Dyskretny urok emigracji

Wyjazd za granicę na studia i do pracy to dla wielu młodych ludzi decyzje uzasadnione przede wszystkim dążeniem do zdobycia większych pieniędzy. Studenci z Japonii i Rumunii pokazują jednak, że do wyjazdu mogą motywować inne powody – wcale nie mniej istotne.

 

Chociaż wydaje się, że czas masowej emigracji z Polski minął, układanie sobie życia za granicą wciąż nie jest młodym ludziom obce. Według danych OECD w 2015 r. poza granicami studiowało około 50 tys. osób. Ci, którzy zostają na polskich uczelniach, także myślą o opuszczeniu ojczyzny. Z ostatniego raportu przeprowadzonego na zlecenie OTTO Work Force wynika, że co trzeci badany student bierze pod uwagę wyjazd z kraju po zakończeniu edukacji. Najsilniejszym magnesem dla młodych Polaków nadal są wyższe zarobki oferowane przez zagranicznych pracodawców. W rozważaniach o emigracji nie jesteśmy jednak jedyni. Przed tego typu dylematami stają studenci w praktycznie każdym zakątku świata. Jedni wyjeżdżają rzadziej, a dla innych opuszczenie kraju to niemal konieczność. Poza czynnikami bezpośrednio związanymi z wynagrodzeniem istnieją dla nich także inne ważne przyczyny.

Niewyjazdowa kultura

Jednym z krajów, którego obywatele niechętnie podchodzą do kwestii emigracji, jest Japonia. Takeshi, 23-letni student fizyki stosowanej z tokijskiego University of Electro-Communications, opowiada: Silne więzi we wspólnocie społecznej i utarte schematy związane z planowaniem przyszłości sprawiają, że młodzi ludzie w moim kraju rzadko decydują się na dłuższe zagraniczne wyjazdy. U mnie sytuacja była wyjątkowa. Mój ojciec od początku popierał pomysł dotyczący wyjazdu na rok do Niemiec, co pomogło mi podjąć ostateczną decyzję. Dodaje jednak, że wielu jego znajomym brakuje wsparcia ze strony ich rodzin, które do takich inicjatyw podchodzą z niechęcią.

Nie dziwi więc to, że japońskich studentów, którzy chcą wyjeżdżać na zagraniczne wymiany albo też studiować poza ojczyzną, jest niewielu. W porównaniu z krajami europejskimi studiowanie za granicą jest u nas zjawiskiem niszowym – mówi Takeshi. Nawet mimo zabiegów japońskiego rządu, który w 2013 r. w ramach inicjatywy Tobitate zapewnił studentom planującym wyjazd lepsze wsparcie finansowe i organizacyjne, liczba Japończyków na zagranicznych uczelniach spadła. W 2014 r. poza krajem studiowało o 36 proc. mniej osób niż dziesięć lat wcześniej.
Niechęć młodych Japończyków do długich wyjazdów zagranicznych nie wzięła się znikąd. Tego typu zachowania w dużej mierze mają swoje źródło w historii. Kraj Kwitnącej Wiśni przez ponad dwa wieki był niemal odizolowany od świata zewnętrznego – obowiązywał wtedy prawie całkowity zakaz emigracji i imigracji. 

Społeczeństwo Japonii nadal jest stosunkowo hermetyczną wspólnotą. Świadczy o tym na przykład to, że mimo bardzo wysokiego poziomu rozwoju gospodarczego, który często jest magnesem przyciągającym imigrantów z krajów mniej zamożnych, populacja Japonii jest praktycznie jednorodna. Około 98,5 proc. wszystkich osób zamieszkujących Kraj Kwitnącej Wiśni to rdzenni Japończycy.

