Zachodni wiatr spienione goni fale

 

Podczas najbliższych igrzysk olimpijskich jedną z nowych dyscyplin będzie surfing. Sport ten staje się coraz popularniejszy w Polsce. Rozgrywane od dziesięciu lat mistrzostwa Polski – Polish Surfing Challenge są najlepszym przykładem rosnącego środowiska amatorów ujarzmiania fal.

Pierwsi zapaleńcy surfingu pojawili się nad Wisłą w latach 90. Prawdziwe deski surfingowe nie były jeszcze dostępne, więc próbowano radzić sobie na różne sposoby. Pierwsze fale na Bałtyku złapałem na dziecięcej desce windsurfingowej w 1989 r., gdy przyjechałem do Polski na wakacje – mówi w wywiadzie dla „Polityki” Łukasz Bromski, jeden z prekursorów surfingu w Polsce. Początkowo znalezienie odpowiedniego spotu (części wybrzeża, gdzie występują fale) było nie lada wyzwaniem. Aby fala mogła powstać utworzyć się fala, energia niesiona przez wodę musi natrafić na gwałtowne wypłycenie. W krajach takich jak Australia zapewnia to rafa koralowa. W przypadku „polskich Hawajów” idealny okazał się Półwysep Helski.

Zimny wychów

Wiele osób wątpi, że na Bałtyku da się surfować. To prawda, że fala na polskim morzu różni się od tej oceanicznej. Najlepsze warunki do uprawiania surfingu tworzą się paradoksalnie nie wtedy, gdy szaleje sztorm, lecz dzień bądź dwa później. Ów odstęp czasowy pozwala fali na wyrównanie się, co umożliwia surferom łatwiejsze przejście przez przybój, czyli obszar przy brzegu, gdzie załamują się fale. Brak potęgi oceanu nie oznacza jednakże znacznie łatwiejszych warunków. – opisuje w tym samym wywiadzie Paweł Niesłuchowski, założyciel inicjatywy Surfing Polska oraz współwłaściciel marki odzieżowej Baltica. Do tego dochodzi niska w porównaniu z ciepłymi krajami temperatura wody w Bałtyku. Niestety widok osoby pływającej na desce w samych spodenkach to w naszym kraju niespodziewany widok. Bez odpowiednio grubej pianki neoprenowej organizm bardzo szybko się wychłodzi, co może zamienić przyjemność w walkę o przetrwanie.

Cudze chwalicie, swego nie znacie

Na szczęście wiele pozytywnych aspektów sprawia, że surfowanie w Polsce staje się coraz popularniejsze – przede wszystkim bliskość spotów. Popularność windsurfingu i kitesurfingu obecnych od dłuższego czasu w Polsce sprawiła, że wiele osób zaczęło się interesować pierwowzorem owych sportów. Dzisiaj coraz więcej szkółek na Półwyspie Helskim oferuje kursy surfingu pod okiem wykwalifikowanej kadry. Kolejna zaleta  morza Bałtyckiego to relatywnie niewielka grupa polskich surferów. Zatłoczone spoty to rzadkość, co jest efektem braku regularności pojawiania się fal. Gdyby częściej były tu warunki do surfowania, nie musiałabym nigdzie wyjeżdżać – mówi dla „Polityki” Karolina Wolińska, tegoroczna mistrzyni Polski w tej dyscyplinie. – Nasze spoty są praktycznie puste. Na oceanie bałabym się też pływać o zmierzchu. Z Bałtyku czasami latem schodzę o 22.30. Nie ma też zagrożeń typu rekiny, płaszczki, meduzy. Brak naturalnych niebezpieczeństw również przemawia za „Bałtuniem”. Piaszczyste dno nie tylko korzystnie wpływa na kształt fali, lecz także zmniejsza ryzyko urazu podczas wipe-outu (czyli spadnięcia z deski). Zdarzają się oczywiście popularne spoty, gdzie dno jest usiane kamieniami, co w pewnym stopniu wpływa na kształt i długość fali, brak piasku nie stanowi jednak poważnego zagrożenia. Bałtycka fauna składająca się ze zwierząt niegroźnych dla człowieka to także niewątpliwa zaleta najsłodszego morza na świecie. Gdyby przyjrzeć się surferom, większość czasu poświęcają oni… w oczekiwaniu na fale. Świadomość, że w tym czasie nie padnie się ofiarą wygłodniałego rekina (co prawie przydarzyło się brazylijskiemu zawodnikowi Mike’owi Fanningowi podczas zawodów surfingowych w RPA w 2015 r.), pozwala w pełni skupić się na czerpaniu radości ze sportu z Hawajów.

