Ciemna strona turystyki

W sierpniu 2017 r. na plażę Barceloneta wyszli okoliczni mieszkańcy, by dać wyraz swojemu rozgoryczeniu – po raz kolejny z tego samego powodu. Nie, nie był to następny przejaw konfliktu katalońskiego. Barcelończycy protestowali przeciwko turystom.

Korzyści wynikających z turystyki nie trzeba wyjaśniać. O tym, że dla gospodarki kraju przyjmującego stanowi ona zastrzyk finansowy, słyszeliśmy już na lekcjach geografii. Równie łatwo jak je zrozumieć, jesteśmy w stanie owe korzyści zmierzyć – krajowe urzędy statystyczne i międzynarodowe organizacje regularnie publikują dane o wielkości wpływów tego sektora. W raporcie przygotowanym przez Eurostat czytamy, że w 2016 r. turyści wydali w Hiszpanii prawie 55 mld euro. To najwyższy wynik w Europie i drugi na świecie. Jeśli weźmiemy pod uwagę jak wiele zysków kraj ten czerpie z obsługi przyjezdnych, protesty w Barcelonie wydają się niezrozumiałe. Kosztu, który ponoszą uwielbiane przez turystów regiony, nie da się jednak sprowadzić do żadnej konkretnej kwoty.

Nie chcemy uciekać stąd

Turysto, jesteś terrorystą czy Uchodźcy – tak, turyści – nie! to hasła głoszone przez Arran – radykalną lewicową organizację działającą w Katalonii. Jej członkowie malują graffiti na ścianach i szybach samochodów, oblewają budynki hoteli farbą, a nawet przebijają opony rowerów i autobusów wycieczkowych. Akty ich wandalizmu mają zwrócić uwagę na konsekwencje masowej turystyki w mieście. To odpowiedź na przemoc, z którą spotykamy się na co dzień. Ulica musi być dopuszczona do głosu – to jedyne miejsce, gdzie możemy walczyć – mówi Laura Flores, rzeczniczka Arranu. Chociaż ruch został określony jako ekstremistyczny przez samego premiera Hiszpanii, cel Arranu zdaje się bliski wielu mieszkańcom Barcelony, także tym o mniej radykalnych poglądach. Świadczą o tym lokalne protesty, takie jak ten na plaży w dzielnicy La Barceloneta zeszłego lata. Wzdłuż wybrzeża zgromadzili się miejscowi w różnym wieku – domagali się wprowadzenia obostrzeń dotyczących tzw. mieszkań turystycznych. Protestujący tłumaczyli, że żyją w niepokoju, ponieważ właściciele nieruchomości w ich dzielnicy coraz częściej nie przedłużają umów najmu. Poszukiwania nowego lokum w okolicy kończą się fiaskiem, bo większość mieszkań przeznacza się dla wczasowiczów, a ceny tych, które pozostały, są przez to dużo wyższe niż kilka lat temu. Presja inflacyjna dotyczy nie tylko rynku nieruchomości – dodatkowy popyt generowany przez przyjezdnych wpływa również na ceny innych produktów i usług, które stają się dla okolicznych mieszkańców zbyt drogie. Zmartwieniem barcelończyków są też tłumy ludzi w centrum miasta. W sezonie wakacyjnym kolejki ustawiają się nawet na chodnikach, a przejazd rowerem czy samochodem do pracy zajmuje dużo więcej czasu niż zwykle.

W przeciwieństwie do akcji organizowanych przez Arran protesty sąsiedzkie nie mają na celu zwalczania turystyki jako takiej. Jedyne, czego nie chcemy, to pozostać bez miejsc do wypoczynku, bez naszej dzielnicy i naszych domów – mówił dziennikowi „La Vanguardia” jeden z obecnych na plaży mieszkańców, Sebastián. Po stronie protestujących stoją lokalne władze. Niedawno uchwaliły one prawo zakazujące budowy nowych hoteli w centrum i przyległych do niego dzielnicach. Przepisy te mają w długiej perspektywie doprowadzić do lepszego rozmieszczenia wczasowiczów w mieście – obecnie około połowa miejsc noclegowych znajduje się na obszarze stanowiącym zaledwie 17 proc. powierzchni stolicy Katalonii. Ada Colau, która od 2015 r. pełni urząd burmistrza Barcelony, jako pierwsza na świecie nałożyła karę finansową na portal Airbnb. Za pośrednictwo w nielegalnym podnajmowaniu mieszkań (przez osoby bez odpowiedniej licencji) obciążyła amerykańską firmę grzywną 600 tys. euro. Władze Barcelony rozsyłają również listy zachęcające do donoszenia na sąsiadów, którzy na własną rękę wynajmują lokum turystom.