Trzymaj się planu

Wpływ na małą popularność wyjazdów mają także inne kwestie kulturowe będące przyczyną swoistej presji odczuwanej przez młodych ludzi, która zniechęca ich do wyjazdu. Jesteśmy społeczeństwem kolektywnym i realnie oddziałuje to na podejmowane przez nas decyzje – mówi Takeshi. Większość moich znajomych planuje znaleźć dobrze płatną pracę w jednej z japońskich korporacji. Życie zaplanowane od A do Z – najpierw licencjat i magisterka, a później praca w Tokio. Bardzo ważnym celem jest ustatkowanie się, założenie rodziny i prowadzenie przewidywalnego życia – oczywiście w Japonii. Takeshi przyznaje, że nie jest pewien, czy po powrocie do kraju nie napotka problemów z kontynuacją typowego dla jego rodaków trybu życia. Obawia się, że zostanie w tyle w porównaniu z rówieśnikami mającymi jasno wyznaczone cele.

Dodaje jednak, że decyzji o rocznym wyjeździe nie żałuje. Uważa, że sposób organizacji zajęć na niemieckiej uczelni mu odpowiada. Część z nich ma charakter tradycyjnych wykładów, w ramach kilku przedmiotów ważna jest jednak praca w grupach i krytyczne podejście do tematu. Japończyk traktuje to jako wyzwanie i zdrową przeciwwagę dla tego, co w ojczyźnie było dla niego codziennością. U nas edukacja ma charakter bardziej pasywny. Zaczyna się to już w szkole podstawowej, kiedy nauczyciele przez większą część lekcji dyktują to, co mamy zapisać w zeszycie i później uczymy się tego na pamięć – opowiada Takeshi. Brakuje w tym kreatywnego myślenia – chodzi głównie o zapamiętywanie.

Mówi, że właśnie takie pasywne podejście ma głęboki wpływ na kształtowanie charakteru jego rodaków. Oczywiście warto być w życiu ostrożnym, jednak wśród Japończyków awersja do ryzyka jest bardzo wysoka. Łatwo można to zaobserwować w czasie zajęć na uczelni. Gdy profesor zadaje pytanie, nawet jeśli moi znajomi znają odpowiedź, zazwyczaj się nie zgłaszają. Czasami chodzi zapewne o nieśmiałość, głównym powodem jest jednak strach przed tym, że źle odpowiemy. Staramy się uniknąć porażki za wszelką cenę.

Odetchnąć z ulgą

Takeshi przyznaje, że w Niemczech przypadły mu do gustu nie tylko zajęcia na uczelni. Być może wynika to z tego, że mieszkam teraz w mniejszym mieście niż stolica Japonii. Zauważyłem jednak, że tempo życia, z jakim spotykam się w Europie, jest wolniejsze od japońskiego. Na ulicach w Tokio większość przechodniów wydaje się bardzo zestresowana i przepracowana. Ludzie znikają w biurach o 8 rano i wychodzą po 21, żeby się przespać i rano znów pędzić do pracy – mówi Takeshi.
Długie godziny spędzane w szklanych biurowcach nie są niczym nadzwyczajnym także w Polsce. Jednak w Kraju Kwitnącej Wiśni zjawisko pracoholizmu występuje na niespotykaną skalę. Świadczą o tym liczne przypadki śmierci z przepracowania. Według szacunków rocznie umiera z tego powodu około 10 tys. Japończyków.

Takeshi tłumaczy, że ciężka praca jest wpisana w mentalność jego rodaków. Cechą charakterystyczną naszego kolektywnego społeczeństwa jest także to, że nie chcemy wypaść gorzej od innych. Spotykamy się z tym już w szkole, ale szczególnie w pracy. Nikt nie chce odstawać od reszty i wstydzić się, że jest gorszy – mówi Takeshi. Dlatego też pracownicy w biurach zostają i pracują tak długo, aż ostatnia osoba skończy swoje zadania, nawet jeśli dawno mogliby być w domu.

