Opowieść o buncie

A gdyby tak rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady…? Niestety nie zawsze jest to możliwe, gdy w miejscu trzymają nas obowiązki. Jednak Mariusz Rusiński i jego ekipa szykują dla nas całkiem niezłą alternatywę: dokument Julia nad morzem, który pozwoli nam poczuć się tak, jakbyśmy mogli wyjechać w siną dal. Zapytaliśmy Mariusza o jego inspiracje.

Rozmawiała: Wiktoria Dunin

Zdj.: Beata Rakoczy

Magiel: Skąd pomysł na Julię?

Mariusz Rusiński: Julia Karwacka, główna bohaterka, jest z Opola, tak jak ja. Poznaliśmy się w kawiarni i wtedy powiedziała mi, że nie dostała się do szkoły aktorskiej i bardzo to przeżywa. Miała dosyć wszystkiego, postanowiła wyjechać nad morze. Wtedy pomyślałem, że jej historia powinna zostać opowiedziana w filmie.

Skąd czerpałeś inspirację? Jak wyglądały początki?

Kiedy Julia opowiedziała mi o swoim naiwnym założeniu – oczywiście nie mówię źle o Julii, jest wspaniała i zakochałem się w niej na ekranie – miałem w głowie Zielony promień Erika Rohmera. To ulubiony film Piotrka Czerkawskiego, współscenarzysty, i mój. Co prawda mówi o czymś innym, ale tam również pojawia się dziewczyna, która wyjeżdża do kurortu i spotyka różnych mężczyzn na swojej drodze. Dlatego tuż po spotkaniu z Julią zaczęliśmy się zastanawiać, czy taki film może się udać, czy nie będzie pretensjonalny. Nie chcieliśmy, żeby wyszły nam Pamiętniki z wakacji – w końcu towarzyszyliśmy bohaterom na randkach. Na szczęście jednak nie mieli żadnego problemu z kamerą. Co więcej, dzięki wewnętrznej przemianie Julii sami uwierzyliśmy w autentyczność tej historii. Scenariusz, który napisaliśmy na początku, zmienił się zupełnie w trakcie zdjęć. Dlatego jest to dokument. Nie podstawialiśmy bohaterów, nie podpowiadaliśmy, co mają mówić. Film, który będzie niedługo montowany, musi zachować tę naturalność.

Mówi się często: rzucę wszystko i wyjadę w Bieszczady.

W tym przypadku to bez różnicy (śmiech). To morze bardzo mi się spodobało. Wyczułem lekko naiwne myślenie, trochę urokliwe – przecież każdy z nas chciałby obudzić w sobie młodość, wyjeżdżając samemu gdzieś daleko. Julia nie miała jednak świadomości, że najprawdopodobniej wcale nad tym morzem nie odpocznie.

Na stronie projektu pisałeś o paradoksach kurortów. Czy właśnie to miałeś na myśli, że nie można tam odpocząć?

Te paradoksy zawsze mnie śmieszyły, dlatego tak spodobał mi się ten pomysł. Uwielbiam wrażliwość dokumentów, jaką prezentował np. reżyser Marek Piwowski. Dzięki niej można spojrzeć na bohaterów z ironią, co nadaje całości lekkość. Film nie może stać się ciężki i smutny w odbiorze. Jego oglądanie powinno sprawiać przyjemność zarówno ludziom zaangażowanym w środowisko filmowe, jak i tym spoza niego.

To tę lekkość miałeś na myśli, określając film jako „delikatny”?

Tak. Chcieliśmy, żeby ten film nawiązywał do Erica Rohmera. To francuski nowofalowy reżyser, który tworzył w latach 80. i 90. Jego kino było zabawne, a tego dziś trochę brakuje w polskim dokumencie. Wciąż przeważa w nim smutek. Nie mówię, że to źle, ponieważ filmy, które powstają, są bardzo emocjonalne – uwielbiam oglądać dokumenty. My jednak chcieliśmy popatrzeć na bohaterkę z dystansem i trafić do widza poprzez śmiech. Wydaje mi się, że polski kurort nadmorski jest tak kiczowaty, że można się nim posłużyć, żeby pokazać typowe polskie wakacje. Dzięki temu widz będzie mógł utożsamić się z bohaterką. Przecież każdy z nas miał kiedyś ochotę rzucić wszystko i wyjechać jak najdalej.