Duch miasta, miasto duchów

Wprowadzane obostrzenia mają na celu zatrzymać proces wypierania mieszkańców z centrum stolicy Katalonii. Nie chcemy być drugą Wenecją – podkreśla w wywiadach Ada Colau. We włoskim mieście od dekad rozgrywa się scenariusz, którego najbardziej obawiają się turystyczne metropolie. W latach 50. XX w. historyczną część Wenecji zamieszkiwało prawie 300 tys. osób, do 2000 r. ich liczba zmalała ponad dwukrotnie. Dziś jest ich już tylko 55 tys., z czego około jedną trzecią stanowią osoby powyżej 60. roku życia. Miasto wyludnia się, bo koszty i warunki życia stają się nie do zaakceptowania. Demografowie alarmują, że jeśli trend ten nie ulegnie zmianie, za kilkanaście lat Wenecja stanie się „miastem duchów”, w którym nikt nie będzie mieszkał na stałe.

Pomimo rosnącej liczby turystów dochody tamtejszych hotelarzy rokrocznie spadają. Szacuje się, że spośród ponad 20 mln osób odwiedzających Wenecję w ciągu roku, tylko połowa wykupuje nocleg w mieście. Każdego ranka w weneckim porcie cumują promy, których pasażerowie na cały dzień zalewają wąskie uliczki miasta, by wieczorem ponownie zniknąć na pokładzie wycieczkowca. Centrum traci swój miejski charakter i zaczyna przypominać skansen lub lunapark.

Mieszkańcy demonstrują swoje niezadowolenie na wiele sposobów. Jeden z najbardziej spektakularnych protestów został zorganizowany we wrześniu 2016 r. Setki osób na łódkach, gondolach i pontonach wypłynęły do Canale delia Giudecca, tym samym blokując wielkim promom wejście do portu pasażerskiego. Przekaz był jasny: No grandi novi, czyli Nie dla wielkich statków. Akcji towarzyszyły koncerty, odpalanie rac, wykrzykiwanie dość agresywnych sloganów i wrogie gesty skierowane ku pasażerom promów. Paradoksalnie niewielkie łodzie manifestantów pływające w pobliżu monstrualnych wycieczkowców tworzyły tak niezwykły obraz, że stały się atrakcją chętnie fotografowaną przez turystów obecnych tego dnia w Wenecji.

Rozpaczliwe próby zapanowania nad falą odwiedzających podejmują także lokalne władze, wprowadzając coraz to nowe regulacje prawne. Choć przepisy takie jak zakaz używania walizek na kółkach czy otwierania nowych budek z fast foodami mogą brzmieć jak fanaberie wenecjan, stanowią odpowiedź na realne problemy. Ciężkie bagaże powodują nieznośny hałas pod oknami mieszkańców i przyczyniają się do niszczenia kamiennych deptaków, marmurowych schodów oraz charakterystycznych weneckich mostów dla pieszych. Popularne wśród przyjezdnych lokale z kebabem, wyrastające w centrum miasta, zaburzają klimat zabytkowej dzielnicy i wypierają tradycyjne włoskie knajpki. Przed turystycznym miastem, takim jak nasze, stoi ryzyko utraty tożsamości. Promocja lokalnych produktów byłaby lepsza dla ducha naszego miasta i bardziej przyjazna środowisku naturalnemu – tak nowy przepis uzasadnia dyrektor ds. turystyki w Wenecji Paola Mar w rozmowie z „The Guardian”.

