Zmiana warty

Jeszcze nigdy w historii zimowych igrzysk olimpijskich liczba medali zdobytych przez reprezentację Polski nie przekroczyła
10 krążków. Co więcej, ostatnia impreza w Pjongczangu pokazała tendencję spadkową. W czym tkwi problem?

martin_vmorris

 

Polski Związek Skoków Narciarskich – tak najczęściej krytycy działań zarządu Polskiego Związku Narciarskiego określają organizację kierowaną przez Apoloniusza Tajnera. Oskarżenia te pojawiają się nie od dziś. Po igrzyskach w Vancouver w 2010 r. prezes PZN ogłosił start Narodowego Programu Rozwoju Biegów Narciarskich. W założeniu program miał przygotować kadrę na igrzyska w 2018 i 2022r. Efekt? Najlepsze miejsce w biegach zajęła sztafeta kobiet, która sprint drużynowy ukończyła na 7. miejscu, co nie zachwyciło kibiców. Zamiast gratulacji padły przykre słowa krytyki Jeśli chce się być wśród czołowych ekip świata, to trzeba zainwestować w biegi narciarskie – tak rezultaty biało-czerwonych podsumowała Justyna Kowalczyk, najlepsza polska biegaczka. I nie chodzi tu tylko o środki finansowe, lecz także o wypracowanie wspólnej wizji szkolenia. Na skutek zaniedbań w treningach Kowalczyk, coraz poważniej myśląca o zakończeniu kariery (po IO ogłosiła koniec swoich startów w Pucharze Świata), jest ostatnią zawodniczką odnoszącą sukcesy w biegach. Walczymy jako manufaktura z profesjonalistami […]. Świat poszedł do przodu, a my stoimy w miejscu. Mistrzyni olimpijska z Vancouver zwróciła również uwagę na zaniedbania władz PZN. Osoby, które są władne w temacie biegów narciarskich, powinny się zastanowić, co się stało przez ten cały czas. I nie chodzi o ostatnie 3 lata, ale okres od 2006 r., kiedy poszły pieniądze na biegi narciarskie.

Trochę za późno

Główną bolączką polskich dyscyplin zimowych jest brak infrastruktury. Gdyby słowa osób rządzących zapowiadających budowę obiektów po każdym pojedynczym sukcesie naszych sportowców przekładały się na rzeczywiste działania, to śmiało można stwierdzić, że bylibyśmy potęgą, jeśli chodzi o zaplecze do treningów. O ile w temacie biegów wciąż mocno odstajemy, o tyle w  łyżwiarstwie szybkim obietnice w końcu spełniono. W listopadzie ubiegłego roku otwarto pierwszy w Polsce kryty tor łyżwiarski w Tomaszowie Mazowieckim. Rok temu ludzie brali mnie za wariata, gdy mówiłem, że taki obiekt powstanie przed zimowymi igrzyskami w Korei Południowej – stwierdził w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Marcin Witko, prezydent Tomaszowa Mazowieckiego. Dzisiaj możemy śmiało powiedzieć, że się udało. Mam nadzieję, że teraz otworzy się worek z medalami i wkrótce łyżwiarze przywiozą nam wiele złotych krążków. Na razie musimy uzbroić się w cierpliwość. Cztery miesiące to za mało, aby móc optymalnie przygotować się do tak ważnej imprezy jak igrzyska olimpijskie. Istotną zaletą obiektu w Tomaszowie jest jego uniwersalność. W tym miejscu mogą trenować łyżwiarze szybcy, figurowi, hokeiści, rolkarze, a nawet fani curlingu czy short tracku. Zgromadziliśmy wszystkie dyscypliny lodowe oprócz bobslejów – mówi Paweł Doliński, wykonawca z firmy WM International.