Takeshi przyznaje, że w Niemczech przypadły mu do gustu nie tylko zajęcia na uczelni. Być może wynika to z tego, że mieszkam teraz w mniejszym mieście niż stolica Japonii. Zauważyłem jednak, że tempo życia, z jakim spotykam się w Europie, jest wolniejsze od japońskiego. Na ulicach w Tokio większość przechodniów wydaje się bardzo zestresowana i przepracowana. Ludzie znikają w biurach o 8 rano i wychodzą po 21, żeby się przespać i rano znów pędzić do pracy – mówi Takeshi.
Długie godziny spędzane w szklanych biurowcach nie są niczym nadzwyczajnym także w Polsce. Jednak w Kraju Kwitnącej Wiśni zjawisko pracoholizmu występuje na niespotykaną skalę. Świadczą o tym liczne przypadki śmierci z przepracowania. Według szacunków rocznie umiera z tego powodu około 10 tys. Japończyków.
Takeshi tłumaczy, że ciężka praca jest wpisana w mentalność jego rodaków. Cechą charakterystyczną naszego kolektywnego społeczeństwa jest także to, że nie chcemy wypaść gorzej od innych. Spotykamy się z tym już w szkole, ale szczególnie w pracy. Nikt nie chce odstawać od reszty i wstydzić się, że jest gorszy – mówi Takeshi. Dlatego też pracownicy w biurach zostają i pracują tak długo, aż ostatnia osoba skończy swoje zadania, nawet jeśli dawno mogliby być w domu.
Skala problemu jest na tyle duża, że rząd oficjalnie stara się przeciwdziałać pracoholizmowi. Jednym z ostatnich przykładów jest inicjatywa Premium Friday z 2017 r. zachęcająca pracowników do opuszczania biur o 15 w każdy ostatni piątek miesiąca. Założenie było proste. Japończycy od tej pory będą mieli więcej czasu na wypoczynek, spędzenie czasu z rodziną i beztroskie bieganie po centrach handlowych.
Doniesienia podsumowujące efekty rządowej inicjatywy nie napawają jednak optymizmem. Po roku od wprowadzenia programu Premium Friday jedynie jedna na dziesięć osób decyduje się na wcześniejsze opuszczenie miejsca pracy. Takeshi mówi, że chłodne przyjęcie tego projektu wcale go nie dziwi. Nie da się jedną decyzją rządu zmienić japońskiej kultury i mentalności – komentuje. Sam dobrze wiem, że nie wyszedłbym z biura wcześniej, jeśli wszystkie pozostałe osoby nie zdecydowałyby się na ten sam krok.
Japończyk przyznaje, że pobyt w Niemczech jest dla niego swoistą terapią. Podoba mi się dystans do codziennych obowiązków i to, że mogę odpocząć od myślenia o tym, czy pracuję wystarczająco ciężko. Raczej niewielu z moich nowych znajomych będzie mnie negatywnie oceniać, jeśli pozwolę sobie na odrobinę lenistwa – mówi z uśmiechem.

Powód do wyjazdu

Jest także druga strona medalu. Japońskie firmy, które wymagają wielu nadgodzin od swoich lojalnych pracowników, niekiedy stają naprzeciw tradycyjnym wartościom społecznym. Pracodawcy coraz częściej uświadamiają młodych Japończyków, że chętniej przyjmą do pracy osoby mające międzynarodowe doświadczenie i lepiej mówiące w języku obcym. Na obywateli Kraju Kwitnącej Wiśni, którzy traktują swoje życie zawodowe jak świętość, presja ze strony rynku pracy działa. Z raportu przygotowanego przez firmę Hays wynika, że 88 proc. Japończyków poszukujących pracy rozważa opuszczenie kraju w celu znalezienia stanowiska za granicą.
Takeshi nie jest zaskoczony wynikami badania i dodaje jeszcze jedną uwagę. W dużych korporacjach, którymi obecnie są japońskie firmy, ważna jest praca zespołowa. Japończykom niekiedy brakuje umiejętności miękkich, dzięki którym mogliby efektywniej wykonywać swoje zadania. Za granicą mogą się tego lepiej nauczyć.