Grzechy główne turystów

Lokalne władze nie ustają w poszukiwaniu sposobów na rozwiązanie problemu nadmiaru turystów. Paola Mar twierdzi, że zgodnie z unijnymi przepisami, jak również z włoską konstytucją, za sam wstęp do miasta nie można pobierać opłat. Możliwe byłoby wprowadzenie biletów na najsłynniejszy w mieście plac Świętego Marka, władze miasta traktują jednak to rozwiązanie jako ostateczność. Organizują tymczasem kampanię społeczną #EnjoyRespectVenezia, mającą na celu zwalczanie wśród turystów zwyczajów, które utrudniają życie wenecjanom. Plakaty rozwieszane w popularnych miejscach oraz posty publikowane w mediach społecznościowych przestrzegają m.in. przed zatrzymywaniem się na mostach i blokowaniem ruchu, jazdą na rowerze w zatłoczonym centrum miasta czy zwiedzaniem Wenecji w strojach kąpielowych. Władze zachęcają również, by zamiast rozkładać się w miejscach publicznych z własnym prowiantem, skorzystać z oferty tradycyjnych restauracji, wspierając tym samym lokalnych przedsiębiorców. W kampanii podkreślono także zakaz kąpieli w weneckich kanałach. Jest ona nie tylko nielegalna, lecz także niebezpieczna – w sierpniu 2016 r. doszło do wypadku, w którym skaczący do wody turysta uderzył w tramwaj wodny i w wyniku obrażeń zmarł w szpitalu.

Uciążliwe zachowania przyjezdnych to problem wielu popularnych ośrodków turystycznych – zarówno wielkich miast, jak i małych nadmorskich kurortów, takich jak polskie Mielno czy Łeba. W obu przypadkach pracujący mieszkańcy narzekają m.in. na nocne życie, które prowadzą odwiedzający. Na urlopie nie funkcjonuje przecież podział na dni robocze i weekend, zaciera się także granica między dniem a nocą. Hałaśliwe imprezy do późnych godzin są dla wczasowiczów standardem. Spokojny sen dla osób mieszkających w sąsiedztwie dawno przestał nim być – przynajmniej w sezonie letnim. Głośne zachowanie nie jest oczywiście największym grzechem imprezowiczów. Niektórzy po kilku dniach spędzonych pod wpływem alkoholu stają się nieprzewidywalni. Dopuszczają się aktów wandalizmu, łamią lokalne przepisy, bywają agresywni. Śmiecą, tłuką butelki, wymiotują na chodnikach. Pijani snują się po brudnych ulicach jeszcze nad ranem, kiedy okoliczni mieszkańcy wyruszają do pracy.

Turyści również przyciągają do miast osoby, które potrafią na nich zarabiać. Na barcelońskich ulicach, pomimo wyraźnego zakazu, kwitnie handel pamiątkami oraz podróbkami produktów znanych marek. Nielegalni handlarze – manteros – rozkładają swój asortyment na dużych białych chustach, które w razie interwencji policji są w stanie w ciągu kilku sekund zwinąć. Towary sprzedawane na plaży równie szybko zakopują w piasku. Napływ turystów do miast pociąga za sobą także wzrost popularności gier hazardowych i powstawanie kolejnych kasyn. Ponadto tłumy zwiedzających przyciągają rzesze kieszonkowców, czyhających na grube portfele turystów. W celach zarobkowych wprowadzają się tam także prostytutki i dilerzy narkotyków. Wzrost przestępczości w okolicy znacznie obniża bezpieczeństwo, a co za tym idzie – jakość życia lokalnej społeczności.

Słońce, piasek i śmieci

Sposób spędzania urlopu przez wczasowiczów stanowi zagrożenie nie tylko dla lokalnych mieszkańców. Nadmierne zużycie zasobów oraz produkowanie ogromnych ilości odpadów to poważne wyzwanie dla ekosystemów, szczególnie małych wysp, na których dostęp do surowców jest utrudniony, a możliwości utylizacji śmieci – bardzo ograniczone.

