Jak Sauron przejął Służewiec

Zanim Mordor przejęły siły zła, miał on być przyjaznym zagłębiem korporacyjnym, mlekiem i miodem płynącym.

Oko SauronaDla niewtajemniczonych: pierwotnie Mordor to kraina stworzona przez Tolkiena w słynnej serii książek Władca pierścieni, których fabułę dodatkowo rozpowszechniły widowiskowe ekranizacje w reżyserii Petera Jacksona. W języku szarych elfów zwanych Sindarianami to dosłownie „czarny kraj”, w którym swoją siedzibę ma Sauron – potężny zły duch.

Trudno określić, w którym dokładnie momencie Sauron zatęsknił za wielkomiejskim życiem i postanowił przenieść Mordor w rejony Domaniewskiej na warszawskim Służewcu. Działo się to stopniowo, od lat 90. XX w. począwszy, chociaż wtedy niewiele znaków na ziemi i niebie wróżyło dzielnicy mroczną przyszłość.

Dlaczego akurat na Służewcu?

Kiedyś były tu upadłe zakłady przemysłowe, które zostały uwłaszczone. Położone poza ścisłym centrum, z bardzo dobrą (jak się wówczas wydawało) komunikacją, zaczęły przyciągać kolejnych deweloperów. Ich atutem były niższe ceny gruntów oraz uzbrojenie we wszelkie media.

W 1992 r. przy ulicy Wołoskiej 18 stanął pierwszy biurowiec: dumny Curtis Plaza, okrzyknięty Najlepszą Budową Roku. Za nim zaczęły się piętrzyć kolejne gmachy. W 1997 r. przy ulicy Domaniewskiej otworzono biurowiec Saturn, którego powierzchnie wykupiono z wręcz zawrotną prędkością.

Inwestorzy poczuli, że w tej okolicy warto robić interesy. W latach 2008–2009 biurowce na Domaniewskiej zaczęły rosnąć jak grzyby po deszczu, a w 2010 r. ukończono Empark Mokotów Business Park, czyli największy kompleks biurowy w Polsce oferujący prawie 110 tys. mkw. powierzchni na wynajem.

Dużo, czyli ile?

Obecnie na Służewcu stoi 77 biurowców z łączną powierzchnią przekraczającą 1,3 mln mkw. To największe zagłębie korporacyjne w Europie Środkowej, które daje zatrudnienie ponad 100 tys. osób. Zarówno powierzchni, jak i pracowników ma jeszcze przybywać. Inwestycje wciąż trwają: mnożą się nie tylko biura, lecz także restauracje, kluby fitness, studia jogi, zakłady fryzjerskie i kosmetyczne oraz inne usługi. Niedługo do użytku zostanie oddany potężny, czterdziestodwumetrowy D48, co wzbogaci zagłębie o kolejne tysiące pracowników i… kolejne setki samochodów czyniących ulice nieprzejezdnymi.

Komunikację w zagłębiu dawno przestano już określać jako „dogodną”. Znaczna część ze 100 tys. pracowników dojeżdża do pracy autem. Stosunkowo wąskie ulice Służewca nie są dostosowane do przyjmowania takich mas ludzi i ich samochodów. W godzinach szczytu tworzą się ogromne korki. Emocje sięgają zenitu, gdy po dotarciu do celu trzeba znaleźć wolne miejsce parkingowe. Często okazuje się to niemożliwe i kolejne auta parkują na zakładkę, a kierowcy zostawiają karteczki ze swoimi numerami telefonów, żeby w razie potrzeby odblokować wyjazd innemu samochodowi.

Kuracja na korponerwy?