Sam przyznaje jednak, że większość osób, które wyjadą, potraktuje swój zagraniczny pobyt jako środek do osiągnięcia celu, którym jest znalezienie dobrej pracy w Japonii. Wykształceni młodzi ludzie nie wyjeżdżają z Japonii na stałe – mówi Takeshi.

Mistrzowie emigracji

Sytuacja wygląda zupełnie odwrotnie w Rumunii, która uchodzi na Starym Kontynencie za lidera w dziedzinie emigracji. W 2016 r. poza granicami ojczystego kraju przebywały prawie trzy miliony osób. Szacunki wskazują, że osoby mieszkające za granicą stanowiły wówczas ponad 15 proc. oficjalnej liczby ludności Rumunii.

Bianca – studentka informatyki gospodarczej na Uniwersytecie w Klużu-Napoce – mówi, że jako osoba, która nie ma członków najbliższej rodziny za granicą, czuje się w swoim kraju wyjątkowa. Twierdzi, że wśród znajomych jest chyba jedyna. Mam szczęście, że urodziłam się w rodzinie, w której matka jest prokuratorem, a ojciec dobrze sobie radzi jako adwokat. Dzięki temu jestem raczej obserwatorką problemów mojego kraju niż osobą przez nie dotkniętą.

Rumunka przyznaje jednak, że wyjazdu w ramach Erasmusa nie mogła się doczekać. Myślę, że dobrze jest postawić pierwsze kroki za granicą w atmosferze totalnego luzu. Dzięki temu semestrowi mogę sobie na to pozwolić.
Mówi, że na wymianę zdecydowała się z kilku powodów. Pierwszym czynnikiem była oczywiście chęć przeżycia kolejnej przygody. Kraj wybrała jednak nieprzypadkowo. Jestem w Niemczech, bo chciałam odświeżyć swoją wiedzę z czasów dzieciństwa. Chodziłam do podstawówki, w której zajęcia były po niemiecku, a od tego czasu nie miałam okazji zbyt często używać tego języka. Poza tym, biorąc pod uwagę to, że w moim kraju sytuacja nie jest korzystna, chciałam zobaczyć, czy jestem w stanie dobrze odnaleźć się na Zachodzie.

Przyznaje, że ten ostatni element układanki jest ważny ze względu na obecną sytuację w Rumunii. Parę lat temu perspektywy wydawały się dobre. Ale w ostatnim czasie sytuacja znacznie się pogorszyła. Obecnym rządzącym udało się przenieść Rumunię o dobre 10 lat wstecz.

Toksyczna codzienność

Według oficjalnych danych Rumunia w III kwartale 2017 r. osiągnęła najwyższy wzrost gospodarczy w UE. Jednak rzeczywistość mieszkańców tego kraju – także dla studentów planujących swoje dalsze kroki życiowe – znacznie odbiega od pozytywnego wydźwięku zielonych słupków. Po konfrontacji doniesień prasowych o rekordowym wzroście gospodarczym z problemami przedstawionymi przez Biancę wyraźnie widać, że Rumunia zmaga się z kłopotami, które sprawiają, że liczba ludzi decydujących się na emigrację jest wysoka.

W 2017 r. przez kraj przetoczyła się największa od rewolucji 1989 r. fala antyrządowych protestów. W lutym 300 tys. osób wyszło na ulice, żeby protestować przeciwko wszechobecnej korupcji. Kroplą, która przelała czarę goryczy, była nowelizacja kodeksu karnego sprawiająca, że przyjęcie łapówki o wartości mniejszej niż 200 tys. lejów (około 200 tys. złotych) nie będzie zagrożone karą więzienia.
Poza tymi przepisami pojawił się kolejny kontrowersyjny akt prawny, wprowadzający amnestię dla osób odbywających karę pozbawienia wolności do pięciu lat. Wskutek tego około 2 500 więźniów wyszłoby na wolność, w tym wielu skorumpowanych polityków. Zmian dokonano w trybie pilnym – w jeden wieczór. 