Czy podejmujesz zatem w filmie temat buntu? Czyjego? Z jednej strony mówisz o ciężkich polskich dokumentach i o tym, że chcielibyście przełamać tę tendencję, a z drugiej – o młodzieńczym buncie bohaterki.

My, jako ekipa, uważamy, że jest wiele polskich filmów o młodości, ale bardzo popularnym nurtem filmowym w naszym kraju jest realizm. Polega on na tym, że wszystko jest odbierane bardzo dosłownie i ukazane w martyrologiczny sposób – żeby bohaterowie znaleźli miłość, muszą najpierw wiele wycierpieć i przeżyć nie wiadomo jakie traumy. Można wymienić wiele filmów tego typu: Płynące wieżowce Wasilewskiego albo nagrodzona w tym roku w Gdyni Nina, film podejmujący tematykę miłości lesbijskiej… Mimo pierwiastka młodości jest w nich bardzo dużo cierpienia. Dokumenty tego rodzaju nie pokazują w ogóle, jak piękne może być życie. Trzeba pobawić się trochę jego urokami. Myślę też, że to łatwiejsze dla widza niż oglądanie czyjegoś męczeństwa.

Mimo to tytułowa Julia ma przeżyć miłosny zawód. Czy to nie jest cierpienie?

Film jest dopiero na etapie postprodukcji, więc nie mogę zbyt wiele zdradzić! Owszem, pojawia się rozczarowanie pewnym mężczyzną, a bohaterka przechodzi wewnętrzną przemianę. Chciałem jednak wzorem Erika Rohmera pokazać doświadczenia ciężkiego kalibru w lekki sposób. Zawód miłosny to nie jest łatwe przeżycie. Sztuką jest jednak przedstawić go tak, żeby nie stracił nic ze swojej poetyckości. Pokazanie subtelności odczuwanych emocji było naszym celem i mam wrażenie, że udało nam się go zrealizować.

Kto ma mieć dystans do całego wydarzenia: widz czy bohaterka?

I widz, i bohaterka. To zależy od poziomu utożsamienia się z nią. Ja, jako reżyser, chciałbym, żeby widz za nią podążał, rozumiał ją, odczuwał wobec niej sympatię. Żeby widział w niej naiwną młodość, w której nie ma przecież nic złego.

Sama postać jest inspirowana prawdziwą osobą, Julią Karwacką. Czy ona w tym filmie gra samą siebie?

Trudno to wytłumaczyć. Ten film jest dokumentem, choć fabularyzowanym. Dlatego Julia jest bohaterką, a nie aktorką. Przeżywa autentyczne emocje. Rzeczywiście jechała nad morze z myślą, że tam odpocznie, naprawdę spotykała po drodze zainteresowanych nią mężczyzn. Rzeczywiście też dochodzi do jakichś wniosków, więc nie powiedziałbym, że gra samą siebie. Po prostu jest sobą, ale my jej pomagamy w niektórych decyzjach – to ten fabularny wątek, który nie jest jednak bardzo wyraźny i dlatego film pozostaje dokumentem.

Film dotyczy relacji damsko-męskich. W jakim aspekcie?

Przedstawia obraz dzisiejszych facetów w sposób lekko ironiczny. Jesteśmy pokoleniem tinderowym, choć sam portal nie pojawia się w filmie, jest on dla nas jednak dosyć istotny. Ludzie, którzy zakładają tam konta, są bardzo różni: jedni mają ochotę na skok w bok, inni są samotni i szukają kogoś, komu mogliby o sobie opowiedzieć. Nie jest łatwo zdefiniować tę grupę ludzi, a jednak jest ona w jakiś sposób reprezentatywna, jeśli chodzi o współczesnych facetów. Nie chcę, rzecz jasna, stawiać w dokumencie żadnej tezy w rodzaju „wszyscy mężczyźni są dziś beznadziejni”,  podróżująca samotnie dziewczyna może jednak natknąć się na bardzo różnych chłopaków. Chcieliśmy pokazać tę różnorodność, ale i cechy, które ich wszystkich łączą, i w ten sposób stworzyć portret współczesnego mężczyzny.

