Przemalowany Fredro

Fredrę można grać na różne sposoby. Najbezpieczniejszym z nich – chociaż wcale nie najnudniejszym – jest po prostu wystawienie dobrej komedii. Do tego potrzeba jednak nie tylko pracy nad tekstem, lecz także porządnego zespołu. Niestety bajki opowiadane przez Pana Jowialskiego nie wystarczą, żeby ukryć braki i zaczarować widzów.

fot. I. Sobieszczuk/TVP

Z pomysłem reżysera współgra sielska, urocza scenografia, przywodząca na myśl oświeceniowy sentymentalizm. W końcu sam Fredro, czerpiąc z rozmaitych nurtów, nie ograniczał się do ich wyśmiewania, ale raczej wykorzystywał je do ukazywania pewnych prawd. Bo komedie Fredry, pozornie bardzo zabawne, kryją za sobą poczciwego autora, pełnego mądrości, wiedzy o człowieku i jego życiu. Niestety tego w adaptacji Artura Żmijewskiego po prostu brakuje.

A potem wielkimi literami napiszę…

W inscenizacji zostaje natomiast silnie zaznaczona obecność reżysera. Spektakl jest ukazany od kuchni. Zaczyna się od, kontrolowanego przez Żmijewskiego, wejścia na plan i pokazania studia. Widać też malarza rozpoczynającego swoje dzieło, które – jak można łatwo przewidzieć – skończy w finale  (taki trik, swoista strzelba Czechowa, dość toporna). Można obronić ten pomysł, ponieważ sam obrazek pasuje do konwencji przyjętej przez reżysera. Polecenia, wydawane z offu przez Żmijewskiego, skończą grę aktorską – kolejne jasne przełamanie iluzji. To tylko spektakl, i na dodatek kręcony w studiu. Nie ma utrzymanej fikcji, nie ma też teatralnego kłaniania się widzom.

Mój pierwszy mąż, śp. jenerał-major Tuz, czy myślisz, że tyle tylko miał przeciwności, nim mnie zaślubił?

Może to i nawet lepiej. Bo mało aktorów mogłoby z dumą wyjść do oklasków. Niektórym z nich brakuje obycia teatralnego, a nawet jeżeli już je mają, nie rozumieją tekstu, który wygłaszają. Tekstu – co warto zaznaczyć – na wskroś poetyckiego, melodyjnego, przyjemnego dla ucha. Zapewne mariaż teatru i wielu produkcji telewizyjnych, nie przyniósł korzyści Danucie Stence, która gubi się w konwencjach − raz gra nazbyt scenicznie, innym razem – obyczajowo. Pojawiają się też pomyłki w jej kwestiach, czy wręcz ich zapominanie. Scena rozwiązania akcji z nią w roli głównej nie tyle nie zachwyca, ile w ogóle nie zwraca na siebie uwagi; widz z łatwością może przegapić, że właśnie odsłonięto przed nim kluczowy element układanki. A szkoda, bo rola Szambelanowej pasuje do Stenki. Jej bohaterka nie jest bowiem tylko żądną władzy nad domem żoną modną, intrygantką, ale kobietą z krwi i kości, której los nie oszczędzał, kiedy była młoda. To postać złożona − głęboko zraniona wewnętrznie, na zewnątrz nosi maskę cynizmu.

Pod nieba lata, kiedy po ziemi chodzić trzeba

Natomiast Joanna Kuberska jako Helena nie mówi Fredrą, ale wygłasza Fredrę. Nie rozumie tekstu, który monologuje, nie stara się być w tym naturalna, wręcz przeciwnie – tworzy postać na wskroś przerysowaną, niemal cały czas krzyczącą, niedojrzałą. Aktorka przyjmuje łatwe interpretacje tekstu, nie zgłębiając osobowości ani Heleny, ani samego Fredry. Nie potrafi też zapanować nad lekkością tekstu, który dodałby wdzięku jej postaci. Próbuje zyskać go gestem i ruchem; sposób wygłaszania jej partii nie pozwala jednak docenić Heleny. Przerysowany jest też sam Pan Jowialski. Zamiast charakteru dostajemy parodię, o przesadnej, nawet jak na teatr, gestykulacji i mimice nie wspominając. I tu znów pojawia się rozczarowanie, bo Adam Ferency to bardzo dobry aktor, potrafiący grać z teatralnym kunsztem. Niestety Żmijewski stawia przed nim osobliwe zadanie – Pan Jowialski ma być zalotnym i zawadiackim bohaterem. Łobuzerski pan domu, jednocześnie prawiący morały, puszczający oczko do widza, figlujący i dobrodusznie pouczający, to jednak zbyt dużo jak na jedną postać.

Młody, przystojny, ma wieś o trzech folwarkach…

W inscenizacji pozytywnie wyróżnia się przede wszystkim Mateusz Rusin, grający Janusza. Widać, że sam szczerze bawi się swoją rolą. Stara się zrozumieć i wczuć w tego nieszczęśnika. Rusin, przez umiejętne zbudowanie swojego bohatera, wie jak zyskać sympatię widza, choć zdawałoby się, że Janusza – swoisty czarny charakter – trudno lubić. Aktor kreuje z jednej strony chytrego zawadiakę, z drugiej – po prostu uroczego sowizdrzała. Nie robi tego w karykaturalny, lecz naturalnie zabawny sposób.

Najszlachetniejszy zamiar nie sprosta głupocie;

Kto chce latać bez skrzydeł, musi skończyć w błocie*.

Panu Jowialskim to właśnie młoda obsada pokazuje dobrą grę teatralną (Fabian Kocięcki i Krzysztof Szczepaniak). Przejmują scenę z powodzeniem dla spektaklu i powodują, że błędy starszych nie wybrzmiewają tak silnie. Potrafią wyczuć lekkość tekstu i humorystyczną stronę Ludomira i Wiktora. Ich partnerstwo, przeradzające się czasem w zabawne pojedynki, rozwesela nie tylko za sprawą żartu sytuacyjnego, lecz także dzięki odpowiedniej interpretacji tekstu.

Niestety ogół niedociągnięć sprawia, że z początku ciekawy pomysł przynosi mierny skutek. Panu Jowialskiemu w dużej mierze brakuje lekkości, prawdziwego humoru, niewymuszonego, naturalnego. Twórcy porwali się na tekst, którego do końca nie rozumieli, którego nie umieli wygłosić, którym wreszcie – nie potrafili wiarygodnie mówić. Nie ma figli, jest sceneria, trzech aktorów i przypadkowi przechodnie. A głos reżysera z offu nie wystarcza, by nad tym zapanować.

*śródtytuły są cytatami z Pana JowialskiegoZapisków starucha Aleksandra Fredry

 

2,5/5

Pan Jowialski

Reż. Artur Żmijewski

Teatr Telewizji

Premiera: 26.03.2018

 

No votes yet.
Please wait...