Warszawo, ojczyzno (nie)moja

W Polsce z roku na rok przybywa imigrantów, ale pytanie, czy nasza stolica pójdzie w ślady multikulturowego Berlina, pozostaje otwarte. Wiele wskazuje na to, że nie stanie się to w najbliższym czasie.

Jest ich coraz więcej. Zalewają kasy w sklepach, dzierżą mopy, łopaty i kierownice uberów. Panie są uśmiechnięte, ale niekoniecznie rozgarnięte, a panowie to agresywni robole. I strach z nimi jechać. Niestety stereotypy dotyczące Ukraińców wciąż panują w polskim społeczeństwie, zalewanym medialnym szumem o powodzi imigrantów, uchodźców i terrorystów. Bardziej od mentalności ludzi otwarty jest rynek, chłonny jak gąbka, ale najsłabszych wyciskający do cna.
Niektóre raporty brzmią całkiem optymistycznie. Na przykład te przedstawiane przez Barometr Imigracji Zarobkowej z 2018 r., z których wynika, że zaledwie 2 proc. pracodawców oraz 11 proc. pracowników z Polski przyznaje się do niechęci do ukraińskich pracowników. Czyli mniej więcej co pięćdziesiąty pracodawca i co dziesiąty pracownik. Nie jest to horrendalna liczba, ale przy ocenie takich statystyk można przypomnieć sobie dowcipy z serii: nie jestem rasistą, ale czarnych na ulicy mijać nie lubię, a następnie zapytać, ile osób wygłszających podobne sprzeczności przyznałoby się do rasizmu. Mogłoby się okazać, że 2 proc. to całkiem optymistyczny scenariusz. Zbyt optymistyczny.

Chlebem, solą i octem

Od czasów Euromajdanu w 2013 r. Ukraińców jest w Polsce coraz więcej. W internecie krążą przeróżne sprzeczne informacje na ten temat. Mętlik w danych wynika między innymi z braku rozróżnienia między imigrantami długoterminowymi (powyżej 12 miesięcy) i czasowymi (od 3 do 12 miesięcy). Od czerwca 2017 r. obywatele Ukrainy nie potrzebują wizy na pobyt krótkoterminowy (do 90 dni). Liczebność ostatniej grupy migracji najtrudniej więc policzyć. Departament Statystyki NBP oszacował, że w 2017 r. w Polsce przebywało ok. 900 tys. Ukraińców, a po doliczeniu pracowników sezonowych – prawie 2 mln. To wyższe szacunki niż te zanotowane we wcześniejszych latach.
Jeszcze w 2013 r. Polacy deklarowali w większości wsparcie dla osób uciekających od represji, poszukujących stabilniejszego i bezpieczniejszego życia za zachodnią granicą. W 2014 r. entuzjazm przygasł. Od 2015 r. w całej Europie narastał kryzys migracyjny, a samo zagadnienie zostało mocno upolitycznione. Zamachy terrorystyczne w Paryżu i w Brukseli oraz oficjalny dyskurs polityczny w naszym kraju przyczyniły się do wzrostu nastrojów nacjonalistycznych, a co za tym idzie – postaw ksenofobicznych.
Uchodźcy, imigranci, terroryści i obcy w wielu sytuacjach zostali ze sobą utożsamieni. Zjawisko to można zaobserwować nie tylko w towarzyskich wymianach zdań (mniej lub bardziej przyjaznych), lecz także w oficjalnych wypowiedziach. Podczas gdy niektóre osoby publiczne szafują liczbami przyjętych uchodźców, nierzadko nieświadomie odwołują się do liczby imigrantów, którzy przyjechali do Polski. Jednocześnie z chlubą wspominają o polskiej sarmackiej gościnności (o sarmackiej multikulturowości niejednokrotnie zapominają), która nie wiadomo, czy wciąż trwa, czy może z naddatkiem zrealizowała już wymóg sąsiedzkiej życzliwości na najbliższych kilka bądź kilkanaście wieków.

