Royal wedding zamiast Ślubu

Ślub Gombrowicza jest opowieścią o walce człowieka ze światem uwikłanym w puste rytuały i zmurszałe konwenanse. Zdaje się, że reżyser spektaklu w Teatrze Narodowym –  Eimuntas Nekrošius – opatrznie zrozumiał Gombrowiczowskie przesłanie.

Autorka: Edyta Zielińska

fot. Krzysztof Bieliński

Kiedy Witold Gombrowicz w latach 50. ubiegłego wieku wydawał jeden ze swoich najważniejszych dramatów, podniósł się krzyk pełen podniecenia – to o PRL! Po latach okazało się, że Ślub potrzebował reżyserii mistrza Jerzego Jarockiego, by wybrzmieć do końca i ukazać się światu jako uniwersalny tekst o władzy, tożsamości i człowieczeństwie par excellence. Czy litewski reżyser Eimuntas Nekrošius potrafił wyłuskać dla warszawskiej publiczności coś nowego?

Teatr, który wyszedł z formy

Zrealizowane przed dwoma laty przez Nekrošiusa Dziady zaskakiwały i zachwycały. Nagle okazało się bowiem, że w arcydramacie istnieje jeszcze jakaś szczelina interpretacyjna, do której reżyser zajrzał jako pierwszy. Litwin tchnął świeżość w tekst Mickiewicza, odczytując go w nowy, nieznany dotąd sposób. Tym głębiej rozczarowuje zrealizowany przez niego Ślub. Eimuntas Nekrošius wydaje się po prostu nie rozumieć tekstu, którego interpretacji się podjął. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że reżyser sam popadł w pułapkę formy – nadrzędnego tematu twórczości Gombrowicza. Spektakl, zamiast być wielkim traktatem o wolności jednostki, staje się niemalże laurką wystawioną konwenansom. W końcu nie poznajemy logicznego wytłumaczenia dziwacznych min i grymasów oraz zmanierowanego ruchu scenicznego i pozostajemy z wrażeniem, że popis umiejętności technicznych był celem samym w sobie.

Porywający tekst dramatu został tym razem potraktowany przedmiotowo i, niestety, nierozsądnie. Rozpad świata – jeden z wielkich tematów autora Ferdydurke – to dla reżysera nie problem metafizyczny, lecz formalny. Zamiast refleksji otrzymujemy karnawał. Scena staje się workiem, do którego reżyser wrzuca przypadkowe pomysły i rozwiązania. Zamiast onirycznej wizji Henryka otrzymujemy chaotyczny kolaż, pośród którego giną najciekawsze fragmenty spektaklu. Nawiązania do kultury i sztuki, jak choćby przywołanie motywu z Dyktatora Charliego Chaplina czy Jerzy Radziwiłłowicz naśladujący Władysława Gomułkę, sprawiają wrażenie nieprzemyślanych i rzuconych ot tak, mimowolnie w tok narracji. I nie są to jedyne pomysły reżyserskie w tym spektaklu, które nie mają kontynuacji ani logicznego uzasadnienia. Choć Nekrošius niejednokrotnie już przecież udowadniał, że potrafi tworzyć teatr niepokojący i ujmujący niebanalną formą. Tym razem jednak przegrał z kretesem walkę z wirtuozowskim tekstem dramatu, zapominając o jednej z najważniejszych zasad sztuki – umiar też jest cnotą.

Dość już tych Bogów! Dajcie mi człowieka!*

Obsada spektaklu rozumie Gombrowicza lepiej niż sam reżyser. Jednak na nic zdają się jej starania. Kunszt aktorski zostaje skutecznie stłumiony przez przypadkowość i chaotyczność zabiegów reżysera. Mateusz Rusin w roli Henryka z najwyższą świadomością odtwarza metamorfozę głównego bohatera. Przeistacza się najpierw z naiwnego młokosa w romantyka z krwi i kości, po to, by później stać się bezwzględnym i żądnym władzy dyktatorem. W ostatecznym rozrachunku Henryk pozostawia widzów z poczuciem olbrzymiego niedosytu, bo finalnie ma się wrażenie, że reżyser sam nie miał pomysłu na tę postać.

Danuta Stenka – grająca w tym spektaklu dwie bohaterki – zachwyca zarówno lekkością i przestrachem, którymi obdarzyła młodziutką Manię, jak i zrozumieniem roli Matki w Gombrowiczowskim dramacie. Pomysł zagrania przez aktorkę podwójnej roli nie znajduje jednak żadnego uzasadnienia w konstrukcji całości. Grzegorz Małecki próbuje wprowadzić postać Pijaczka na odpowiednie tory, od początku naznaczając go sprytem i piekielną inteligencją. Bezskutecznie. Nekrošius niestety zobaczył w tym bohaterze wyłącznie mąciwodę-intryganta. Największym rozczarowaniem jest jednak rola Jerzego Radziwiłłowicza. Wybitny aktor ginie pośród formalnego przepychu i niepotrzebnej ornamentyki.

Po mistrzowskich Dziadach po Nekrošiusu można było spodziewać się wyjątkowej inscenizacji Ślubu. Takiej, w której waży się słowa, a gesty wykonuje się z najwyższym namaszczeniem. Bo tylko taka atmosfera sprzyja sięganiu głębi. Tymczasem otrzymujemy coś na kształt royal wedding – pełen przepychu formalnego teatralny ceremoniał, w którym zamiast pełnokrwistych bohaterów, mamy teatr marionetek. Bo aktorzy co prawda znakomicie odgrywają powierzone im role, ale nie determinuje ich żaden nadrzędny pomysł reżyserski. Gombrowicz z całą pewnością wielkim dramaturgiem był. I choć ma zachwycać, to jego Ślub w interpretacji Nekrošiusa po prostu nie zachwyca.

Ślub
reżyseria: Eimuntas Nekrošiu
premiera: 15 czerwca 2018
Teatr Narodowy

*Cytat pochodzi z monologu głównego bohatera Ślubu – Henryka.

No votes yet.
Please wait...