W przeciwieństwie do Tolkienowskiej ciemnej, wulkanicznej równiny, warszawski Mordor jest szklany i szary. W świecie fikcji mieszkają tam między innymi orki i trolle, w korporzeczywistości – orający, trollujący, ale także… całkiem usatysfakcjonowani, względnie wyspani ludzie. Chociaż w Mordorze razem z mlekiem, miodem i gotówką płynie pot, a nierzadko także łzy wywołane presją, to nie da się ukryć, że wielu pracowników ceni swoją pracę i możliwości rozwoju w korporacji. Należą do nich zwłaszcza ci, którzy uodpornili się na strach przed tak zwanymi w korpojęzyku: mitingami, dilingami, dedlajnami, fakapami oraz innymi określeniami, od których co wrażliwszych bolą zarówno oczy, jak i uszy, a nierzadko cały system nerwowy (szczególnie toksyczne właściwości miewają zwłaszcza dwa ostatnie anglicyzmy).

Częściowo jako odtrutkę dla systemu nerwowego Rafał Ferber zaczął publikować na swoim facebookowym profilu posty z lokalizacją „Mordor na Domaniewskiej”. Szybko zaczęły one cieszyć się dużym zainteresowaniem, w z związku z czym Ferber postanowił założyć fanpejdż, który pozwalałby spojrzeć na mordorskie problemy z humorem i dystansem.

Obecnie Mordor na Domaniewskiej ma ponad 150 tys. lajków. Ich liczba wciąż przybywa, a ostatnio na prima aprilis ktoś postawił na granicy zagłębia tabliczkę z zapożyczoną od Tolkiena nazwą. Wiarygodnie imitowała ona oznaczenie dzielnicy, ale niestety nie zachowała się na stałe. Przynajmniej fizycznie, ponieważ Mordor jako zagłębie biurowców na Służewcu trafił już do słownika większości warszawiaków.

Czy Mordor to mordownia?

Nazwa Mordor przyjęła się głównie ze względu na bogactwo skojarzeń. To nie tylko siedziba zła, lecz także miejsce, gdzie trzeba się namordować czy zmordować, a czasem z powodu frustracji ma się ochotę kogoś zamordować. Chociaż najczęściej kończy się na darciu… gardeł. Zwłaszcza podczas godzin szczytu, kiedy jazda po okolicach Mordoru to istna mordęga. Tak samo jak cała masa groteskowych procedur, o których krążą już legendy.

Oto przykład: jakiemuś pracownikowi kazano wpisywać w rubryki wszystkie swoje czynności wraz z czasem, jaki na nie przeznacza. Nie zostało do końca ustalone, czy te związane z fizjologią powinien także uwzględniać. Przy terminie zwanym ASAP, as soon as possible, każda sekunda się liczy. Tylko dziwnym trafem nie ta zainwestowana w wypełnianie absurdalnej tabelki.

Mordorski fanpejdż wyłapuje jednak głównie sytuacje ekstremalne, które wcale nie muszą należeć do rutyny. Niektóre demoniczne legendy warto obalić, jak chociażby tę o musie przyjmowania ciągłych nadgodzin. Chociaż pracujące święta i weekendy na Mordorze zdarzają się wcale nierzadko, to nie da się ukryć, że są sowicie nagradzane. Stawka za nadgodziny w świątecznych okresach jest często nawet dwukrotnie wyższa, przez co bywają one całkiem chętnie (i dobrowolnie) podejmowane.

Nawet jeżeli niektórzy oddają Sauronowi całe życie (czas wolny wykreślili już ze swojego słownika), to często wiąże się to z ich wyborem, za który w zamian uzyskują dobre zarobki. Średnio wynoszą one ponad 5 tys. złotych. Oczywiście wiadomo, że wypłaty nie są rozdzielane po równo, a efekt skapywania w korporacjach raczej nie działa.

Jak wygląda warszawski Sauron?

Warszawski Sauron porzucił niewygodną, ciężką zbroję i przerzucił się na stylowe garnitury. Awatarem fanpejdża Mordor na Domaniewskiej jest stwór z wystającymi zębami i odstającymi, szpiczastymi uszami, wciśnięty w ciasny kołnierzyk i krawat. Postać, wyjęta z horrorowego komiksu, trzyma kubek z kawą oraz smartfon, czyli niezbędny ekwipaż korpomaszyny.

