabuły lub spektakle bez fabuły, dyskutują z widzami podczas spektaklu… Wszystko to można współcześnie spotkać w teatrach instytucjonalnych, ale w offie intensywność tych zjawisk jest znacznie większa, a grupa odbiorców – społecznie bardziej zróżnicowana.

Karol opowiada, że kiedyś przypadkiem zawędrował na spektakl grupy Remus, mającej swoją siedzibę w praskiej kamienicy przy ulicy Inżynierskiej. Przedstawienie zrealizowano w niezwykle oryginalnej, wręcz przedziwnej formie. Na widowni siedziało sporo osób miejscowych, trochę z zewnątrz, kiedy nagle do środka weszli łysi lokalsi w dresach. Wszyscy widzowie z zewnątrz siedzieli jak na szpilach, zastanawiając się, co się zaraz zdarzy. Wiadomo – Praga, stereotypy. Lokalsi spokojnie zajęli miejsca na widowni i oglądali Wyspiańskiego. Nagle pojawił się cytat z „Wesela”. I wtedy napięcie opadło: „Ach, ulga, jest już coś znajomego, już się komunikujemy”. Lokalsi obejrzeli spektakl do końca, a potem zaczęli dyskutować z ludźmi teatru – wspomina swoje zaskoczenie artysta-krytyk i dodaje, że kilku lokalsów uściskało nawet szefową zespołu. Przyznaje, że pisząc recenzje teatru offowego, stara się pozostać wyczulonym na kontekst oraz reakcje widowni.

Składnik X

W pewnym momencie zacierają się wspomnienia początku, lakieru do paznokci, kamienia ze słowiańskiej mitologii, a powstaje twór ponadczasowy, proces bez dokładnych granic: off jako stan świadomości1. Nie chodzi w nim tylko o sam repertuar, lecz także o relacje i o coś jeszcze… Coś pozostającego na poziomie czucia, niewyrażalnego w zwykłej rozmowie, ale podążającego za członkami zespołów. Dzielą się tym z łysymi lokalsami, strażakami przyjeżdżającymi na fałszywy alarm czy paniami w urzędzie dłonią zasłaniającymi uśmiechy. Nikogo nie zmuszają, by to przyjął. 0

No votes yet.
Please wait...