 Karaiby to klasyczny przykład obszaru, na którym uprawiana jest turystyka oparta na modelu trzech „S”: sun, sand and sea (słońce, piasek i morze). Urlopowiczów z całego świata przyciągają tam przede wszystkim piękne plaże, słoneczna pogoda i czyste morze. W chętnie odwiedzanych przez turystów małych państwach wyspiarskich, takich jak Antigua i Barbuda oraz Bahamy, turystyka generuje nawet 50 proc. PKB. Chociaż atrakcyjność tych miejsc jako celu podróży bezpośrednio związana jest z ich walorami przyrodniczymi, to właśnie obsługa przyjezdnych stopniowo pogarsza stan tamtejszego środowiska naturalnego. Szacuje się, że przeciętny turysta w rejonie Morza Karaibskiego zużywa trzy razy więcej wody i wytwarza czterokrotnie więcej odpadów niż przeciętny mieszkaniec. Nic dziwnego – wielu uczestników wycieczek all inclusive zjada porcje kilkukrotnie przekraczające ich zapotrzebowanie energetyczne lub – co gorsza – nakłada potrawy, których nie jest w stanie zjeść, przyczyniając się tym samym do marnowania ogromnych ilości żywności.

Dużym niebezpieczeństwem są także statki wycieczkowe. Tygodniowy rejs dla 3 tys. osób (wliczając załogę) generuje około 800 tys. litrów ścieków, 500 litrów toksycznych odpadów i 8 ton odpadów stałych. Większość zanieczyszczeń wylewa się do morza. Skala problemu jest ogromna, jeśli weźmie się pod uwagę, że w 2015 r. po Morzu Karaibskim pływało 239 takich statków. Na wylewane do wód odpady szczególnie wrażliwe są rafy koralowe, które stanowią ważny element podwodnych ekosystemów oraz chronią wybrzeża wysp. Statki uszkadzają je także za sprawą kotwic rzucanych w miejscach występowania raf. Do głośnego incydentu doszło w styczniu 2016 r., kiedy prom należący do współzałożyciela Microsoftu, miliardera Paula Allena, zniszczył 1300 m2 rafy koralowej na Kajmanach, redukując jej rozmiar na tym obszarze o 80 proc.

Wskutek napływu turystów ucierpiały nie tylko wyspy czy rafy koralowe, lecz także najwyższy na Ziemi łańcuch górski. Przez setki lat zamieszkujący Himalaje Szerpowie potrafili przystosować się do trudnych warunków i w rozsądny sposób gospodarować niewielkimi zasobami, które oferowały im wysokogórskie tereny. Edmund Hillary – nowozelandczyk, który w 1953 r. wraz z Szerpą Tenzing Norgay jako pierwszy zdobył szczyt Mount Everest – pisał w książce View from the Summit: Kiedy po raz pierwszy odwiedziłem Khumbu w 1951 r., lasy były doskonałe – wielkie drzewa występowały aż do wysokości 3900 m n.p.m., a rozległe obszary azalii i krzewów jałowca… nawet do 4900 metrów. W ciągu ostatniego ćwierćwiecza liczba turystów odwiedzających Nepal urosła z 293 tys. do 940 tys. rocznie. Choć wciąż mały odsetek decyduje się na zdobywanie ośmiotysięczników, bardzo popularny stał się trekking – m.in. w dolinie Khumbu. Zarówno wędrujący, jak i wspinacze rokrocznie pozostawiają po sobie na szlakach tony śmieci. Turyści odwiedzający Himalaje nie potrafią obyć się bez gorącej wody czy ciepłych posiłków. Aby sprostać ich wymaganiom, w dolinie Khumbu i jej okolicach od lat prowadzona jest intensywna wycinka drzew na opał. Z wielu bujnych lasów już prawie nic nie zostało. Obecnie dolina położona tuż obok najwyższej góry świata przypomina lodową pustynię, każdego roku deptaną przez dziesiątki tysięcy stóp.