Telenowela

Według badania zleconego w 2016 r. przez Tatra Mountain Resorts 23 proc. Polaków deklaruje, że jeździ na nartach lub snowboardzie – daje to prawie 9 milionów osób. Liczba ta robi wrażenie. Popularność tych dyscyplin nie przekłada się jednak na wyniki choćby zbliżone do osiągnięć naszych skoczków. Trend ten najlepiej widać było na ostatnich igrzyskach, do których zakwalifikowało się jedynie dziesięcioro zawodników. W narciarstwie dowolnym Polskę miała reprezentować Karolina Riemen-Żerebecka. Koszmarny wypadek w marcu zeszłego roku postawił pod znakiem zapytania jej występ w Korei. Tytaniczna praca, jaką włożyła w rehabilitację (to, że jest w stanie wciąż aktywnie uprawiać sport, lekarze nazywają cudem), dawała nadzieję na start olimpijski. Niestety uraz kręgosłupa, którego doznała tuż przed wylotem do Azji, przekreślił jej marzenia o występie w Pjongczangu. O ile kontuzje są nieodłączną częścią sportu, o tyle zaniedbań ze strony władz Polskiego Związku Narciarskiego można było zdecydowanie uniknąć. Nie brakowało ich przy powoływaniu męskiej reprezentacji w narciarstwie alpejskim. Jak poinformował Apoloniusz Tajner we wrześniu ubiegłego roku, do obsadzenia było jedno miejsce, o którym miała zdecydować tzw. lista olimpijska. Według niej najwyżej sklasyfikowany był Michał Kłusak, polski narciarz specjalizujący się w konkurencjach szybkościowych. Za jego kandydaturą przemawiało również to, że mógł wystąpić w trzech konkurencjach (supergigant, zjazd oraz superkombinacja, czyli zjazd plus slalom). W listopadzie byłem na spotkaniu z Andrzejem Kozakiem. Specjalnie po to, żeby się dowiedzieć, jakie są kryteria kwalifikacji olimpijskich – mówi Kłusak. […] Kozak zapewnił mnie, że nie liczą się żadne miejsca w 30 Pucharu Świata ani koło 30 PŚ, że nie liczą się FIS-punkty, że liczy się tylko lista olimpijska. Pod koniec stycznia, czyli około dwa tygodnie przed rozpoczęciem igrzysk, PZN ogłosił, że podstawą kwalifikacji będzie miejsce w pierwszej 30 Pucharu Świata. Decyzja okazała się korzystna dla Michała Jasiczka, specjalizującego się w jednej, mocno technicznej dyscyplinie, jaką jest slalom. Kłusak oraz jego siostra Magdalena postanowili nie odpuścić i walczyć o swoje. Szum medialny oraz wsparcie środowiska narciarskiego sprawiły, że PZN zaczął zabiegać o dziką kartę dla drugiego zawodnika. Do ostatniej chwili nie wiadomo było, kto będzie reprezentował Polskę w Pjongczangu. Ostatecznie Polska otrzymała dwa miejsca dla alpejczyków, dzięki czemu i Jasiczek, i Kłusak pojechali do Korei. Happy end? Niekoniecznie. Zamieszanie związane z naszymi reprezentantami było „ukoronowaniem” szeregu zaniedbań ze strony PZN w dziedzinie narciarstwa alpejskiego. Brak wyraźnego systemu szkolenia kadr juniorskich, bierność w szukaniu sponsorów, promowanie jednej dyscypliny zamiast wykorzystywania jej popularności do rozwoju pozostałych – to tylko część zarzutów stawianych obecnemu zarządowi. Prezes Apoloniusz Tajner broni się, mówiąc, że dzięki popularności skoków pojawili się sponsorzy, których wkład umożliwia rozwijanie pozostałych dyscyplin narciarskich. Do tej pory dopłacaliśmy do narciarstwa alpejskiego z własnych środków. Na to, by lepiej żyło się przedstawicielom innych narciarskich dyscyplin, zarabiali skoczkowie. […] Mamy już podpisaną umowę z Tauronem i jest ona ukierunkowana na narciarstwo alpejskie. Będziemy mogli powołać szersze kadry juniorów i to jest ważne. Chcemy stworzyć lepsze warunki tej dyscyplinie, ale na razie na niższym poziomie. Od czegoś trzeba zacząć.