Zezowata Temida

Zasady regulujące przyjazd imigrantów zarobkowych, uchodźców politycznych czy zagranicznych studentów do Polski są różne. Najpowszechniejszą opcją legalnego pobytu jest otrzymanie wizy pracowniczej, wydawanej na sześć miesięcy. W 2017 r. dostało je 1,7 mln obywateli Ukrainy. Chociaż część z nich posiadała wysokie kwalifikacje, wiele firm nie zdecydowało się zatrudnić ich na wyższe stanowiska. Pół roku pracy to za krótki okres, by taka inwestycja się opłacała. Inną trudnością jest proces uznawania dyplomów i certyfikatów wydanych poza Unią. Często ten proces okazuje się niemożliwy. Do tego dochodzą bariera językowa, ksenofobia i nieuczciwi pracodawcy. Tym ostatnim pomaga… prawo.
Kiedy ukraińskiemu pracownikowi udaje się znaleźć zatrudnienie, może on próbować namówić polskiego pracodawcę do przygotowania dokumentów i wystąpić o kartę pobytu. Pierwsza jest ważna rok, kolejna – trzy lata. Taka karta łączy pracownika z jedną konkretną firmą, przez co związuje mu ręce. Pracodawca wie, że właściciel karty pobytu nie ma wyjścia i często wykorzystuje tę sytuację, radykalnie zmieniając warunki zatrudnienia. Procedura zmiany pracodawcy może się ciągnąć nawet pół roku. To duże obciążenie finansowe oraz psychiczne, na które wielu nie może sobie pozwolić.
Otwiera to drogę nadużyciom, złemu traktowaniu, a także utwierdzaniu stereotypów, że ukraińska imigrantka to pani w mięsnym, nierozumiejąca, jaki rodzaj szynki ma pokroić dla klienta, a ukraiński imigrant to cieć, przy którym powinno się wynajmować dodatkową ochronę. Tymczasem pani ze sklepu czy cieć mogą mieć tytuły magistra historii, a okoliczności zmusiły ich do podjęcia pracy poniżej swoich kwalifikacji. Może się także okazać, że to dla nich praca dorywcza podczas procesu nostryfikacji dyplomów, chociażby lekarskich, co wiąże się ze zdaniem egzaminów z polskiego języka medycznego oraz uzupełnienia różnic w wykształceniu.

Przyjmę niewolnika do pracy

Statystyki pokazują, że Ukraińcy chętnie wybierają Warszawę jako nowe miejsce zamieszkania. Kolejnymi popularnymi miastami są Wrocław oraz Poznań. Duży rynek pracy daje nadzieję na łatwiejsze znalezienie zatrudnienia. Jednak z powodu trudności prawnych wielu Ukraińców decyduje się na pracę na czarno. Swe kroki kierują wtedy na tzw. bazarki niewolników, czyli miejsca, w których zbierają się osoby poszukujące pracy. W Warszawie i okolicy znajduje się ich kilka. Chętni zbierają się tam już z samego rana, ok. 5–6. Wśród nich są nie tylko imigranci ze wschodu, lecz także Polacy. W obu grupach nie brakuje bezdomnych. Co jakiś czas podjeżdżają furgonetki i zbierają chętnych do pracy na czarno. Do pomocy w kuchni, przy remontach, przy przeprowadzkach… Wszystko to praca fizyczna, ciężka i niepewna.
Jednak „legalne” zatrudnienie może okazać się niewiele bezpieczniejsze. Coraz częściej wychodzą na jaw historie ukraińskich imigrantów pracujących jak niewolnicy po kilkanaście godzin dziennie za śmiesznie niskie stawki, związanych umowami z absurdalnymi warunkami. Zatrudnieni muszą płacić kary za nieobecność czy za bliżej niezdefiniowane „działanie na szkodę pracodawcy”. Mogą też zostać zwolnieni z dnia na dzień, podczas gdy okres wypowiedzenia umowy przez pracownika trwa aż trzy miesiące.