Niemniej tysiące ludzi na ulicach dały rządzącym do myślenia. Pod presją tłumów Liviu Dragnea – przewodniczący rządzącej partii PSD – poinformował o wycofaniu zmian. Dodał jednak, że kontrowersyjne propozycje poddane zostaną pod dyskusję w parlamencie, gdzie PSD ma stabilną większość głosów. 

Na początku lipca 2018 r. rumuński parlament przegłosował zmiany w prawie – miały one wydźwięk analogiczny do tych, przeciwko którym tłumy protestowały rok wcześniej. Tym razem Rumuni także wyszli na ulice. Demonstracje miały burzliwy przebieg. Według doniesień w starciach z policją rannych zostało 440 osób. 

Bianca mówi, że kontrowersyjne zmiany prawne to tylko jeden z przykładów arogancji władzy. Twierdzi, że cały rumuński system jest przesiąknięty korupcją. Dlatego też ze wzrostu gospodarczego zbyt wiele Rumunom nie zostaje. Według szacunków na korupcji Rumunia traci około 15 proc. PKB rocznie. Część młodego pokolenia w ojczyźnie Bianki ma dość i wychodzi na ulicę. Chodzi głównie o ludzi między 20 a 40 rokiem życia, którzy są świadomi, że rządzący doprowadzają państwo do ruiny. Jest to jednak niewielki odsetek społeczeństwa. Wydaje mi się, że w Rumunii są tak naprawdę trzy typy nastawienia wobec ojczyzny. Jest mała część, która zostaje, bo wierzy, że będzie lepiej i że sama może się do tej poprawy przyczynić. Są także ludzie, którzy uciekają z tego kraju, bo nie widzą tutaj możliwości dla siebie – mówi Bianca. 

Wskazuje jednak, że większość społeczeństwa pozostaje bierna. W kraju dominuje zobojętniała grupa, która zostaje, narzeka i nie wierzy, że coś się zmieni, ale jest zbyt pasywna, aby zrobić coś w celu poprawy swojego losu. Uważa, że dopóki ludzie nie zaczną zdawać sobie sprawy z powagi sytuacji, trudno jest mówić o Rumunii jako o kraju, w którym można liczyć na dobre życie po ukończeniu studiów. Brakuje u nas społeczeństwa obywatelskiego. Ludzie nie czują się odpowiedzialni za losy swojego kraju.

Puste portfele

Trudność w braniu odpowiedzialności za losy państwa pojawia się przy zderzeniu z rzeczywistością. Mimo wzrostu płac w Rumunii panuje wysoki poziom ubóstwa – jeden z najwyższych w Europie. W 2017 r. biedą zagrożona była ponad jedna trzecia ludności. W porównaniu do danych z naszego rodzimego podwórka odsetek ten robi ponure wrażenie. W tym samym czasie w Polsce grupa ta stanowiła niecałe 20 proc. społeczeństwa.
Dlatego też Bianca tłumaczy, że decyzję o emigracji wielu Rumunów podejmuje jeszcze przed studiami. Chcą ukończyć uczelnię na Zachodzie, bo nie mogą sobie pozwolić na studia w kraju. Kiedy nie masz wsparcia od rodziców albo pochodzisz z biedniejszej rodziny, pieniądze na studia nie wystarczają na pokrycie kosztów życia w mieście uniwersyteckim. Trudno jest samemu dać sobie radę. Prace dorywcze w Rumunii są nisko płatne i w początkowym okresie studiów niełatwo jest się w ten sposób utrzymać. Dlatego też lepszą opcją wydaje się wtedy wyjazd na uczelnię za granicę, znalezienie jakiejś dorywczej pracy i wiązanie w ten sposób końca z końcem. Liczba Rumunów, którzy decydują się na takie rozwiązanie, rośnie. W okresie 2000–2016 grupa ta powiększyła się ponad dwukrotnie – do 33,5 tys. osób.

