Chleba i Igrzysk

Minęło kilka miesięcy od kiedy najlepsi piłkarze XXI w. stanęli do walki o trofeum mistrzostw świata na rosyjskich murawach. Opadł kurz, emocje i oficjalne raporty trafiły na biurka Kremla. Ale czy zawarte w nich pochwały znajdują odbicie w rzeczywistości?

graf. Zuzanna Nyc

Romans Rosji z kolosalnymi rozgrywkami rozpoczął się na długo przed tegorocznym mundialem. W  1980 r. stolica Związku Radzieckiego stała się areną, na której rozegrano letnie igrzyska olimpijskie – zawody, na które ZSRR wydało, w przeliczeniu na współczesne pieniądze, 6,3 mld USD. Nie obyło się oczywiście bez kontrowersji. 65 państw (między innymi Chińska Republika Ludowa) zbojkotowało wydarzenie w  ramach protestu przeciwko radzieckiej inwazji w Afganistanie. W trakcie gorzkiej ceremonii zamknięcia zabrakło tradycyjnej uroczystości, podczas której burmistrz Moskwy miałby przekazać olimpijską flagę włodarzowi Los Angeles, gdzie odbyły się następne igrzyska. Rosyjskie ambicje w dziedzinie wydarzeń sportowych rozbrzmiały na nowo w 2007 r.,
kiedy Komitet Olimpijski wybrał Soczi jako gospodarza zimowych igrzysk w 2014 r. Położony nad Morzem Czarnym kurort wypoczynkowy stał się prawdziwą gwiazdą międzynarodowego sportu w następnej dekadzie. W 2010 r. Rosja zdobyła prawo do organizacji tegorocznego mundialu, który odbył się między innymi na stadionie w Soczi. Jakby tego było miastu mało, w kilka miesięcy po igrzyskach zimowych na świeżo wybudowanym torze Sochi Autodrome odbyło się pierwsze Grand Prix Rosji w historii Formuły 1.

Utopione koszty

Igrzyska zimowe sprzed czterech lat zwróciły uwagę świata na aspekt finansowy organizacji masowych wydarzeń tego rodzaju. Powód był banalnie prosty – Federacja Rosyjska na zwieńczenie Olimpiady w  Soczi wydała 51 mld dolarów. Dla porównania, poprzednia edycja igrzysk w  Kanadyjskim Vancouver zamknęła się w  sumie 8 mld. Soczi przerosło finansowo nawet poprzednie igrzyska letnie w Pekinie, wydarzenie, które zazwyczaj pochłania znacznie więcej zasobów od swojego zimowego odpowiednika. W świetle tego rekordowego budżetu i w kontekście skandali korupcyjnych, które prześladują byłe państwa bloku komunistycznego niczym plaga, trudno dziwić się oskarżeniom o  łapówkarstwo, jakie padły pod adresem Władimira Putina. Zamordowany lider opozycji Boris Niemcow stwierdził, że nawet 30 mld USD – 60 proc. ostatecznego budżetu – zostało zdefraudowanych w trakcie przygotowań do rozgrywek. Pieniądze miały zostać utopione w spółkach należących do przedsiębiorców bliskich rosyjskim władzom w wyniku ustawionych przetargów i sztucznie zawyżonych kosztorysów. Innym czynnikiem, który mógł wpłynąć na wydatki poniesione w Soczi, były nietypowe warunki geograficzne. Wiele obiektów powstało na trudnych gruntach, a sama lokalizacja była, delikatnie mówiąc, wątpliwa pod względem geograficznym – w leżącym w klimacie podzwrotnikowym mieście średnia temperatura w lutym wynosi 8°C.