Uber multi-kulti

Wielu Ukraińców znajduje legalne zatrudnienie w firmie Uber (przez niektórych uznawanej za działającą półlegalnie). Na wzrost tej tendencji narzeka sporo pasażerów, zwłaszcza warszawskich. Zwracają uwagę na problemy z komunikacją i brak znajomości planu miasta. Przyczynia się to do pogorszenia wizerunku firmy, a także do chętniejszego korzystania z usług konkurencji zatrudniającej licencjonowanych kierowców.
Na korzyść Ubera przemawia to, że nie dyskryminuje on pracowników. Trudno jednak posądzać firmę o idealistyczne motywacje. Po wzroście prowizji pobieranej przez Ubera od kierowców coraz mniej polskich pracowników chce się z nim wiązać. Ukraińcy i inni imigranci ze Wschodu, którym trudniej przebierać w ofertach, zapełniają wakaty. Popularną alternatywą jest dla nich praca na budowie, bardziej obciążająca fizycznie, ale niekoniecznie lepiej płatna. Możliwe jednak, że wkrótce zagraniczni pracownicy zostaną jej pozbawieni. Jeśli ustawa o obowiązkowej licencji dla kierowców Ubera wejdzie w życie, wyeliminuje to pracowników, których nie stać na taką inwestycję.

Wpłynąć na przestworza rynku pracy

Osoby niechętnie patrzące na ukraińskich imigrantów czasami powołują się na argument, że obcy zabierają Polakom zatrudnienie. Ekonomiści zwracają jednak uwagę na deficyt pracowników na polskim rynku pracy i prognozują, że napływ nowych sił może okazać się ratunkiem dla gospodarki. Z Barometru Imigracji Zarobkowej wynika, że 39 proc. dużych firm zatrudnia obecnie pracowników z Ukrainy.
Imigranci, jeśli zdecydują się zostać na stałe, mogą także wspomóc demografię starzejącej się Polski. W ostatnich latach liczba małżeństw polsko-ukraińskich zwiększyła się 2,5-krotnie, co świadczy o tym, że coraz więcej wschodnich sąsiadów zamierza osiedlić się w Rzeczpospolitej na stałe. Jednocześnie jednak w 2017 r. obcokrajowcy przesłali ponad 11,5 mld zł na Ukrainę. W Warszawie i okolicach statystyczny Ukrainiec przekazuje do ojczyzny prawie 1,8 tys. rocznie.
Mimo to wzrasta liczba kampanii reklamowych kierowanych do ukraińskich odbiorców. Inwestują w nie banki, sieci telefoniczne, pośrednicy nieruchomości, a także markety. Carrefour np. wprowadził „półkę ukraińską”, na której można znaleźć kawę w ziarnach ze Lwowa, chałwę słonecznikowo-owocową i griljaż, czyli smażone ziarna ryżu z dodatkiem kokosu. Po te produkty chętnie sięgają także Polacy chcący spróbować nowych przysmaków.
Ukraińska kultura wchodzi więc w interakcję z polską i jej stopniowe przyswajanie powinno być kwestią czasu. Tak samo jak coraz większa otwartość firm: na ukraińskiego konsumenta, pracobiorcę, a także pracodawcę (ponad 4 tys. Ukraińców zgłoszonych do ZUS-u to osoby prowadzące własną działalność gospodarczą).
Oby te tendencje przyczyniły się do osłabienia nastrojów nacjonalistycznych, a także mniej wybiórczego traktowania historii, z której jakoś czasami umyka, że to właśnie ukraiński (do rosyjskiej interwencji w 2014 r.) przestwór suchego oceanu opiewał polski wieszcz, Mickiewicz – syn matki obcej, urodzony w Wielkim Księstwie Litewskim na obecnym terenie Białorusi.

Rating: 2.0. From 1 vote.
Please wait...