Dwie pieczenie na jednym ogniu

Wybór Pekinu jako gospodarza następnych zimowych igrzysk olimpijskich może dziwić, zważywszy na to, że zaledwie 10 lat temu również gościł olimpijczyków, ale letnich. Przez dekadę klimat nie zmienił się na tyle, aby móc spokojnie mówić o Pekinie jako o zimowej stolicy Państwa Środka. Jak natomiast zmieniły się atmosfera i ukierunkowania najważniejszego organu dla sportowców znad Wisły, czyli Ministerstwa Sportu i Turystyki ? Na początku marca minister sportu Witold Bańka ogłosił, że na rozwój pięciu dyscyplin zimowych zostaną przeznaczone duże środki. Poza skokami narciarskimi są to na pewno łyżwiarstwo szybkie, short track, biathlon i biegi narciarskie – zapewnił w rozmowie z „Faktem”. Minister nie podał kryteriów wyboru tych właśnie konkurencji, jednakże jego zdaniem właśnie one mają nam dawać gwarancję medali na następnych igrzyskach. Podstawą drogi do sukcesów będą inwestycje w infrastrukturę – przede wszystkim w modernizację tras biegowych w Jakuszycach, Zakopanem i na Kubalonce. Odnowione zostaną również obiekty przeznaczone do skoków narciarskich, przede wszystkim te służące szkoleniu młodych skoczków, czyli m.in. Mała i Średnia Krokiew w Zakopanem. Brak narciarstwa alpejskiego pośród dyscyplin mających uzyskać środki na rozwój uzasadniany jest słabymi wynikami sportowców. Z drugiej strony specyfika tej dyscypliny, oprócz przemyślanego systemu szkoleniowego dla dzieci i młodzieży, wymaga odpowiednich nakładów finansowych. Wśród niemal 9 milionów narciarzy i snowboardzistów z pewnością można znaleźć młode talenty będące w stanie rywalizować z takimi potęgami jak Norwedzy, Austriacy czy Amerykanie. Niestety w większości przypadków rywalizacja ta kończy się na poziomie juniorskim (15–16 lat) z racji ograniczonych zasobów finansowych rodziców. Pojawienie się zawodnika, który mógłby doprowadzić do zjawiska „małyszomanii”, miałoby duże przełożenie na wzrost zainteresowania narciarstwem i snowboardem, co również istotnie wpłynęłoby na stan zdrowia społeczeństwa. Najlepszym przykładem podobnego podejścia jest Norwegia: dzięki przeznaczeniu dużych środków finansowych na rozwój dyscyplin takich jak biathlon, biegi narciarskie czy narciarstwo alpejskie oraz badania wykorzystujące najnowocześniejsze technologie wspomagające sportowców w opracowywaniu optymalnej techniki, ten północny kraj od lat jest w czołówce sportów zimowych. Co więcej, popularyzowanie sportu wśród amatorów znacząco obniża rozwój chorób cywilizacyjnych w Norwegii. W efekcie państwo może zaoszczędzić na wydatkach na służbę zdrowia, które w kraju nad Wisłą są ogromną bolączką wszystkich rządów.

Zgoda buduje

Korzystna sytuacja gospodarcza kraju oraz przykład piłkarzy dają nadzieję na rozwój polskiego sportu w przyszłości. Wystarczy odpowiednia osoba na stanowisku zarządzającym (najlepszym przykładem jest Zbigniew Boniek), aby mądrze wykorzystane środki finansowe zaowocowały zbudowaniem systemu pozwalającego odnosić sukcesy na najwyższym poziomie sportowym. Historyczny awans reprezentacji Polski do ćwierćfinału Mistrzostw Europy (w którym piłkarze po zaciętej rywalizacji zakończonej dramatyczną serią rzutów karnych ulegli późniejszemu mistrzowi, Portugalii) był ukoronowaniem procesu rozpoczętego wraz z wyborem Zbigniewa Bońka na prezesa PZPN. W czerwcu 2018 r. mają się odbyć wybory, podczas których zostanie wyłoniony kolejny prezes Polskiego Związku Narciarskiego. Mimo że Apoloniuszowi Tajnerowi upływa już druga kadencja, a według ustawy o sporcie funkcję prezesa zarządu polskiego związku sportowego można pełnić nie dłużej niż przez 2 następujące po sobie kadencje, aktualny prezes PZN zamierza ponownie ubiegać się o to stanowisko. Jak przytacza sam zainteresowany, według interpretacji przepisów, dokonanej przez Ministerstwo Sportu i Turystyki, kadencja, w trakcie której weszła w życie zmiana przepisów, nie liczy się do bilansu. Co więcej, obecnie Tajner jest jedynym kandydatem na fotel prezesa. Nie ma się co dziwić. Środowisko jest pełne układów i układzików, wiele osób jest nie do ruszenia. Jedynym rozwiązaniem, jakie uzdrowiłoby Związek, jest wprowadzenie kuratora. Niestety, równałoby się to z wykluczeniem przez FIS drużyny skoczków narciarskich z międzynarodowych zawodów, na co nie ma przyzwolenia społecznego i politycznego oraz nie taki jest cel zmian– tłumaczy nasz rozmówca dobrze znający realia PZN.
Rządy Apoloniusza Tajnera spowodowały, że Polska stała się znaczącą marką w skokach narciarskich. Jednak czy nie powinniśmy pójść za ciosem i wesprzeć pozostałe dyscypliny sportów zimowych? Historia uczy, że zmiana za sterem pozwala obrać kurs na sukces. Jaka okaże się rzeczywistość, przekonamy się już w czerwcu.

No votes yet.
Please wait...