Sportowe emocje, zimne kalkulacje

Wśród argumentów usprawiedliwiających rosnące w niesamowitym tempie wydatki na masowe imprezy sportowe, argument ekonomiczny zawsze znajdzie się wśród najpopularniejszych i  zarazem najtrudniejszych do skwantyfikowania. Jeżeli potraktować imprezę sportową w  ujęciu czysto mikroekonomicznym, nie zawsze można ujrzeć je jako rentowne przedsięwzięcie. Wspomniana wcześniej suma 6,3 mld USD poświęcona na organizację igrzysk w Moskwie przyniosła Związkowi Radzieckiemu marne 748  mln bezpośredniego przychodu. Z  kolei cztery lata po igrzyskach w Moskwie rozgrywki w Los Angeles po odliczeniu kosztów przyniosły 250 mln czystego zysku. Z perspektywy czasu organizacja igrzysk olimpijskich wydaje się złożonym rzutem monetą. Gdy kończą się sukcesem, przynoszą kilkaset milionów zysku i budują międzynarodową renomę gospodarza. Gdy upadają, potrafią pociągnąć za sobą cały naród – 15 mld strat, jakie poniosła Grecja na organizacji igrzysk w 2004 r. z dużym prawdopodobieństwem przyczyniło się do katastrofalnego kryzysu finansowego państwa z końcem dekady.

Ukryte przychody

Sympatycy mundialowo-olimpijskich strategii rozwoju widzą jednak zyski zupełnie gdzie indziej. Zamiast wskazywać na przychody ze sprzedaży biletów czy praw do transmisji, kierują uwagę na szeroki wpływ, jaki na gospodarkę ma organizacja danego wydarzenia. Trudno nie uwzględnić takiej perspektywy, gdy oceniana inwestycja ma wartość większą niż PKB dziesiątek państw. Wpływ rozgrywek na gospodarkę można podzielić na rozwój sektora turystyki i rozbudowę infrastruktury. Pierwszy wariant jest dość prosty do zrozumienia. Wydarzenia sportowe są świetną reklamą państwa oferującą darmowe godziny czasu antenowego poświęcone na celebrowanie przyrody, kultury i rozrywki, jakie oferuje gospodarz. Wszystko oczywiście w przerwach pomiędzy kopaniem piłki czy skakaniem o tyczce.
Sukces takiego przedsięwzięcia nie jest gwarantowany, ale bywa dość spektakularny. Organizowany przez Brazylię w roku 2014 mundial nie przyniósł oczekiwanych rezultatów, ale już odbywające się dwa lata później igrzyska okazały się stosunkowo rentowne z perspektywy branży turystycznej. Przypływy w 2016 r. skoczyły o 6 proc. w porównaniu do 2015 r., a według badań ministerstwa turystyki 95 proc. przyjezdnych zadekla
rowało chęć ponownej wizyty. W przypadku Rosji trudno wydać wyrok kilka miesięcy po rozgrywkach. Na niekorzyść naszego wschodniego sąsiada działa z pewnością niska w porównaniu do Brazylii sprzedaż biletów (2,5 mln, kilkaset tysięcy mniej). Ponadto podobnie do poprzedniego gospodarza Rosja musi zmagać się z negatywnym obrazem państwa w oczach zagranicznych gości. W przypadku Brazylii był to skandal korupcyjny i wątpliwości turystów związane z bezpieczeństwem, Rosja ma z kolei cały worek problematycznych skaz na wizerunku: działania na Ukrainie, zaangażowanie w amerykańskie wybory z 2016 r. i pozostałości wizerunku z drugiej połowy XX w.