Ci, którzy decydują się na ukończenie studiów w Rumunii, także wyjeżdżają. Ponad 1/4 osób z wyższym wykształceniem opuszcza kraj. Bianca mówi, że zostawiają oni po sobie w kraju widoczny ślad. Krajobraz rumuńskiej wsi urozmaicają nowo wybudowane domy, które stoją zupełnie puste. Jeśli zastanawiasz się, kto je tam postawił, wystarczy spojrzeć na statystyki dotyczące Rumunów żyjących i pracujących za granicą. Zbudowali je pewnie z myślą o przyszłości, ale rzadko je odwiedzają.

Naukowcy w tarapatach

Takeshi pytany o plany dotyczące emigracji mówi, że nic nie jest jeszcze postanowione. Na razie chce skupić się na rocznych studiach za granicą i poczekać, co przyniesie przyszłość. Po studiach chciałby pozostać na uczelni jako pracownik naukowy i skupić się na projektach badawczych, czeka na dalszy rozwój sytuacji w zakresie finansowania działalności naukowej w jego kraju. Problemem, który może mieć wpływ na moją karierę i decyzję o wyjeździe z Japonii, jest obecna polityka rządu w kwestii dotowania działalności badawczej. Politycy zdecydowali się na zmniejszenie dotacji dla publicznych uniwersytetów.

Kwota przyznana ośrodkom naukowym w 2017 r. była o 10 proc. niższa od tej z 2004 r. Co za tym idzie, środki przeznaczane na prace badawcze, którymi dysponują poszczególne uniwersytety, są ograniczone. Dlatego ośrodkom naukowym trudno jest zaoferować stabilne zatrudnienie dla młodych naukowców. Jako alternatywę rządzący zaproponowali zwiększenie puli pieniędzy rozdzielanych w ramach konkursów. Polega to na tym, że naukowcy muszą rywalizować między sobą o przydział środków na realizowane przez nich projekty. Suma ta nie jest jednak wystarczająca, a przyznawana jest jedynie w ramach poszczególnych przedsięwzięć, przez co nie może zapewnić naukowcom stałego źródła dochodów.
Takeshi twierdzi, że badacze, którzy są zdeterminowani, by kontynuować swoje prace, muszą poświęcać coraz więcej energii na poszukiwanie źródeł finansowania. Procedury dotyczące pozyskiwania środków rozdzielanych w ramach konkursów są skomplikowane i czasochłonne. Poza tym naukowcy wypatrują alternatywnych źródeł finansowania z sektora prywatnego. Czasu i energii na badania naukowe w tej biurokratycznej pogoni jest coraz mniej.

Takeshi postrzega tę sytuację jako bezpośrednie zagrożenie dla swojej przyszłości, bo nie chce rezygnować ze swoich naukowych planów. Twierdzi, że jeśli nic się nie zmieni, na poważnie rozważy emigrację.

Rosnąca frustracja

Bianca nie mówi o tym, że obecna sytuacja w Rumunii jest bezpośrednim zagrożeniem dla jej pozycji zawodowej. Z wykształceniem informatycznym raczej nie muszę obawiać się problemów ze znalezieniem pracy. Nawet w moim kraju jest to grupa zawodowa z dobrymi perspektywami. Zarobki informatyków są wysokie. Może nie konkurencyjne z zachodnimi, ale wystarczają do wygodnego życia. Przyznaje jednak, że obawia się przyszłości i tego, jak jej kraj będzie wyglądał za kilka lat. Mimo tego, że uwielbiam Rumunię, zdaje sobie sprawę z tego, że życie na dłuższą metę w kraju, w którym tak podstawowe rzeczy, jak przyzwoicie działająca służba zdrowia praktycznie nie funkcjonują, jest uciążliwe. Wysokie zarobki to przecież nie wszystko. Mówi, że najgorsze jest to, że w najbliższym czasie nie widać szans na poprawę.