Wszyscy jesteśmy turystami

Potrzebne są nie tylko kolejne obostrzenia, lecz także zmiana myślenia. Zarówno wśród turystów, którzy mogą nieświadomie zakłócać spokój lokalnej społeczności, jak i wśród mieszkańców przyjmujących urlopowiczów. Zdarza się, że w imię szybkiego zysku są oni w stanie niszczyć ograniczone zasoby swojego środowiska lub kaleczyć własne ciało, aby stać się niezłą atrakcją turystyczną. Przyjezdni mogą być nieświadomi, jak wiele na ich obecności w danym miejscu traci środowisko i lokalna społeczność. W trakcie urlopu ludzie starają się nie myśleć o kłopotach ani konsekwencjach – nic więc dziwnego, że nie analizują skutków swoich czynów. Wiele problemów, z którymi borykają się popularne ośrodki turystyczne, nie wynika zatem z samej obecności wczasowiczów, tylko z ich nieprzemyślanych zachowań. Ludzie wyjeżdżający na urlop po niemal całym roku poświęconym pracy w różny sposób odreagowują codzienność. Bardzo często nie dostrzegają tego, że miejsce, które dla nich jest swoistym parkiem rozrywki, dla innych ludzi jest po prostu domem. W obcym otoczeniu odczuwają normy społeczne dużo słabiej niż we własnym miejscu zamieszkania. Urlop nie zwalnia z myślenia, musimy pamiętać, że jesteśmy gośćmi – zauważa Wioleta Kozłowska, która prowadzi biuro podróży oraz organizuje szkolenia ze świadomego podróżowania. Edukując ludzi w zakresie turystyki, stara się zmniejszyć nieuniknione konsekwencje rozrostu branży turystycznej.

Od 2000 r. liczba turystów wyjeżdżających za granicę podwoiła się – w 2017 r. wyniosła 1,32 mld. Dla porównania w roku 1950 taką podróż odbyło zaledwie 25 mln osób na świecie. W tamtym okresie badania z dziedziny turystyki skupiały się na jej pozytywnym wpływie na gospodarkę odwiedzanych regionów. Dopiero w kolejnych dekadach naukowcy zaczęli przyglądać się jej wpływowi na inne dziedziny życia. Na przestrzeni lat obiektem ich zainteresowania stały się skutki, jakie turystyka wywiera na środowisko naturalne, a także relacje wczasowiczów z lokalnymi społecznościami. Zdarza się, że tubylcy traktowani są przez urlopowiczów przedmiotowo, jako kolejna atrakcja. Lokalni mieszkańcy powinni być dla przyjezdnych partnerem w rozmowie, nie powinno się budować murów – uważa Wioleta Kozłowska. Szanujmy lokalne obyczaje i tradycje, wiedzmy, po co gdzieś jedziemy, podróżujmy etycznie. Turystyka może przynosić wiele korzyści, ułatwiać dialog międzykulturowy – kontynuuje edukatorka.

Aby to się ziściło, dynamicznemu rozwojowi światowej turystyki musi jednak towarzyszyć stosowna refleksja na temat potrzeb gości i gospodarzy, a także przyszłych pokoleń, które będą musiały uporać się z długofalowymi skutkami dzisiejszej działalności. W przeciwnym razie miejsca, obecnie chętnie przez nas odwiedzane, w niedługim czasie po prostu przestaną być atrakcyjne. Rozwiązaniem tego problemu może być edukowanie społeczeństwa w zakresie bezpiecznej dla środowiska i tubylców turystyki. Wioleta Kozłowska twierdzi, że może nauczyć się tego każdy. Zacznij od podstaw – gaś światło, nie marnuj jedzenia, nie nadużywaj wody. Ubierz się stosownie do okazji i szanuj lokalne obyczaje. Zainteresuj się kulturą i tradycją kraju, do którego jedziesz – wymienia edukatorka. W ten sposób można by uniknąć wielu negatywnych konsekwencji płynących z turystyki. Znajomość zasad może jednak nie wystarczyć, gdy w społeczeństwie panuje przekonanie, że na urlopie, z dala od domu, jesteśmy bezkarni. Potrzebna jest globalna zmiana myślenia. I to nie tylko wśród turystów, lecz także przyjmujących ich do swoich miejscowości tubylców.

 

No votes yet.
Please wait...