Mieszkaj jak olimpijczyk

Wyraźnie można wskazać różnego charakteru korzyści związane z  organizacją wielkich rozgrywek. Pozostaje jednak koronna kwestia rentowności. Czy w  rozrachunku społeczno-ekonomicznym organizacja mundialu lub igrzysk olimpijskich jest rozsądną inwestycją dla skarbu państwa? Warto tutaj rozważyć koszt alternatywnych możliwości. Wiele wydatków ponoszonych w ramach organizacji nie daje zwrotu, jakiego można by oczekiwać od inwestycji tej skali. Najlepszym przykładem są obiekty sportowe. Są budowane na potrzeby jednorazowego wydarzenia i w przeciwieństwie do infrastruktury stworzonej „organicznie” nie gwarantują użyteczności po zakończeniu zawodów. Jeżeli więc państwo chce uzasadnić ich powstanie, musi uciekać się do kreatywnych rozwiązań. Doskonałego przykładu dostarcza raport z letnich igrzysk organizowanych w 2012 r. w Londynie . Poza dokładnymi danymi dotyczącymi emisji CO2 czy wyprodukowanych odpadów, opisuje on losy wioski olimpijskiej i związanych z nią obiektów po ceremonii zamknięcia. Pośród zastosowań, jakie wybrano dla olimpijskich obiektów, znajdziemy 2800 mieszkań, część londyńskiego parku technologicznego i ogromny park otwarty dla publiki. Poza tymi wykonanymi inwestycjami w planach były również kampus uniwersytecki, studio BBC i oddział Victoria and Albert Museum.

Sportowe soft power

Może jednak okazać się, że szukanie uzasadnienia organizacji wydarzeń sportowych na gigantyczną skalę w wymiarze czysto finansowym nie daje pełnego obrazu. Panem et circenses – chleba i igrzysk – to powiedzenie pochodzące od praktyki obecnej już w Cesarstwie Rzymskim, gdzie wydarzenia rozrywkowe organizowane w  amfiteatrach
miały na celu odwrócenie uwagi publiki od problemów społeczno-politycznych. W  ten sposób cesarze i senatorowie umacniali swoją pozycję i unikali utraty poparcia. Nie trzeba naginać faktów, żeby zauważyć podobną tendencję w niedawnych wydarzeniach. Spora część państw-gospodarzy ostatnich igrzysk czy mundiali – RPA, Brazylia, Federacja Rosyjska – reprezentuje problematyczne demokracje, gdzie liderzy muszą osłaniać się przed krytyką pokazami siły. Taką rolę w  przeszłości odgrywały często interwencje militarne – chociażby ekspansja Trzeciej Rzeszy czy niedawny udział Rosji w wojnie na Ukrainie – ale 70 lat po ostatnim globalnym konflikcie wielkie wydarzenia okazują się dużo mniej kontrowersyjną formą państwowej propagandy.

Granie pod publikę

Rozgrywki stają się więc pewnego rodzaju teatrem. Literatura naukowa wydaje się zgodna – udowodnienie tezy, jakoby dawały one przewidywalne, istotne zyski dla gospodarza, zarówno gospodarcze, jak i  wizerunkowe, jest bardzo trudne. Analizy dają różnorodne rezultaty, czasami wykazując straty, czasami wskazując na nieznaczne zyski. Pomimo tego głosy opozycji wobec coraz bardziej kosztownej i ekstrawaganckiej oprawy wydarzeń sportowych wydają się niewyraźnym echem. W ogromnej większości przypadków krytyka spada na poszczególne występki i potknięcia państwa-organizatora. Sceptycy wspominają o naruszeniach praw człowieka, korupcji czy negatywnym wpływie na środowisko. Rzadko jednak mówi się o wątpliwym uzasadnieniu niebotycznych wydatków. Wśród ogromu społeczeństwa często rodzi się natomiast poczucie dumy. Pojawia się okazja do naprężenia gospodarczych muskułów dla międzynarodowej widowni. Koszt takiego pokazu schodzi na dalszy plan. Nie ulega wątpliwości, że analiza kosztów i przychodów olimpiad i mistrzostw nie daje jednoznacznych rezultatów, niezależnie od ujęcia, w jakim je rozpatrujemy. Ich organizacja zawsze będzie ryzykownym przedsięwzięciem, które może okazać się niesamowicie lukratywną inwestycją albo kulą u nogi państwowej gospodarki. Nie należy jednak oczekiwać, że to zmieni postawę opinii publicznej. Organizowanie imprez sportowych nie jest już (jeżeli kiedykolwiek było) postrzegane jako kalkulowane przedsięwzięcie. W oczach obywateli państwa wydającego miliardy na ugoszczenie atletów z całego świata rozgrywki są dowodem na zasadność narodowej dumy.

Rating: 3.0. From 2 votes.
Please wait...