Pokazujesz rzeczywistość, której sam jesteś częścią. Portretujesz młodych facetów. Należenie do tej grupy utrudniało ci obiektywne spojrzenie na nią czy wręcz przeciwnie?

Staram się mieć świadomość tego, kim jestem i jaki jestem, obserwować świat wokół mnie, ale nie jest to taki poziom samoświadomości, jaki charakteryzuje wielkich reżyserów. Ten problem pojawia się również w filmie. Mężczyźni, których spotkaliśmy podczas zdjęć, niekiedy mieli o sobie wygórowane mniemanie, uważali swoje zdanie za świętą rację, bywali kompletnie bezkrytyczni, czasem nawet zaprzeczali sami sobie.

Może to obecność kamery tak na nich działała?

Nawet jeśli, to kamera wydobyła tylko to, co już w nich tkwiło. Nie chcę jednak jednoznacznie określać ich jako negatywne przykłady. To, co myślą o sobie i w jaki sposób się zachowują może czasem bawić, ale ostatecznie zazwyczaj wzbudzają sympatię.

Te niezaplanowane wypowiedzi wprowadzają element spontaniczności. Zdarzały się jeszcze inne nieprzewidziane rzeczy?

Jak to na typowych polskich wakacjach. Na początku to one miały być głównym wątkiem.

Kiedy słyszę frazę: „typowe polskie wakacje”, oczyma wyobraźni widzę plażę, zarezerwowane od szóstej rano miejsca odgrodzone parawanami i rodziny, które smażą się na słońcu, pochrupując orzeszki w karmelu. To właśnie chciałeś pokazać?

Zaspoilerowałaś film!

Ale przecież Julia jedzie sama.

Julia wpada w tę rzeczywistość. Obserwujemy, jak przychodzi na plażę i musi się użerać z miliardem parawanów. Trzeba się przygotować na to, że jeden z zainteresowanych nią facetów sprzedaje pamiątki na straganie. Co drugi urlopowicz wchodzi nam przed kamerę, krzycząc coś. W jednym z kadrów, kiedy robiliśmy scenę w barze o wdzięcznej nazwie San Escobar, rodzina wchodzi i zaczyna fotografować się z szyldem. Julia nie spędza wakacji z bliskimi, ale to nie ma znaczenia. Kurortowy świat ją otacza. My natomiast, patrząc z boku, bynajmniej nie spoglądamy na niego sarkastycznie. Wszystkie te władysławowskie sceny wywołują raczej ciepły uśmiech.

Na zakończenie: każdy film jest po to, żeby ludzie go oglądali. Gdzie chciałbyś go pokazać?

Gdybym koncentrował się teraz głównie na festiwalach filmowych, przysłoniłoby to montaż, który jest najważniejszy na tym etapie. Teraz trzeba skupić się na tym, żeby łącząc kadry, nie utracić subtelności. Chciałbym jednak, żeby ludzie go obejrzeli, żeby zobaczyć interakcję. Myślę, że nasza propozycja jest odważna i zrywa z niektórymi cechami dokumentu.

 

Mariusz Rusiński – reżyser i scenarzysta filmu Julia nad morzem, będącego projektem studentów Uniwersytetu Warszawskiego oraz Szkoły Wajdy w Warszawie. Dziennikarz Radia Opole oraz korespondent z wielu festiwali filmowych takich jak Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji czy Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Uczestnik wielu warsztatów dokumentalnych i fabularnych prowadzonych przez takich twórców jak Wiesław Saniewski czy Tomasz Jurkiewicz. Trwająca 30 minut Julia nad morzem będzie jego dokumentalnym debiutem.

No votes yet.
Please wait...