Przez krótki czas wydawało się, że perspektywy dla mojego kraju są lepsze – kontynuuje Bianca. W 2015 r., po upadku skompromitowanego rządu Victora Ponta, premierem został Dacian Cioloș – wcześniejszy unijny komisarz do spraw rolnictwa. Stworzył rząd technokratyczny, w którego skład weszły osoby z doświadczeniem z sektora prywatnego i instytucji unijnych. Wydaje mi się, że ten czas przyniósł Rumunii wiele dobrego. Przede wszystkim działania polityków były bardziej transparentne i na pewien czas skandale korupcyjne ucichły. Rząd Cioloșa zabrał się za długofalowe planowanie działań antykorupcyjnych, tworząc Narodową Strategię Antykorupcyjną na lata 2016–2020, o której teraz pamięta już niewiele osób. Oczywiście był to burzliwy okres, a w gabinecie Cioloșa często dochodziło do dymisji ministrów. Nareszcie ktoś jednak zabrał się za reformę chorego systemu – mówi Bianca. 

Od początku było jednak wiadomo, że reformatorski gabinet będzie miał charakter przejściowy – miał poprowadzić kraj do następnych wyborów zaplanowanych na koniec 2016 r. W ich trakcie moi rodacy znowu wybrali skorumpowanych polityków.

Wyjątkowy dom

Mimo tego, że zarówno Takeshi, jak i Bianca myślą o emigracji, do domu wrócą z chęcią. Stęskniłem się już trochę za moją rodziną, brakuje mi także lokalnej kultury, którą traktuję jako ważny element mojej tożsamości – przyznaje Japończyk. Poza tym trudno mi na dłuższą metę obejść się bez jedzenia z mojego kraju. To jedna z rzeczy, za którymi najbardziej tęsknię. Według mnie japońska kuchnia nie ma sobie równych. 

Rumunka mówi, że szczególnie brakuje jej rumuńskiego poczucia humoru i dystansu. Stwierdza także, że czuje się patriotką i uważa się za głęboko związaną z Rumunią. Mam wrażenie, że w szczególności w ludziach z krajów, które historia nieprzyjemnie doświadczyła, jest coś, co każe tęsknić za ojczyzną. Lubimy na nią narzekać, ale koniec końców jest ona dla nas wyjątkowa.

Dodaje, że przy każdej podjętej decyzji – albo o emigracji, albo o ułożeniu sobie życia w kraju – Rumunia będzie dla niej miejscem szczególnym. Za pięć lat będę być może pracowała w Berlinie, w Wiedniu albo w Warszawie, a może będę też pisała programy ze swojego mieszkania w Rumunii dla firmy, której siedziba znajduje się w którymkolwiek z miast na świecie?

Oboje są zdania, że emigracja, mimo że czasami uciążliwa, nie będzie dla nich końcem świata. Bianca śmieje się, że w Rumunii stan dróg jest na tyle kiepski, że łatwiej będzie jej wracać z zagranicy samolotem, niż podróżować autem po kraju. Takeshi także nie narzeka, mimo że do ojczyzny ma dużo dalej. Uważa, że na tęsknotę za domem znalazł lekarstwo – przynajmniej doraźne. Nie mogłem znaleźć w okolicy restauracji z japońskim jedzeniem, więc postanowiłem nauczyć się sam je przyrządzać. Idzie mi jeszcze słabo, ale jak zostanę na dłużej, to może będzie lepiej – mówi Takeshi. Na razie mam jeszcze pół roku na treningi w kuchni. Później wrócę do Tokio i zobaczymy, co będzie dalej.

Rating: 5.0. From 1 vote.
Please wait...