Towarzyszy ona przeróżnym żartom. Jeden z nich parodiuje metodę marchewki i kija – w korpowydaniu pracownika uderza się najpierw kijem, a następnie marchewką. Drugi cios jest zaś o tyle bardziej bolesny, że daje i zabiera nadzieję. A kto daje i zabiera… No tak, ale Sauron nie martwi się takimi przesądami. Według żartu opublikowanego na fanpejdżu bardziej interesują go targety, a dowodem ich osiągnięcia (czyli rozwoju firmy), może być nowe auto szefa. Jeden z demotywatorów obrazuje je dosiadanym przez Saurona wierzchowcem. Sauron może zatem wcielić się w nielubianego kierownika, ale to oczywiście kolejna ekstremalna sytuacja. Mordorscy szefowie nierzadko pokazują całkiem ludzką twarz, wzbogaconą tylko o dodatkowe oczy… kamer rejestrujących bezpieczeństwo w budynkach.

Czy koło Saurona można zamieszkać?

Niektórzy pracownicy Mordoru konkurują ze sobą pod względem liczby nadgodzin. Rekordziści w wyjątkowo intensywnych okresach potrafią spędzać w pracy 2/3 doby. Deweloperzy mieszkań znaleźli sposób na pobicie tych rekordów. W rejonie Mordoru można bowiem całkiem wygodnie zamieszkać – znacznie wygodniej niż na krześle za biurkiem w wyznaczonym do pracy ołpenspejsie – ale trzeba się liczyć z wyższymi cenami.

Według analityków urban.one ceny mieszkań w promieniu 2 km od Mordoru są o kilkanaście procent wyższe od średniej dla całej Warszawy i o kilka procent wyższe od wartości dla dzielnicy Mokotów. Za metr kwadratowy niewielkiego mieszkania w okolicy Mordoru trzeba zapłacić około 8,8 tys. złotych. Mieszkańcy bocznych, mniej przejezdnych ulic powinni do tego doliczyć inwestycję w rower, ponieważ w korkach mogą spędzić więcej czasu niż w dotychczasowych dojazdach głównymi ulicami. Co ciekawe, mieszkanie w okolicy Mordoru można także wynająć… na godziny. Targety takiego rentingu są różne, ale zaciszny wypoczynek w pojedynkę zalicza się do nich raczej rzadko.

Czy władca Mordoru lubi jeździć metrem?

Coraz więcej inwestorów zastanawia się, czy nie lepiej zamiast w Mordorze ulokować kapitał w nowo powstającym zagłębiu, obecnie przezwanym Isengardem na Daszyńskiego. W Tolkienowskiej serii Isengard był fortecą sprzymierzoną z Mordorem, ale w warszawskich realiach na razie na współpracę się nie zapowiada. Nowy fanpejdż rozpoczął antykampanię pod hasłem #NieMordujSię. Głównym atutem konkurencyjnego zagłębia jest położenie przy stacji metra M2 oraz przy liniach tramwajowych, co ma zapobiec problemom z komunikacją.

Chlubą przyszłej mekki białych kołnierzyków jest stuosiemdziesięciometrowy wieżowiec Warsaw Spire. Najwyższy biurowiec w Warszawie i jeden z najwyższych w Europie przypomina trochę wieżę fortecy Isengard z Władcy Pierścieni, co dało inspirację nazwie fanpejdża. Architekci szacują, że w przyszłości w okolicy Ronda Daszyńskiego może powstać koło 2,5 mln metrów kwadratowych powierzchni biurowych. I tu właśnie nasuwa się pytanie: czy linia metra M2 wystarczy, by dowieść setki tysięcy pracowników na miejsce pracy? Innymi słowy, czy Sauron nie sprawi sobie na Daszyńskiego drugiej siedziby i czy hasło #NieMordujSię nie zostanie zamienione na #ZmordujSięBardziej?

No votes yet.
Please wait...