Najlepsi z najlepszych

Rosnąca popularność surfingu w Polsce zaowocowała założeniem w 2005 r. przez grupę pasjonatów Polskiego Stowarzyszenia Surfingu. Dwa lata później zorganizowano pierwsze mistrzostwa Polski w Polish Surfing Challenge. Do rywalizacji stanęło 17 zapaleńców, z których najlepszy okazał się Jurek Kijkowski, aktualny prezes PSS. Dzięki idealnemu, południowo-zachodniemu kierunkowi wiatru powstała około półtora metrowa fala, co pozwoliło zawodnikom na pokazanie takich sztuczek jak bottom turn (gwałtowna zmiana kierunku płynięcia) czy floater (slajd na szczycie fali). Wraz z upływem lat i kolejnymi mistrzostwami uczestników było coraz więcej. Tegoroczna, jedenasta edycja zawodów składała się z rywalizacji nie tylko seniorów, lecz także młodzieży. Z racji nieprzewidywalnych warunków na morzu postanowiono najpierw przeprowadzić zawody w kategorii juniorek, juniorów i kobiet. Najlepsi okazali się: Karolina Wolińska, która po raz kolejny potwierdziła swoją dominację wśród polskich surferek; Julia Damasiewicz, liderka w kategorii dziewczyn; Jakub Kuzia, zwycięzca w grupie juniorów, późniejszy mistrz Polski w kategorii Open Men.

Wisienka na torcie

Jak mówi polskie przysłowie: lepsze jest wrogiem dobrego. Organizatorzy Polish Surfing Challenge co roku muszą się mierzyć z tą perspektywą. Przyjęto, że zawody surfingowe rozgrywane są pod koniec sierpnia bądź na początku września. Termin ten pozwala amatorom fal znad Wisły przygotowywać się przez cały sezon letni, aby raz do roku stanąć do rywalizacji o miano najlepszego surfera w Polsce. Jednakże trzeba pamiętać, że nigdy nie ma pewności co do pojawienia się odpowiednich fal. Na szczęście podczas jedenastej edycji PSC warunki nad Bałtykiem nie zawiodły. Prognoza wskazująca na fale sięgające trzech metrów sprawdziła się w pełni. Duże fale oznaczały jednak konieczność wykazania się odpowiednią kondycją, dla niektórych spośród trzydziestu dwóch startujących przybój okazał się barierą nie do przejścia. W tym roku super się udało. Trzydziestu dwóch zawodników, którzy wystartowali, mierzyło się z bardzo trudnymi warunkami, które weryfikowały, kto co umie, jeśli przebił się przez fale – podsumowuje zawody Wojtek Ochrymowicz, główny organizator. Ci lepiej przygotowani udowodnili, że polski surfing stoi na bardzo wysokim poziomie. Świetne przejazdy, cutbacki, duże spraye, szczególnie u młodych zawodników, zdawałoby się nie mających kręgosłupów i śmigających po falach, jak chcą. Moim zdaniem to były zawody o najwyższym poziomie surfingu w historii PSC. Eliminacje trwające cały dzień wyłoniły czwórkę finalistów: wspomnianego Kubę Kuzia, Adama Warchoła, Bartka Kulczyńskiego oraz Seana Crowdera – Australijczyka uczącego surfingu na Półwyspie Helskim, mistrza Polski z 2014 oraz 2016 r. Zacięta rywalizacja na najwyższym poziomie zakończyła się zwycięstwem wyżej wspomnianego Kuzi. Był to dla niego podwójny sukces, ponieważ choć w poprzednich edycjach stawał na podium, to dopiero rok 2017 przyniósł mu upragnione pierwsze miejsce. Wspaniały dzień, pełen dobrej zabawy! Niesamowite, jak poziom polskiego surfingu rozwinął się na przestrzeni ostatnich kilku lat, w dużej mierze dzięki młodzieży – podsumowuje zawody Sean Crowder. Mogę szczerze powiedzieć, że zawsze chciałem coś takiego oglądać na falach Bałtyku!

Biało-czerwone Tokio?

Zwycięstwo Kuzi oraz drugie miejsce Adama Warchoła pozwalają pozytywnie spoglądać na przyszłość polskiego surfingu nie tylko w kontekście grupy zajawkowiczów. Międzynarodowy Komitet Olimpijski ogłosił w zeszłym roku, że to właśnie m.in. surfing dołączy do grona sportów olimpijskich. Pierwsza okazja, aby zaprezentować się światu, już za trzy lata w Tokio. Na razie Kuzia i Warchoł (dołączył do nich Maksymilian Michalewski) wybrali się do Kraju Kwitnącej Wiśni, aby przetrzeć szlaki na japońskich spotach. I mimo że rywalizacja na młodzieżowych mistrzostwach świata nie przyniosła medalu naszym reprezentantom, to zebrali oni niezbędne doświadczenie oraz punkty do kwalifikacji na igrzyska olimpijskie. Kto wie, być może to, co kiedyś było inicjatywą grupy zapaleńców, za niedługo zaowocuje brzmieniem Mazurka Dąbrowskiego w stolicy Japonii?

 

Rating: 5.0. From 1 vote.
Please wait...